Nasz Edward tego nie zrobił…

0
43
REKLAMA

Kiedy teraz telewizja podała, że polska prokuratura wycofała się z zarzutów pod adresem Mazura, odetchnęła z ulgą. W końcu Edzio, jak o nim mówi, to jej były wychowanek, przykładny uczeń i harcerz, o którym nigdy nie mogła powiedzieć złego słowa.

REKLAMA

Wzorowy zastępowy
Do pani Zdzisi niełatwo się dostać. Od pewnego czasu zawsze dba o to, by drzwi zamykać na klucz i nie wpuszczać obcych. Tego dnia dziennikarz ma szczęście. Pani Zdzisława otwiera drzwi na oścież, bo akurat spodziewa się listonosza.
Ale dla tych, których wpuszcza do siebie, jest gościnna. Już szuka na półkach zakurzonych kronik Szkoły Podstawowej w Lubzinie, w której uczyła 35 lat. Jest to głównie kronika harcerstwa, którym się wtedy opiekowała. Zdjęcia, rysunki, wspomnienia, wpisy, dokumenty – od lat 50. po 80. minionego wieku. Szukamy fotografii Edzia. Bez skutku.
Edward Mazur, przyszły wielki biznesmen zza oceanu, był w jej drużynie zastępowym. Udzielał się w harcerstwie z oddaniem.
– To w ogóle było bardzo dobre dziecko, pobożne. Ile razy przechodziliśmy z innymi dziećmi koło kościoła, on za każdym razem się żegnał – opowiada nauczycielka.- Był pilny i koleżeński. Ojciec umarł wcześnie, a Edzio miał jeszcze czwórkę rodzeństwa. Mieszkali w drewnianym domku krytym strzechą. Tego domu już nie ma. Do Ameryki Edward wyjechał, jak miał chyba piętnaście lat. Wcześniej to już ktoś z jego rodziny tam był. Miał łatwiej.
– Słyszałem o Mazurze, pewnie – przyznaje mężczyzna w średnim wieku, który jeździ kosiarką wokół kościoła parafialnego i strzyże trawnik. – Cała rodzina mieszkała obok starej szkoły.

Czy to nasz człowiek?
We wsi powiadają, że Edward jak wyjechał, tak przepadł bez wieści. Na długi czas. Młodsi nawet nie wiedzieli, że ktoś taki pochodzi z ich wioski. Wioska leży przy dawnej „czwórce” w pobliżu Dębicy, ale nikomu nie byłaby znana, gdyby nie fabryka farb „Śnieżka”.
Kiedy ostatnio prasa pisała o Lubzinie?
– Dwa lata temu, gdy wydarzyła się tragedia – opowiadają mieszkańcy. – Czternastoletnia Ola z Lubziny wraz z kuzynką z Tarnowa zginęły w katastrofie awionetki w Krakowie. Jeszcze głośniej było dużo wcześniej. Wtedy pewien gość w ataku furii zadźgał nożem swoją kochankę. Poza tym cisza, spokój. Nic się nie dzieje.
Kiedy 9 lat temu wybuchła afera z Mazurem, niektórzy byli kompletnie zaskoczeni.
– To on jest od nas? To ten Mazur?
Ten, jak najbardziej. Rocznik 1946. Do USA wyjechał w latach 60., tam skończył studia inżynierskie, działał w środowiskach polonijnych, osiągnął duże sukcesy biznesowe, dochodząc do fortuny. Osiadł w Chicago. W marcu 2005 polska prokuratura wydała za Mazurem międzynarodowy list gończy w związku z podejrzeniem o podżeganie do zabójstwa byłego komendanta głównego policji, Marka Papały w 1998 roku. Do ekstradycji nie doszło, ponieważ nie wyraził na to zgody sąd w USA. W ubiegłym miesiącu Prokuratura Apelacyjna w Łodzi – po zapoznaniu się ze wszystkimi materiałami ze śledztwa – oczyściła Mazura ze stawianych mu wcześniej zarzutów. Powód? Brak wiarygodnych dowodów na popełnienie przestępstwa.


Edek jest czysty
– To prawda, ludzie zmieniają się z wiekiem. Mógł się też zmienić Edek, ale ja ciągle wierzyłam, że on nic nie ma wspólnego z morderstwem Papały – oznajmia Zdzisława Pabijańczyk.
– Zrobiono z niego gangstera – mówi jeden z mieszkańców Lubziny, prosząc o zachowanie anonimowości. – Było tak, że ludzie na wszelki wypadek nie chcieli publicznie rozmawiać o Mazurze, bo się bali.
Niektórzy bali się na przykład coś powiedzieć dziennikarzom, którzy wraz z aferą zjechali kiedyś pod Dębicę.
– Dajcie spokój – słyszeli. – Mazur ma w Chicago swoich goryli, nie wiadomo, kim on jest naprawdę i co zrobił. A ja mam swoje dzieci w Ameryce. Nie będę ryzykował.
Ale chyba jednak większość nie wierzyła, że Mazur miał coś na sumieniu w związku ze sprawą Papały.
Nie wierzył choćby ks. Józef Dudziak, emerytowany proboszcz w Lubzinie. Jest tu od 33 lat – styczność miał tylko z siostrą i siostrzenicą Edwarda Mazura. Siostra mieszkała w Dębicy.
– Nie znałem go osobiście, ale wątpiłem w jego winę. Po pierwsze, nie było żadnych twardych dowodów. Ksiądz przyznaje, że gdy w telewizji usłyszał, że prokuratura wycofuje się z zarzutów postawionych Edwardowi Mazurowi, ucieszył się. – Człowiek jest stąd, nasz krajan…

Nie dał złamanego centa
Kiedy wybuchła ta afera, ludzi z wioski czasem zastanawiało, w jaki sposób Mazur doszedł do wielkiej fortuny i dlaczego po wyjeździe tak prędko zapomniał o Lubzinie. To bardziej ich interesowało od tego, czy w sprawie Papały Mazur ma czyste sumienie. Zwłaszcza że sprawa od początku była niejasna.
Zdzisława Pabijańczyk trzyma w swoim mieszkanku amerykańskie kartki świąteczne, które dostaje od swych dawnych uczniów. Pod tym względem szczególnie wyróżnia się syn sołtysa Lubziny, który nie zapomina o dawnej nauczycielce.
Niektórzy wciąż pamiętają o swoich rodzinnych stronach. Do niedawna w wielu zakątkach kraju taka była tradycja. Stara emigracja, już dorobiwszy się na obczyźnie, organizowała pomoc dla rodaków z ojczyzny, dla miejscowości, które opuściła. O, chociażby rodzina Cielaków z Lubziny. Wyemigrowali, urządzili się w Stanach, lecz nie zapomnieli. Z dolarów, które posyłali do rodzinnej wsi, kupiono niejedną cegiełkę na budowę remizy OSP.
– A Edek Mazur nic, ani złamanego centa – twierdzi nasz rozmówca. – Za oceanem dorobił się prędko, ponieważ dostał duży spadek po swoim wujku. Podobno rodzinie, która tu została, też nie pomagał…
– Pomagał, pomagał! – oponuje kobieta, która zatrzymała się koło cmentarza. – A jakby jeszcze tak popytać po wsi, to wyszłoby, że niejednemu stąd, który wyjechał za robotą do Ameryki, starał się pomóc tam zagospodarować. Na dzień dobry po parę dolarów wciskał. Ludzie z Brzezówki, sąsiedniej wioski, pewnie też by to potwierdzili. Poza tym Mazur działał w klubie polonijnym, organizował dla krajanów zbiórki pieniędzy na różne cele. Może w tych kwotach były także jego dolary?

Z walizką pieniędzy
Mieczysław Cabaj, wieloletni sołtys Lubziny, kiedy dowiedział się, że łódzka prokuratura oczyściła Edwarda Mazura z zarzutów, od razu pomyślał: miałem rację. Sołtys Mazura ledwie pamięta. Siostra jego żony chodziła z nim do szkoły. Podobno podobał się dziewczynom. Wysoki, przystojny, umiał zrobić wrażenie. Na sołtysie robi wrażenie porządnego człowieka.
– Oglądam go teraz w telewizji. Od razu widać, że to nie byle kto. Wykształcony, kulturalny gość. Dziwne mi się wydawało, że on mógłby się posunąć do takich rzeczy.
Cabaj suchej nitki nie zostawia na tych, którzy oskarżali Mazura i dążyli do jego ekstradycji. Nawet nie dlatego, żeby aż tak żałował krajana.
– Przez nieodpowiedzialnych ludzi na urzędzie wszyscy zapłacimy – przepowiada Cabaj. – I ja, i mój sąsiad, i pan także. Trzeba się będzie złożyć na milionowe odszkodowanie dla Mazura. On ma tak pierońsko zdolnych prawników, że nie popuści. Państwo polskie zapłaci za ten błąd. To będzie duża walizka pieniędzy…
Sołtys ostrożnie spekuluje, że teraz, gdy Edward Mazur nie ma już prokuratorskich zarzutów, możliwe, że po latach nieobecności pojawi się kiedyś w Polsce. Może wpadnie, choćby na chwilę, do Lubziny?
– Trudno powiedzieć. Mazur ma jeszcze kogoś w Dębicy, ma rodzinę w Lublinie…
Pani Zdzisia po wyjeździe Edwarda za ocean widziała się z nim raz.
– To było dawno. Przyjechał do Lubziny. Podszedł do szkolnego płotu, gdy byłam na podwórku z dziećmi. Zamieniliśmy kilka zdań. Mówił, że mu się powiodło, że odziedziczył spadek i dobrze sobie radzi.
– Albo przyjedzie po odszkodowanie dla siebie – śmieje się Cabaj. – Ludzie narzekają, że do tej pory nic na Lubzinę nie dał, to może trochę tych pieniędzy, które teraz dostanie, dla wsi zostawi?

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments