Nieznana historia zestrzelonego Liberatora

0
203
W miejscu, gdzie spadły szczątki zestrzelonego Liberatora, jest tylko niewielka tabliczka informująca o tym fakcie
REKLAMA

Andrzej Kupiec przeprowadził szczegółowe kilkumiesięczne badania i prześledził tragiczny lot Liberatora KH-152 F, lecącego z bazy lotniczej w południowych Włoszech do Polski z zaopatrzeniem dla Armii Krajowej. Apeluje też do władz gminy, aby uczcić bohaterską załogę.
– Wychowałem się w Radgoszczy i pamiętałem wiele opowieści o zestrzelonym samolocie i o lotnikach, którzy się uratowali, a następnie ukrywani byli przez mieszkańców przed Niemcami. Mój dziadek był świadkiem zestrzelenia, pamięta także o tym mój ojciec, chociaż miał wtedy zaledwie kilka lat. Historia ta żyje we mnie od dziesiątków lat, postanowiłem zbadać ją dokładnie – mówi Andrzej Kupiec. Prześledził mnóstwo materiałów prasowych, internetowych, badał źródła wojskowe, część materiałów znalazł w Muzeum Drogownictwa w Szczucinie, prowadził szeroką korespondencję, szukał wykazów żołnierzy AK działających na Powiślu. – Stopniowo dochodziłem do prawdy i chociaż jest jeszcze parę nieodkrytych przeze mnie szczegółów, to historia zestrzelonego Liberatora jest już pełna – dodaje.
Bombowiec wystartował z lotniska Celone w południowych Włoszech, należał do 34. Dywizjonu Bombowego SAAF, czyli Południowoafrykańskich Sił Powietrznych. W skład dywizjonu wchodzili lotnicy z Polski, Wielkiej Brytanii, Kanady i RPA. –W 1944 roku przylatywali nad Warszawę z pomocą dla powstańców, a później dla żołnierzy AK. Te loty były bardzo trudne i niebezpieczne, wielu przypłaciło je życiem. Samoloty startowały z pełnym ładunkiem i miały do pokonania blisko 2900 kilometrów, 10 godzin trwał lot nad terytorium wroga. Niemcy posiadali znakomite urządzenia służące do wykrywania obcych samolotów, mieli także mocną artylerię przeciwlotniczą. Lotnicy wiedzieli, że ryzykują życie, ale nie brakowało ochotników, którzy chcieli latać z pomocą – opowiada Andrzej Kupiec.
Liberator wystartował 16 października 1944 roku o godzinie 16.30, na jego pokładzie znajdowało się ośmiu członków załogi oraz kontenery pełne broni, amunicji, mundurów i lekarstw. Przez cztery godziny lot trwał bez zakłóceń, dopiero na linii Wisły samolot zaatakowany został przez niemiecki myśliwiec Junkers Ju-88. – Z wojskowych meldunków wynika, że Niemcy dokonali zestrzelenia o godzinie 20.34, 30 kilometrów na wschód od Tarnowa. Bombowiec rozbił się w Łęgu na terenie gminy Radgoszcz. Gdyby nie fakt, że bohaterska załoga zajęła się ratowaniem ładunku, wyrzucając go z palącego się samolotu, zestrzelenie przeżyliby prawdopodobnie wszyscy. Niestety, trzech członków załogi nie zdążyło wyskoczyć, a dwóm kolejnym nie otworzyły się spadochrony. Trzy osoby uratowały się, jedna z nich wpadła w ręce Niemców i jej los do dzisiaj nie jest znany – wyjaśnia Andrzej Kupiec.
W czasie tragicznego lotu zginął porucznik James Lithgow pochodzący z RPA, najprawdopodobniej jego spadochron zaczepił się o drzewo i Niemcy wtedy go zastrzelili, zabrali jego dokumenty i pogrzebali go w miejscu, gdzie umarł. Mieszkańcy usypali mu mogiłę i opiekowali się nią do czasu ekshumacji zwłok. Drugą ofiarą był porucznik Keit MacWiliam, również pochodzący z RPA, jego spadochron nie zdążył się rozwinąć, poniósł śmierć na miejscu, jego ciało pochowali Władysław Knutelski ze Słupca i Bronisław Dziekan z Brzezówki. Zginął także sierżant Wiliam Cowan – Irlandczyk z Belfastu. Dwaj Brytyjczycy – sierżant Goeffrey Ellis i sierżant Tom Myers – zginęli w samolocie, ich ciała zostały pochowane w miejscu rozbicia samolotu przez Franciszka Nogę z Łęgu.
Grobami lotników opiekowali się uczniowie ze szkoły w Zabrniu, w 1947 roku specjalna brytyjska komisja dokonała ekshumacji ciał, które zostały przeniesione na Cmentarz Rakowicki do Krakowa, tam spoczywają do dzisiaj. Nieznany pozostaje los porucznika Samuela Fourie z RPA, na pewno przeżył skok ze spadochronem, a jedna z wersji wydarzeń mówi, że szedł w kierunku świateł i napotkał jednego z mieszkańców wsi. Ten jednak, nie mogąc się z nim porozumieć, uznał, iż Fourie jest Niemcem i skierował go w ręce wrogów.
Z samolotu uratowali się dwaj Południowoafrykańczycy – porucznik Evan Colbert i porucznik Graham Dicks. Wylądowali oni na spadochronach w lesie w Bukowcu i nie ruszali się stamtąd w obawie przed Niemcami. Następnego dnia odnaleźli ich żołnierze AK, sprowadzono do nich tłumacza. Po wielkich trudach, niemal ocierając się o Niemców, przeprowadzili ich do bezpiecznej kryjówki. Do końca wojny ukrywali się oni w kilku miejscach, między innymi w miejscowościach Kanna i Bolesław, przebywali w dworku Krzysztofa Sroczyńskiego i w domu wójta Pawła Kochanka, a także w domu rodziny Władysława Hudyki, a potem u Tadeusza Babiarza. Ukrywanie ich było bardzo niebezpieczne, a w razie odkrycia tego faktu przez Niemców mieszkańcom groziła pewna śmierć, ale jak się okazuje, chęć przetrwania i niesienia pomocy były większe niż strach. Po zakończeniu wojny piloci wrócili do RPA.
Andrzej Kupiec próbował także zbadać sprawę ładunków, które znajdowały się na pokładzie Liberatora i samego samolotu. – Było na nim najprawdopodobniej od ośmiu do dwunastu kontenerów, większość z nich przejęli Niemcy, ale była na Powiślu rodzina, której członkowie do lat 80. ubiegłego wieku chodzili w żołnierskich mundurach. Ludzie mi opowiadali, że w ich ręce dostał się jeden z kontenerów, nie udało mi się jednak tego sprawdzić, bo nikt z tej rodziny nie chciał się ze mną spotkać. Jeśli zaś chodzi o rozbity bombowiec, to mieszkańcy rozebrali go i przerabiali na narzędzia rolnicze i sprzęt domowy, ze spadochronów szyto koszule. Część Liberatora znajduje się w Muzeum Drogownictwa w Szczucinie – mówi.
Andrzej Kupiec uważa, że pamięć o pilotach Liberatora powinna zostać uwieczniona pomnikiem lub obeliskiem, który przypominałby o ich bohaterstwie. Dzisiaj w miejscu, gdzie rozbił się Liberator, na terenie prywatnej działki jest tylko mała tabliczka.

REKLAMA

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments