Pogrom w pasiekach Pogórza

0
292
Łagodne zimy coraz groźniejsze dla pszczół
REKLAMA

Pszczelarze z regonu tarnowskiego są coraz bardziej zaniepokojeni. Niektórzy w ciągu ostatnich miesięcy stracili znaczną część pszczelich rodzin, inni wszystkie. Straty są duże. Nikt nie ma wątpliwości, że jedną z przyczyn jest wyjątkowo łagodna zima, także ciepła jesień. Przyroda źle znosi wszelkie anomalie, a dotyczy to również gospodarstw pszczelarskich. Wysokie jak na tę porę roku temperatury przyczyniają się do rozwoju groźnych chorób, które dziesiątkują miododajne owady.
– Sporo lat przeżyłem, ale takiej zimy nie pamiętam. Nie pamiętam, żeby w ogóle nie było śniegu, żeby w tak długim okresie było aż tak ciepło. Mamy pogodę jak na południu Francji. Ta sytuacja mści się na pszczołach coraz bardziej – mówi Albert Radwan, jeden z najbardziej zasłużonych pszczelarzy w regionie, który wraz z synem prowadzi w okolicach Tuchowa duże gospodarstwo pszczelarskie.
– Pierwszy pełny oblot pszczół zauważyłem w tym roku na początku lutego. Owady nosiły pyłek z leszczyny. Obloty następują w różnym czasie, w tym przypadku nie ma reguły, ale kiedy jest normalna zima, zwykle następuje to nie wcześniej niż w marcu.
Prawdziwy problem polega jednak na czym innym.

REKLAMA

Ule śmierci
– W wyniku ciepłych zim w ulach ulega skróceniu okres bezczerwiowy. Czerwienie to składanie jaj przez matkę pszczelą do komórek plastrów, na późniejszym etapie z jaj wykluwają się larwy, które po przepoczwarzeniu stają się dorosłymi owadami – wyjaśnia Albert Radwan. – Ten proces oznacza dla pszczół wielki wydatek energetyczny. Zmusza owady do utrzymywania w ulach odpowiednio wysokiej temperatury, a tym samym spożywania coraz większych ilości pokarmu. Jego zapasy są jednak ograniczone. Jeśli pokarmu, niezbędnego również na wychów czerwiu, zabraknie, rodziny pszczele giną. Właściciel po pewnym czasie sprawdza ule, a tam już nie ma życia…
Jest też inne zagrożenie, jeszcze większe. Ciepłe zimy, krótsze okresy bezczerwiowe sprzyjają rozwojowi warrozy. To śmiertelnie niebezpieczna dla pszczół choroba wywoływana przez roztocz, która rozwija się na czerwiu i dorosłych osobnikach. W wielu pasiekach powoduje pogromy, nawet gdy pszczelarze stosują odpowiednie preparaty ograniczające występowanie choroby. W przeszłości, gdy zimy były ostre, gospodarze pasiek zabiegali o wybrane rasy i linie pszczół miodnych, których cechowała spora odporność na niskie temperatury. Ale teraz nie srogi mróz jest kłopotem, bo po pierwsze, coraz rzadziej występuje.

Inwazja zarazy
– Warroza w poszczególnych latach pojawia się z różnym natężeniem. Sezon 2019 w naszym regionie był krytyczny. W niektórych pasiekach 80 – 90 proc. rodzin padło już jesienią. Zima dobiła ocalałe resztki. Na przykład w Rzepienniku Strzyżewskim w jednej pasiece na 48 uli padło 40, w drugiej na 20 wszystkie 20, we Florynce koło Grybowa na 70 wszystkie 70 – wylicza Albert Radwan.
Jak wyszło z przeprowadzonych ankiet, w tuchowskim kole pszczelarzy, liczącym 140 członków, w okresie, o którym mowa, 23 proc. rodzin pszczelich wymarło jeszcze przed nastaniem zimy.
– Warroza to nie tylko problem lokalny, nie tylko ogólnopolski, ale jego zasięg jest znacznie szerszy – podkreśla Paweł Jawor, kierownik biura Pogórskiego Związku Pszczelarzy z siedzibą w Tarnowie. – Niedawno uczestniczyłem w konferencji międzynarodowej, na której pewien pszczelarz z Austrii poinformował, iż w ciągu sezonu w wyniku choroby liczy się z upadkiem w pasiece 30 proc. rodzin. To pokazuje skalę problemu, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sprawa dotyczyła pszczelarza profesjonalisty, z dużym doświadczeniem, który zna i stosuje wszystkie dostępne metody walki z warrozą.

Otwarte wrota
Paweł Jawor dodaje, że w normalnych warunkach klimatycznych pszczoła kończy czerwienie w październiku, by znowu rozpocząć w lutym lub marcu. Przy dłuższych przerwach warroza ma gorsze warunki do inwazji. Ale gdy zima jest taka, jak w tym roku, pszczela matka nie zaprzestaje czerwienia bądź tylko je ogranicza, co stanowi pożywkę dla rozwoju choroby. Plony tej zarazy bywają zastraszająco obfite.
– Co gorsza, warroza otwiera w ulach wrota dla innych groźnych wirusów i grzybów wywołujących kolejne choroby – zaznacza kierownik biura PZP. – Nasz związek umożliwia szczególnie poszkodowanym właścicielom pasiek odbudowę zasobów pszczelich dzięki dofinansowaniu w ramach istniejących projektów.
A więc już nie tylko chemizacja, coraz powszechniejsza w uprawach, jest wrogiem pszczół, ale – pośrednio – nawet zima o cechach śródziemnomorskich. Coraz trudniej także o wydajne stanowiska roślinne, z których owady zbierają pyłki kwiatowe, nektar i spadź.

Wędrujące pasieki
– Minęły już czasy, gdy pszczoła wszystko miała na miejscu, w bliskiej odległości od ula. Teraz trzeba uprawiać pszczelarską turystykę. W okresie kwitnienia różnych roślin wywozi się ule na wybrane stanowiska, tam, gdzie mamy rzepak, akację, nawłoć czy ginącą lipę. To są poważne przedsięwzięcia, musimy pokonywać odległości nawet kilkudziesięciokilometrowe. Ale jeśli ktoś żyje z pszczelarstwa, z produkcji miodu, nie może pozwolić sobie na bezczynność. Pszczoła nie pokonuje zbyt długich dystansów, najwyżej do dwóch kilometrów, trzeba ją samemu zawieźć dalej, żeby uzyskała liczący się pożytek.
Na pytanie, kiedy będzie można ocenić szanse na nadchodzący w pszczelarstwie sezon, Albert Radwan odpowiada:
– Na pewno jeszcze nie teraz. Zobaczymy, jak po nietypowej zimie w najbliższym czasie będzie się kształtować pogoda, jaka będzie wiosna. Dziś nikt nie jest w stanie podać trafną prognozę w dłuższej perspektywie, dlatego też sezon miodobrania pozostaje na razie niewiadomą.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o