Kogo boi się nauczyciel?

0
349

Niskie zarobki, stres, zmęczenie spowodowane wielogodzinnym sprawdzaniem klasówek i prac domowych, choroby zawodowe – to tylko nieliczne i, jak mówią sami zainteresowani, najmniej uciążliwe aspekty nauczycielskiej pracy. Najbardziej przykre, smutne, upokarzające są spotkania z rodzicami uczniów. Brak kultury, roszczeniowość, traktowanie szkoły jak przechowalni i wyższość, jaką okazują względem pedagogów powodują, że ci mają coraz większy ból głowy. Niezbyt dobrze kształtują się także stosunki z wychowankami, którzy powielają naganne zachowania rodziców.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni

– W czerwcu zakończyłam pracę zawodową i przeszłam na emeryturę i jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie muszę już tolerować nieznośnego zachowania uczniów i spełniać wygórowanych żądań ich rodziców. Kochałam swój zawód, a swoich uczniów otaczałam troskliwą opieką, pomagałam w nauce, wspierałam ich zainteresowania. Z czasem jednak zauważyłam, że ranga zawodu nauczyciela słabnie, a wręcz upada. Przez wszystkie lata, kiedy sprawowałam funkcję wychowawcy, mówiłam rodzicom, że musimy trzymać wobec dzieci wspólny kurs. Bo nie może być tak, że w szkole uczeń widzi jedno, a w domu wpaja się mu coś zupełnie odmiennego. Poza tym bez wsparcia rodziców nawet najlepsze metody i sposoby wychowania i edukacji nie przyniosą efektów. To było jednak mówienie jak do ściany, a ostatnie lata przed emeryturą były dla mnie koszmarem. Czasem się zastanawiałam, skąd u małych dzieci tak fatalne zachowanie, ale kiedy spotykałam ich rodziców, odpowiedź na to pytanie przychodziła natychmiast – niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówi emerytowana nauczycielka jednego z brzeskich przedszkoli.

Mama płaci i wymaga

Małgosia pracuje w przedszkolu w niewielkiej wsi zaledwie kilka lat, ale już poważnie myśli o zmianie zawodu. – Wpada mamuśka rano do przedszkola, czyta jadłospis i już za chwilę toczy regularną bitwę ze mną, z dyrektorką przedszkola, a nawet z panią układającą menu dla dzieci. Bardzo nieuprzejmie, podniesionym głosem przypomina, że tyle razy mówiła, iż jej córeczka nie lubi jajek, a te będą na śniadanie. Spokojnie tłumaczę, że jej dziecko dostanie coś innego, więc ona jeszcze głośniej, że traktujemy jej pociechę jak odmieńca i ona sobie tego nie życzy. Po policzkach słuchającego tych wywodów dziecka zaczynają płynąć łezki, a mamusia już wręcz krzyczy: Widzi pani, do jakiego stanu doprowadza dziewczynkę? Najbardziej przykre jest to, że rozmowa toczy się przy wielu dzieciach, nabierają one przekonania, iż wcale nauczyciela słuchać nie trzeba, można go zbesztać i poniżyć. Opisana sytuacja to tylko jedna z niewielu w wykonaniu owej pani, praktycznie nie ma dnia, żeby nie urządziła jakiejś awantury. Próbowała z nią rozmawiać dyrektorka, ale dowiedziała się jedynie, że skoro ona płaci, to wymaga, a poza tym dostajemy wypłaty z publicznych pieniędzy, więc powinnyśmy pracować bez szemrania. Szkoda, że ta pani w ogóle nie bierze pod uwagę dobra swojego dziecka, o które tak rzekomo się troszczy, dziewczynka jest zagubiona i zdominowana przez matkę. Po jej wyjściu uspokajam małą i staram się wytłumaczyć zachowanie kobiety – opowiada Małgosia. – A w grupie pięciolatków, którą mam pod opieką, takich matek jest kilka. Jedna nie chce, żeby jej dziecko wychodziło na spacer, inna domaga się zakazu poobiedniego leżakowania, kolejna żąda, aby jej maluch nie musiał brać udziału w zajęciach grupowych. Nie zdają sobie sprawy, że dezorganizują życie całej grupy, to po pierwsze. A po drugie, ich zachowanie sprawia, że dzieci nie integrują się, nie potrafią działać w grupie, są nastawione tylko na zaspokajanie własnych potrzeb. Nie mogę na to spokojnie patrzyć, myślę, że w czasie pedagogicznych studiów nauczyciele powinni być przygotowywani do tego typu sytuacji.

Nauczyciel jak podwładny

Patrycja jest doświadczoną nauczycielką wychowania wczesnoszkolnego, cały czas się dokształca, skończyła studia podyplomowe i jeszcze dwa, trzy lata temu nie wyobrażała sobie, że mogłaby wykonywać inny zawód. – Relacje nauczyciela z rodzicami ci drudzy próbują sprowadzić do poziomu rozkazodawcy i służącego, przy czym bardzo niewielu ma jakiekolwiek pojęcie o wychowaniu i nauczaniu. Dzieci nie umieją się kulturalnie zachować, bo nie potrafią tego ich rodzice. Kilka lat temu, na swoje nieszczęście, miałam klasę, w której rodzicami byli prezesi, dyrektorzy, menadżerowie, przychodzili na wywiadówki i traktowali mnie jak swoją podwładną. Ale nawet nie to było najgorsze, fatalnie zachowywały się ich dzieci, z wyższością traktowały zarówno mnie, jak i swoich kolegów, którzy nie spędzili wakacji na Wyspach Kanaryjskich, nie byli na safari w Afryce. Z wielkim zainteresowaniem opowiadały o samochodach, jakimi jeżdżą ich rodzice. I proszę mi wierzyć, wśród licznej grupy dyrektorskich dzieci, tylko jeden chłopiec umiał się zachować, był skromny, nie trajkotał o wakacjach na Teneryfie, był przyjacielski, a jego rodzice fundowali bez rozgłosu paczki dla uboższych dzieci na Mikołajki. Mama i ojciec tego chłopczyka także byli skromnymi ludźmi, chociaż bardzo zamożnymi i wpływowymi. Rodzice nie widzą, że swoimi zachowaniami demoralizują dzieci, a od nas wymagają cudów, straszą nas, poniżają, nie szanują naszej pracy, mimo że opiekujemy się ich pociechami przez wiele godzin każdego dnia.
Bartek do niedawna uczył w gimnazjum, teraz pracuje z uczniami ze starszych klas podstawówki i opowiada, że przed każdą wywiadówką faszeruje się uspokajającymi tabletkami. – Tylko kilku uczniów w klasie dostaje dobre oceny, reszta jest poniżej średniej, niektórym w ogóle nie powinniśmy dawać promocji, ręce opadają, gdy uczeń z ósmej klasy nie wie, kiedy wybuchła II wojna światowa. Idę na wywiadówkę jak na skazanie i mówię, że słabo sobie radzą w szkole, nie interesują się, co się w niej dzieje, nie uczą się. Staram się używać łagodnych słów i mimo wszystko podkreślać, że młodzież jest super, tylko potrzebuje małego wsparcia od rodziców. Słyszę wtedy, że to pewnie ja sobie nie radzę i powinienem zmienić zawód. Blisko dwa lata temu jeden z rodziców wysłał na mnie skargę do kuratorium, miał pretensje, że postawiłem jego córce jedynkę na półrocze, że się uwziąłem, że niesprawiedliwie traktuję uczniów. W szkole zrobiło się lekkie zamieszanie, bo pan obiecywał, że mnie wykończy, a wizytatorzy przyjechali na kontrolę. Wyszedłem z tego obronną ręką, ale w następnym roku nie chciałem być już wychowawcą i chyba już nigdy się nie zdecyduję. A dziewczyna, której postawiłem jedynkę, kiedy koło mnie przechodziła mówiła po cichu, aby nikt nie słyszał, że jestem gruby, głupi i nic nie mogę jej zrobić.

Dzieci kłamią i kombinują

Nauczyciele zgodnie podkreślają, że wychowanie, edukacja i rozwój dzieci i młodzieży leży im na sercu, jednak postawy rodziców wytrącają im broń z ręki. – Cały czas chcą przekonać i udowadniać nam, że powinniśmy spełniać oczekiwania ich i dzieci. Ten konflikt sprawia, że poszkodowane jest dziecko, a jego dobro schodzi na dalszy plan. Atakowany stale pedagog zaczyna się wreszcie poddawać, często pod presją dyrektora szkoły stawia lepsze oceny, mimo że uczniowie nie zapracowali. Rodzice są zadowoleni, ale nie są świadomi krzywdy, jaka dzieje się dzieciom. A te stają się coraz bardziej roszczeniowe. Taka postawa nie ma wiele wspólnego z wyrabianiem u nich poczucia własnej wartości, pewności siebie, zgody i harmonii. Świat dorosłych musi być spójny i zrozumiały dla dzieci, rodzice i nauczyciele powinni mówić jednym głosem, wspierać się. Jeśli się tak nie dzieje, w szkole pojawia się coraz więcej konfliktów, a dzieci kłócą się nie tylko ze swoimi pedagogami, ale także z kolegami, są nielubiane i odtrącane. Sprzeczne komunikaty uczą dzieci kombinowania, zachęcają do kłamstwa, a to z reguły kończy się tym, że nie mają do nikogo szacunku i zaufania – mówi Krystian, pracujący jako pedagog w jednej ze szkół średnich.
Barbara, nauczycielka języka polskiego w szkole ponadpodstawowej opowiada o jednej ze swoich uczennic. – Dziewczyna w ogóle nie przykładała się do nauki, była agresywna, wagarowała, psuła atmosferę w klasie. Jak zwracałam jej uwagę, na drugi dzień w szkole pojawiała się matka, która to mnie obarczała winą za zachowanie córki. Kiedy zasugerowałam, że powinna skorzystać z pomocy poradni psychologiczno-pedagogicznej, zaczęła wrzeszczeć, że nie pozwoli, aby robić z jej dziecka debila. Kiedy wreszcie dziewczyna nie dostała promocji do następnej klasy, miała oceny niedostateczne z kilku przedmiotów, matka wynajęła adwokata, który w jej imieniu przychodził do szkoły. Nastolatka pluła mi pod nogi i przeklinała. Ta sytuacja wykończyła mnie psychicznie, jestem na rocznym urlopie zdrowotnym, ale do szkoły chyba już nie wrócę.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o