Sławny dom Banasia pod Tarnowem

0
519
Dawny dom prezesa Banasia, który wzbudza dużą ciekawość, skrywa się przy małej uliczce w Szczepanowie, fot. Wiesław Ziobro
REKLAMA

Kto mógł się spodziewać. Przecież takich domów w całym kraju są tysiące. Ale on chwilowo jest jednym z najsławniejszych w Polsce. Skrył się na małopolskiej prowincji, pod Tarnowem, na uboczu. Najbardziej ciekawscy zajeżdżają samochodami w to miejsce i za pomocą smartfonów robią zdjęcia, potem rozsyłają po znajomych. Bo to osobliwość. Dom jak dom, pod względem architektonicznym dość typowy, ale nie o wygląd chodzi. Chodzi o wielką politykę, która o niego zahaczyła i przyczyniła się do przypadkowej sławy.

REKLAMA

Jedziemy do Szczepanowa. Niewielka miejscowość położona niedaleko Brzeska. Dla niektórych dobrze znana, gdyż najprawdopodobniej urodził się tu św. Stanisław, biskup krakowski, jeden z głównych patronów Polski. We wsi wybudowano studzienkę, nad źródełkiem, w którym matka miała obmyć przyszłego świętego.
Ale dziś Szczepanów ściąga uwagę z zupełnie innych powodów. To tutaj znajduje się dawny dom należący do Mariana Banasia, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, obecnie człowieka z pierwszych stron gazet i portali internetowych, znanego z ekranów telewizyjnych, bohatera głośnej afery politycznej.
– Nie wiedziałam, że pan Banaś miał u nas dom. Przyznam, że zaskoczyła mnie ta wiadomość, zdziwiła – mówi Anna Lubowiecka, sołtyska Szczepanowa. – Kiedyś pamiętałam tylko, że ten dom jest na sprzedaż i gdy skontaktowała się ze mną pewna rodzina, która chciała kupić jakąś nieruchomość, przekazałam jej tę informację. Dzisiaj już oni tam mieszkają.

To nie nasza afera

Ludzie pytani o byłego właściciela niewiele mają do powiedzenia.
– O niczym nie miałam pojęcia – mówi kobieta spotkana w centrum miejscowości. – Tu, w okolicy, często wykupują stare domy do remontu ludzie z Krakowa, żeby mieć letnisko. Zwłaszcza po wybudowaniu autostrady. Nic nie słyszałam o Banasiu. Dopiero teraz coś tam o nim gadają….
Sołtyska twierdzi, ze „afera Banasia” nie zajmuje zbyt wiele uwagi mieszkańcom Szczepanowa.
– My tu, na prowincji, żyjemy całkiem innymi problemami. Ale teraz, gdy wyszła sprawa tego domu, to mnie niektórzy wypytują.
Słynny dom stoi w ustronnym miejscu, na skraju Szczepanowa. Dojeżdża się do niego wąską asfaltową uliczką, która biegnie obok autostradowych ekranów akustycznych i ginie potem w polu. Niewielki budynek z poddaszem, wzniesiony z bali, posadowiony jest na skromnej działce, na wysokiej podmurówce, dach pokryty tradycyjną dachówką. Do środka prowadzą drewniane schody. Budynek ma swój niepowtarzalny klimat, pamięta czasy, które już odeszły. Marzenie każdego mieszczucha, który szuka wytchnienia od miejskiego zgiełku i blokowisk.

Interes z ministrem

Obecną właścicielką jest pani Dorota, osoba otwarta i gościnna.
– Z mężem i dziećmi mieszkaliśmy przez dłuższy czas u rodziców w okolicach Brzeska, potem chcieliśmy mieć coś swojego. Szukaliśmy w tym rejonie domu do remontu. O tym domu dowiedzieliśmy się od sołtyski ze Szczepanowa. Był na sprzedaż, wyglądał na opuszczony, wymagał solidnego remontu, ale podobał nam się. Na posesji był pozostawiony numer telefonu właściciela. Zadzwoniliśmy, umówiliśmy się na spotkanie. To był pan Banaś. Nic o nim wówczas nie wiedzieliśmy.
Jak sprawdziliśmy, Marian Banaś był w tym czasie podsekretarzem w Ministerstwie Finansów. Zaczynał swoją wielką karierę.
Pertraktacje nie trwały długo, mimo że właściciel nieruchomości zmieniał podaną wcześniej cenę na coraz wyższą. W końcu stanęło na 65 tys. złotych.
Dom z działką w Szczepanowie pośród wielu innych nieruchomości należących do Mariana Banasia najkrócej pozostawał w jego rękach. Poprzedni właściciel zmarł w czerwcu 2007 roku, a wiceminister Banaś, który wszedł w posiadanie domu, już miesiąc później sprzedał go pani Dorocie i jej rodzinie.

Podarunek

Kiedy wybuchła afera związana z „hotelem na godziny” w Krakowie, czyli z kamienicą, która do niedawna należała do prezesa NIK, gdy wyszły na jaw jego kontakty z krakowskim półświatkiem i niejasności w oświadczeniach majątkowych, on oficjalnie wyjaśnił, że dom w Szczepanowie, ale i inne nieruchomości, otrzymał w formie darowizny od Henryka Stachowskiego, byłego żołnierza AK, elitarnego Kedywu. Miało się tak stać w zamian za dożywotnią opiekę nad emerytem i późniejsze zorganizowanie jego pogrzebu.
– Pan Stachowski długo był właścicielem obecnie naszego domu – opowiada pani Dorota. – On go przeniósł na tę wysoką podmurówkę, gdyż wcześniej stał w innym miejscu działki, tam, gdzie jest skalniaczek, zachowały się nawet fundamenty.
W Szczepanowie mało kto kojarzy Stachowskiego. Sąsiedzi wokół są już nowi, jeszcze mało zasiedziali, albo wyjechali za granicę. Nieliczni pamiętają, że Stachowski przyjeżdżał tu na letni wypoczynek, chyba od lat siedemdziesiątych, wraz z żoną, która była sędzią w krakowskim sądzie. Po jej śmierci w Szczepanowie zjawiał się już rzadko. Dzieci nie mieli. Domek powoli podupadał, wkrótce odcięto od niego prąd.

Dwukrotne przenosiny

Dziś dom jest nie do poznania. Rodzina pani Doroty remontowała go pieczołowicie przez pięć lat. Tak, aby nic nie zgubić z jego przeszłości, z epoki, w której powstał. Zadbano o wiele szczegółów. Na dachu znajduje się betonowa dachówka, obecnie ceramiczny unikat, a nie żadna nowobogacka blacha. Udało się ją odkupić od znajomej pani Doroty, która stertę nowej dachówki przechowywała po rodzicach. Ceramika miała pójść na inny dach, ale z jakichś powodów nie poszła, została w sianie w stodole.
– Dom ma dość niezwykłą historię, nie tylko tę z ostatnich miesięcy – śmieje się pani Dorota. – Zdążyliśmy już ustalić, że został zbudowany w 1922 roku w okolicach Limanowej. Potem został przeniesiony w obecne miejsce, gdyż wcześniej spłonął tutaj inny dom. W zasadzie był rozbierany dwa razy; pierwszy raz, gdy transportowano go z Limanowej do Szczepanowa i drugi raz, gdy pan Stachowski przenosił go na podmurówkę. Dobrze zrobił, gdyż budynek nie chłonął od spodu wilgoci i budulec z drewna przetrwał w bardzo dobrym stanie.
Nic nie uciekło z dawnego klimatu również w środku. Przez okna wpada do salonu słońce, więc obszerne pomieszczenie jest bardzo jasne. Sufit – powała z oryginalnymi deskami i rzędem charakterystycznych belek. Wszędzie dużo drewna i, rzecz jasna, kominek. Oszczędne w formie meble dobrze komponują się z wnętrzem. Na parterze wszystko mieści się na 55 metrach kwadratowych, na poddaszu są jeszcze dwa pokoiki.

Pstry, pstryk…

Po domu lub przed nim przechadzają się dwa psy wilczury i cztery koty. Koty i jeden z psów znalazły tu schronienie po tym, jak ktoś się ich pozbył. Pani Dorota znana jest w okolicy z pomocy bezdomnym, porzuconym zwierzętom, ale – uwaga – niech nikt nie sądzi, że prowadzi azyl.
Szczególnie rosłe psy robią wrażenie; ktoś mógłby pomyśleć, że wypuszcza się je po to, aby odstraszyć ciekawskich.
– Nic podobnego – zaprzecza pani Dorota. – Owszem, kontaktują się z nami dziennikarze, ale nie jest tak źle. Zaobserwowaliśmy też, że jacyś ludzie zatrzymują się samochodami w pobliżu nas i chyba robią zdjęcia. No, taka teraz to atrakcja… Oczywiście, gdy do nas dotarło, że dom kupiliśmy od znanej teraz w Polsce osoby, zainteresowała nas cała afera, śledzimy ją.
Pani Dorota, jej mąż i dzieci są przekonani, że znaleźli tu wreszcie swoje miejsce na Ziemi. Cieszą się z wymarzonego domu. Nigdy nie mogli jednak przypuszczać, że kiedyś stanie się tak sławny. Choć, jak mają nadzieję, już nie na długo.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o