Wyleczona z Covid-19

0
635
Wyleczona z Covid-19
REKLAMA

Iwona mieszka niedaleko Iwkowej, w powiecie brzeskim, ma 55 lat. Na początku kwietnia zachorowała na Covid-19. Przez ponad trzy tygodnie leżała w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, kilka kolejnych leczyła się w domu. Do dzisiaj cierpi na zaburzenia lękowe, ma kłopoty z oddychaniem, czuje zmęczenie i ma problemy z koncentracją. Kobieta obwinia się za śmierć ojca, jest przekonana, że to od niej zaraził się koronawirusem, Covid bezobjawowo przeszły także jej dwie dorosłe córki.

– To nie była lekka grypa, chorowałam bardzo ciężko, a towarzyszyły temu silne przeżycia emocjonalne, które wydłużyły czas zdrowienia. Ostatnie miesiące były tragiczne dla całej naszej rodziny, ogromny lęk, niepewność, niemożność widywania się z bliskimi. I wreszcie niespodziewana śmierć mojego ojca, którego nie mogłam odprowadzić na cmentarz i pożegnać go. Do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić – wyznaje ze łzami w oczach Iwona.

REKLAMA

I mnie to dotknęło
Wszystko zaczęło się w połowie marca, kiedy z Niemiec wróciła jej serdeczna przyjaciółka. – Od razu skierowana została na kwarantannę, nigdzie nie wychodziła, z nikim się nie spotykała, nawet z najbliższą rodziną, chociaż wspólnie z nimi przebywała w tym samym domu. Rozmawiałyśmy przez telefon kilka razy dziennie, stale mi mówiła, że nic jej nie dolega, śmiała się nawet, że wczasy jej urządzili. Gdy zaproponowała, żebym ją odwiedziła, nie wahałam się ani chwili, ale kiedy ją zobaczyłam, zauważyłam bladość jej twarzy. Wytłumaczyła mi, że skoro siedzi w zamknięciu już dwa tygodnie bez ruchu, to normalne. Gadałyśmy kilka godzin, zjadłyśmy gołąbki, które wcześniej przygotowałam. Teraz wiem, że wtedy zaraziłam się wirusem, wykazałam się skrajną nieodpowiedzialnością i głupotą, których skutki do dzisiaj odczuwam ja i moi najbliżsi – opowiada Iwona.
Na początku kwietnia w całym kraju panowała wielka kwarantanna, dzieci nie chodziły do szkół, dorośli nie pracowali, wszystko po to, aby nie dopuścić do rozprzestrzeniania się wirusa. – Zachorowań było niewiele, ale strach był duży, nie wiadomo było z czym mamy do czynienia, lekarze nie znali sposobów leczenia. Śledziłam codzienne raporty dotyczące liczby zachorowań i zgonów, do głowy by mi wtedy nie przyszło, że i mnie może to dotknąć. Pewnej nocy poczułam bóle brzucha, wstałam, zażyłam żołądkowe krople i dospałam spokojnie do rana, jednak już po kilku godzinach ból wrócił, pojawiły się wymioty. Pomyślałam, że mam zatrucie pokarmowe, poprzedniego dnia razem z córkami byłyśmy u taty i jadłyśmy z nim wiejską kiełbasę. Nazajutrz poszłam do lekarza, przepisał mi jakieś tabletki i preparat na uzupełnienie elektrolitów, w następnych dniach czułam się jednak coraz gorzej, miałam wysoką temperaturę.

Ojciec zawiózł ją do szpitala
Po niedługim czasie u Iwony pojawił się kaszel, był dławiący, miała także ataki duszności. – Kiedy poskładałam to wszystko w całość, niemal zemdlałam, wiedziałam już, że złapałam koronawirusa. Zadzwoniłam do sanepidu, zakazali mi wychodzenia z domu i spotykania się z kimkolwiek, zalecili także samoobserwację, a nawet sporządzanie notatek na temat swojego stanu zdrowia. Telefonicznie zawiadomiłam całą rodzinę i znajomych. Po kilku dniach byłam tak wyczerpana atakami kaszlu i dusznościami, że z trudem mogłam pójść do toalety, cały czas leżałam, nie mogłam nawet pić wody. Było to bardzo trudne, nigdy wcześniej poważnie nie chorowałam, wydawało mi się, że będę się żegnać z tym światem. W pewnym momencie poczułam się tak źle, że postanowiłam ponownie zadzwonić do sanepidu, linia była zajęta, a mnie czarno robiło się przed oczyma. Ostatkiem sił wykręciłam numer do taty, powiedziałam, że umieram, słyszałam jego głos, ale nie rozumiałam sensu słów, chyba na chwilę straciłam przytomność. Obudziłam się na tylnym siedzeniu samochodu ojca, po telefonicznej rozmowie natychmiast do mnie przyjechał, razem z sąsiadem musieli wyłamać drzwi do domu. Zapakował mnie do auta i postanowił, że zawiezie mnie do szpitala do Krakowa – relacjonuje Iwona.
Słabo pamięta, co działo się z nią przez pierwszych kilka dni pobytu w lecznicy. – Wszystko widziałam jak przez mgłę, słyszałam głosy lekarzy i pielęgniarek, czułam, że podają mi kroplówki, zakładają cewnik, robią zastrzyki. Kiedy doszłam nieco do siebie, poinformowano mnie, że mam Covid i że choroba ma ciężki przebieg. Ataki kaszlu powodowały wymioty, każdy oddech sprawiał mi ból, świszczało w uszach i gardle, dusiłam się, podawano mi tlen. Mój stan znacznie pogarszała niewiedza o tym, co dzieje się z tatą, ogromnie bałam się tego, że zaraził się ode mnie. Pytałam pielęgniarek, ale nic nie wiedziały, jedną z nich ubłagałam, żeby pozwoliła mi zadzwonić do ojca ze swojego telefonu.

Ozdrowiona wraca do domu
Okazało się, że ukochany staruszek niemal codziennie przyjeżdżał do szpitala, aby dowiedzieć się, co dzieje się z Iwoną. – Zapewniał, że dobrze się czuje, naprawił drzwi do domu i na portierni szpitala zostawił mi telefon. Po kilku dniach zadzwoniła starsza córka, alarmowała, że dziadka odwieźli do szpitala, tego samego, w którym ja leżałam, nie udało mi się jednak uzyskać o nim żadnej wiadomości. Czułam się jak w matni, płakałam, błagałam i krzyczałam, żeby mi pozwolili pójść do taty, zobaczyć go, tłumaczyłam, że jest to najbliższa mi osoba. Podali mi uspokajające tabletki, które uciszyły na chwilę strach i ból. Po ponad dwóch tygodniach pobytu w szpitalu poczułam się lepiej, lekarz wyjaśnił mi, że zastosowana kuracja przynosi efekty i najprawdopodobniej za kilka dni wyjdę do domu. Zamęczałam córki telefonami z pytaniami dotyczącymi taty, odpowiadały wymijająco, wiedziałam, że nie są szczere, ukrywają coś. W czasie ostatniej wizyty mój lekarz prowadzący mówił, że co prawda jestem ozdrowieńcem, jednak mogę jeszcze zarażać innych, zalecił mi zdrowe odżywianie i dużo odpoczynku. Do domu przywieziono mnie karetką pogotowia, byłam bardzo słaba, miałam zawroty głowy i odczuwałam wielki lęk z powodu ojca. Córkom zabroniłam wizyt, zażądałam jednak od nich, aby pojechały do Krakowa i wypytały dokładnie o stan swojego dziadka. Jedna z nich zadzwoniła następnego dnia po południu, była smutna i rozbita, lekarz jej powiedział, że stan taty nie jest dobry, oprócz typowych dolegliwości związanych z Covid-19 ma problemy z sercem – wspomina 55-latka.

Najpiękniejsze rozmowy
Kiedy z ojcem Iwony zaczęło być naprawdę źle, lekarze pozwolili mu na rozmowy z córką. – Mimo tragizmu sytuacji, niepewności, zwątpienia i strachu to były jedne z najpiękniejszych rozmów, jakie przeprowadziliśmy w naszym dotychczasowym życiu. Dużo mówiliśmy o miłości, przywiązaniu, wspominaliśmy z płaczem dzień, kiedy zmarła moja mama. Przypominały nam się wspólne przeżycia, wspólny wyjazd nad morze, wycieczka do Rzymu i to, jak pocieszał mnie, gdy zerwał ze mną mój pierwszy chłopak. Kładłam się bardzo późno, a kiedy tylko zrywałam się rano, od razu dzwoniłam do taty, słyszałam, jak pielęgniarki go upominają, że nie powinien tak długo rozmawiać. One już jednak wiedziały, że niewiele radości mu zostało i przymykały na to oko. Po czterech dniach poinformowano mnie, że ojciec nie żyje, zmarł z powodu rozległego zawału serca i oddechowej niewydolności.
Pogrzeb nie był taki, jakiego życzyłaby sobie dla ukochanego ojca. – Wszystkimi formalnościami zajęła się córka, ze szpitala przywieźli go prosto do kościoła, tam ksiądz odprawił bardzo krótkie nabożeństwo, w którym mogło wziąć udział tylko pięć osób. Ja nie poszłam, nie wolno mi było jeszcze wychodzić z domu. Pogrążyłam się w bezdennej rozpaczy, do dzisiaj obwiniam się za śmierć ojca. Gdyby nie spotkanie z przyjaciółką, gdyby nie moja lekkomyślność pewnie żyłby jeszcze długo i szczęśliwie, miał zaledwie 71 lat, był zdrowy i pogodny, nad życie kochał swoje dzieci i wnuki. Nawet gdy umierał mój mąż, nie cierpiałam tak bardzo, miał raka trzustki, lekarze nie zostawiali złudzeń. Niedawno wyczytałam, że Covid uszkadza serce i jestem przekonana, że tak właśnie stało się z tatą – mówi Iwona.

To groźna choroba
Dopiero niedawno Iwona dowiedziała się, że Covid przeszły jej obydwie córki, chorowały bezobjawowo. Nic jej o tym nie mówiły, nie chciały jej przysparzać dodatkowych zmartwień. Jedna z nich przeszła kwarantannę, na trzy tygodnie musiała oddać swoje malutkie dzieci do teściów. – Na szczęście nikogo nie zaraziły, moje dzielne dziewczęta opiekują się mną jak umieją najlepiej. Gotują mi obiady, sprzątają, przywożą do mnie wnuki, co jest dla mnie wielką radością. Od czasu, gdy zachorowałam minęły już cztery miesiące, ale wcale zdrowa nie jestem. Mam wiele zaburzeń neurologicznych, napady lęku, stale czuję się zmęczona, nie mogę się na niczym skupić. Cierpię także z powodu kłopotów z oddychaniem, zażywam mnóstwo leków. Lekarz mówi, że potrzebuję więcej czasu i pociesza, iż wszystko wróci do normy. Od kwietnia jestem na lekarskim zwolnieniu, z lękiem myślę o powrocie do pracy, za namową córek zapisałam się na wizytę u psychiatry.
55-latka namawia, aby chronić siebie i bliskich przed koronawirusem. – Gdy widzę, jak ludzie zachowują się w sklepach czy w kościołach, włos staje mi na głowie. Nie zakładają maseczek, nie zachowują dystansu, a Covid to bardzo groźna choroba, na którą wiele osób umarło, nie można jej lekceważyć.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o