REKLAMA

Wirusowe zapalenia wątroby, zapalenia opon rdzeniowo-mózgowych, zakaźne zatrucia pokarmowe, sepsy, róża, ospa, borelioza, niejasnego pochodzenia gorączki – to najczęstsze choroby, z jakimi pacjenci kierowani są na oddział obserwacyjno-zakaźny w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej. Na oddziale prowadzona jest także terapia przewlekłego, wirusowego zapalenia wątroby typu C. Jest to jedyny oddział tego typu na terenie byłego województwa tarnowskiego.

REKLAMA

Za mało łóżek
– Jeszcze kilka lat temu na oddziale było sto łóżek, liczbę tę stale zmniejszano, cięcia paradoksalnie tłumaczono tym, że nie mają wystarczającego obłożenia. Pamiętam, jak liczba łóżek redukowana była z 54 do 45, wyjaśniano, że obłożenie powinno wynosić… 90 procent. To jednak absurd, bo przy takiej liczbie pacjentów nie może być mowy o izolacji chorych, która w niektórych schorzeniach jest konieczna. Zatem logiczne jest, aby obłożenie łóżek na oddziale zakaźnym nie przekraczało 50 procent. Teraz mamy 17 miejsc i bardzo często wszystkie są zajęte, co bynajmniej nie dziwi, bo obsługujemy teren kilku powiatów – Dąbrowę Tarnowską, Tarnów, Bochnię, Brzesko, Tuchów, ale przyjmujemy także pacjentów z Gorlic, Nowego Sącza czy Zakopanego. W razie braku miejsc kierujemy chorych do innych szpitali. Łóżek jest zdecydowanie za mało, a specyfika oddziału nie pozwala położyć pacjentów na korytarzu – mówi ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego, Zbigniew Martyka.

Zbyt mała liczba łóżek i ograniczenie powierzchni umożliwiły utworzenie tylko trzech izolatek, co sprawia, że mimo konieczności pacjenci leżą w dwuosobowych, a nawet jednej trzyosobowej sali. – O izolacji najczęściej nie ma więc mowy – dodaje ordynator. – Podczas jednej z sanepidowskich kontroli zwrócono nam uwagę, że chorych nie wpuszczamy na oddział specjalnymi śluzami, wytłumaczyliśmy jednak bezsensowność takich zaleceń. Bo po co śluzy, skoro pacjenci z różnymi chorobami i tak spotkają się na wspólnej sali?

Brakuje lekarzy
W ciągu kilkunastu ostatnich lat liczba łóżek zakaźnych w Polsce zmniejszyła się o blisko połowę i wynosi teraz niecałe trzy tysiące. To powoduje, że coraz mniej lekarzy wybiera tę specjalizację. – To błędne koło, które może doprowadzić do tego, że w przypadku epidemii, chorych nie będzie miał kto leczyć. Znam szpital, w którym oddział zakaźny prowadzi lekarka na emeryturze i nie jest to bynajmniej odosobniony przypadek. U nas w Dąbrowie jest dwóch lekarzy – ja i koleżanka, która jest już w wieku emerytalnym. Aby zapełnić dyżury posiłkujemy się lekarzami z oddziałów płucnego i wewnętrznego. Zdaję sobie sprawę, że utrzymanie oddziałów zakaźnych jest bardzo kosztowne i to było głównym powodem ich całkowitej likwidacji lub zmniejszenia liczby łóżek. Jednak nie można likwidować straży pożarnej tylko dlatego, że przez jakiś czas nie było pożaru, to podobnie, jak z oddziałami zakaźnymi. Faktem jest, że część chorób leczy się ambulatoryjnie, jednak funkcjonowanie szpitalnych oddziałów jest absolutną koniecznością, zawsze będzie pewna liczba pacjentów zakaźnych wymagających hospitalizacji, a ponadto w miejsce schorzeń, które występują już bardzo rzadko pojawiają się nowe. Ludzie podróżują w odległe rejony świata i przywożą stamtąd choroby. Teraz bardzo często pacjentami są chorzy na boreliozę, co jeszcze kilkanaście lat temu należało do rzadkości. Okresowo rośnie liczba chorych na grypę, u wielu z nich występują komplikacje, konieczna jest hospitalizacja, niekiedy na oddziałach zakaźnych. Wielu chorych wymaga izolacji i specjalnego sposobu leczenia, uważam, że brak zachęty i motywacji do wybierania specjalizacji z zakresu chorób zakaźnych doprowadzić może do nieprzewidzianych, niekorzystnych dla pacjentów sytuacji. Warto przy tym pamiętać, że schorzenia tego typu mogą niekiedy rozwijać się gwałtownie, a nieleczone w krótkim czasie prowadzą do poważnego zagrożenia zdrowia i życia pacjenta. Co zatem się stanie, jeśli ten w porę nie uzyska fachowej pomocy, bo dotarcie do specjalisty będzie trwało zbyt długo? – pyta ordynator.

Pacjencie, lecz się sam
Chcąc poznać jak w rzeczywistości wygląda sytuacja pacjentów, ordynator Martyka zatelefonował w ubiegłym roku do NFZ. – Zadzwoniłem jako pacjent i zadałem pytanie, do której poradni mogą mnie skierować, bo mam podejrzenie choroby zakaźnej, a tu, gdzie mieszkam, wolne miejsca będą dopiero za rok. Uzyskałem odpowiedź, że jak będę miał napisane na skierowaniu od lekarza „pilne”, to zostanę przyjęty już za trzy miesiące. Pozostawiam to bez komentarza – mówi.
Lekarz radzi także, co pacjenci mogą sami dla siebie zrobić, aby chronić się przed chorobami. – Nie powiem pewnie nic odkrywczego, ale występowanie chorób cywilizacyjnych wzrosło ponad dwukrotnie, odkąd jemy to, co rośnie na odmineralizowanych glebach. To w dużej mierze powoduje, że słabną siły obronne organizmu. Pożyteczne bakterie, których w ludzkim ciele są miliardy, zabijają antybiotyki. Badania wykazują, że teraz nawet w lecie pacjenci mają niedobory witaminy D, dlatego musimy ją suplementować, a jak się okazuje po wykonaniu badań jej poziomu u pacjentów, najbardziej wskazana dawka wynosi około czterech tysięcy jednostek na dobę, to zmniejsza ryzyko wystąpienia wielu chorób. Kolejny problem to niedobory witaminy C, którą organizmy zwierząt produkują same, ludzie natomiast muszą stale ją uzupełniać. Po około dwóch tygodniach od zaprzestania suplementacji poziom witaminy spada o około 50 procent, ale gdy się skaleczymy albo zarazimy od kogoś katarem, wystarczy na to zaledwie pół godziny – mówi Zbigniew Martyka.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o