Mobbing, szantaż, zastraszanie?

0
316
fot. UM Dąbrowa Tarnowska

Chowanie zabawek przed dziećmi, straszenie płaczących maluchów, nieinformowanie opiekunów o stanie zdrowia podopiecznych żłobka – to tylko niektóre zarzuty stawiane kierowniczce przez kilka pracownic placówki. Oficjalne pismo w tej sprawie wysłały do burmistrza Dąbrowy Tarnowskiej. Panie piszą i mówią także o szantażowaniu, mobbigu, a nawet zmuszaniu do fałszowania dokumentacji żłobka. Jego kierowniczka, Lucyna L. sprawy komentować nie chce, a sekretarz gminy zapewnia, że urzędnicy podjęli wiele czynności mających wyjaśnić, czy na zarzuty stawiane szefowej placówki istnieją dowody. A tych szukają nie tylko pracownicy magistratu, także policjanci i to z dwóch komend – Dąbrowy Tarnowskiej i Szczucina. W pierwszej prowadzone jest postępowanie w sprawie nadużyć uprawnień i niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, w drugiej zaś o narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Dziecku nie udzielono medycznej pomocy
– Krzywda dziecka i sposób, w jaki kierowniczka chciała zatuszować sprawę wypadku, a odpowiedzialność za niego zrzucić na innych, sprawiły, że przelała się czara goryczy i mimo lęku przed konsekwencjami, razem z kilkoma koleżankami postanowiłyśmy napisać list do burmistrza. W październiku w żłobku doszło do wypadku, 2,5-letnia dziewczynka bawiła się z kolegą, gdy nagle upadła i uderzyła głową w szafkę, przez co doznała urazu w obrębie jamy ustnej. Nie chciała jeść ani pić, a na jej twarzy pojawiła się opuchlizna. Bezpośrednio po zdarzeniu kierowniczka poleciła położyć dziecko spać i stanowczo zabroniła telefonować do rodziców, aby poinformować ich o zdarzeniu. Matka dziewczynki o wypadku dowiedziała się dopiero kilka godzin później, kiedy przyszła po dziecko. Informację przekazała jej jedna z pracownic gdyż pani kierownik wyszła już do domu. Gdy kilka dni później rodzic przyszedł do niej z prośbą o wyjaśnienie całej sytuacji, okłamała go mówiąc, że dziecko widziała pielęgniarka i powiedziała, że wypadek nie był groźny. Matka odkryła jej kłamstwo i gdy stan zdrowia dziecka nie uległ poprawie, powiadomiła kierowniczkę, że złożyła doniesienie na policję i do prokuratury o niedopełnienie przez nią obowiązków i narażenie dziecka na utratę zdrowia. Kierowniczka zaczęła przygotowywać linię obrony, wezwała wszystkie opiekunki, włączyła nagranie z monitoringu i poinstruowała, jak mamy zeznawać na policji. Miałyśmy mówić, że wypadkowi jest winna matka, bo kupiła dziecku złe buciki. Aby oddalić od siebie zarzut niepowiadomienia rodzica o wypadku, wzywała do siebie pracownice i używając podstępu kazała podpisywać im procedury dotyczące informowania rodziców. Dokumenty były z datą wsteczną i odmówiłyśmy ich podpisania – relacjonuje jedna z opiekunek, która z imienia i nazwiska podpisała się pod skargą na zachowanie i sposób kierowania żłobkiem przez Lucynę L.

Kierowniczka mnie okłamała
Matka dziewczynki nie ma pretensji, że doszło do wypadku, ale tego, iż do dziecka nie wezwano pielęgniarki i nie poinformowano jej o zajściu, wybaczyć nie może. – Zabrałam ją do domu z rozciętą wargą, chwiejącym się zębem i opuchniętą buzią. W miejsce to wdał się stan zapalny, którego długo nie można było wyleczyć. Mała nawet nie chce słyszeć o pójściu do żłobka, płacze na samo wspomnienie. Najgorsze, że nie wezwano do niej medycznej pomocy, której moim zdaniem wymagała. Kierowniczka okłamała mnie, że widziała ją pielęgniarka, z relacji opiekunek wiem, że córka mocno krwawiła, zdjęto jej koszulkę, która została uprana, do dzisiaj jej nie odzyskałam. Lekarka badająca małą stwierdziła, że gdyby uderzyła się trochę wyżej, mogłaby już nie żyć. Nie zostawiono mi wyboru, musiałam zawiadomić policję i prokuraturę – mówi kobieta.
– Zawiodłyśmy się na burmistrzu, powinien był zawiesić panią L. do wyjaśnienia sprawy. Zrobił z nami spotkanie, które nazwał mediacyjnym, kpił podczas niego jak możemy pisać w skardze o oknach, które się nie uchylają. Musiałyśmy mu tłumaczyć, że ma to wielkie znaczenie gdyż przez zbyt dużą temperaturę dzieci się odparzają, a w sali panuje zaduch. Efekt spotkania był taki, że dał szansę kierowniczce, która obiecała poprawę. Ale nic takiego się nie stało. Podzieliła personel i wybrała sprzyjającą sobie grupę. Jako kierownik ma możliwość stosowania form nacisku. Decyduje o tym, komu przedłużyć umowę. Pielęgniarce, która odmówiła mataczenia, jak i opiekunce, która podpisała skargę, nie przedłużyła umowy – opowiada nasza rozmówczyni.

Bo za bardzo bałaganią…
Co jeszcze opiekunki zarzucają Lucynie Liberze? W skierowanym do burmistrza piśmie mowa jest o skandalicznym jej zachowaniu, zastraszaniu pracowników od chwili powstania placówki, a także o niewłaściwym traktowaniu podopiecznych żłobka. Panie skarżą się, że urlopy mogą brać tylko wtedy, gdy zgodzi się na to kierowniczka. Maluchy traktowane są przez nią wybiórczo, a jej zainteresowanie budzą tylko te, które mają wysoko postawionych rodziców. Gdy jedno z dzieci płakało za rodzicami, straszyła je i mówiła, że jeśli nie przestanie, nie zabiorą go do domu, a maluch był dopiero trzeci dzień w żłobku. – Podczas posiłku, w czasie którego dziecko nie chciało jeść, kierowniczka zarzuciła mi, że karmię go złą łyżką. Gdy ją wymieniłam, a maluch dalej odmawiał przyjęcia jedzenia powiedziała, że nie umiem go nakarmić i nie mam instynktu macierzyńskiego. Nagminne było to, że nie pozwalała wzywać rodziców, gdy maluchy źle się poczuły – gorączkowały, albo wymiotowały. Jedno z dzieci przez kilka dni ustawicznie płakało i w ogóle nic nie jadło, zaniepokojona mama wypisała je ze żłobka. Wtedy kierowniczka straszyła nas, że stracimy pracę, bo nie będziemy miały kim się opiekować. Albo nakazała schowanie na tydzień zabawek, bo dzieci za bardzo… bałaganią – relacjonuje jedna z pracownic.
Inne mówią o tym, że musiały z domów przynosić worki na śmieci i do odkurzacza, wykonywać pomoce za swoje pieniądze, nie wolno im było korzystać z kserokopiarki, musiały we własnym zakresie naprawiać zepsuty sprzęt. Po wypadku, kiedy odmówiły sfałszowania żłobkowej dokumentacji, kierowniczka straszyła je, że nie będzie nagród i podwyżek. Niedawno, kiedy L. się zdenerwowała, miała rzucić w stronę pracownic „Co one mają w tych pustych łbach”. – Praca stała się dla nas koszmarem, atmosfera panująca w żłobku niekorzystanie odbija się nie tylko na nas, ale także na dzieciach. Nie wyobrażamy sobie, że dalej mogłybyśmy z kierowniczką pracować, ona w ogóle nie nadaje się na stanowisko, które zajmuje. Oczekujemy od burmistrza szybkiej reakcji – przekonują kobiety.

Nie przypinać łatki szefowej
Sprawa trafiła pod obrady sesji miejskiej rady, a niektórzy rajcowie dołożyli wielu starań, aby pismo pracowników samorządowej placówki nie ujrzało dziennego światła. Nie udało się to, z czego bardzo niezadowolony był burmistrz Krzysztof Kaczmarski oraz kilku radnych. – Skargę rozpatrywano na komisjach, więc nie było konieczności powtarzania tego w czasie sesji. Uważam, że dopóki zawarte w niej zarzuty nie potwierdzą się, pismo nie powinno być upublicznione, przez przypadek można przypiąć pani kierownik łatkę, a raz powiedziane złe słowo będzie się za nią ciągnąć – mówił przewodniczący komisji skarg, wniosków i petycji. Ostatecznie o tym, że pismo zostało odczytane w czasie obrad, radni zdecydowali w głosowaniu.
– Początkowo próbowaliśmy sprawę załatwić polubownie i wydawało się, że zmierzamy w dobrym kierunku, niestety okazało się, iż pracownice skierowały pismo do rady miejskiej, przez co spór się jeszcze zaostrzył. Panie zażyczyły sobie, aby zwolnić kierowniczkę, albo zawiesić ją do czasu wyjaśnienia podłoża konfliktu. Ale nikogo tak po prostu z pracy wyrzucić się nie da, trzeba zbadać zasadność zarzutów i na pewno skonfliktowana załoga musi do tego czasu razem pracować. Doszła jeszcze kwestia wypadku, jeśli zarzuty mamy dziecka zostaną uznane za zasadne przez prokuratorów, sprawa trafi do sądu, a kierowniczka zostanie ukarana, to wiadomo, że będzie musiała z pracy odejść. W samorządowych placówkach nie mogą bowiem być zatrudnione osoby karane. Jeśli jednak zostanie z zarzutów oczyszczona, panie będą musiały zakopać wojenny topór – wyjaśnia sekretarz gminy, Stanisław Ryczek.

Na etacie tylko cztery wychowawczynie
Sekretarz diagnozuje, że głównym powodem konfliktów między Lucyną L. a pracownicami jest niestabilność zatrudnienia w placówce. Do utrzymania żłobka samorząd dokłada rocznie od 400 do 500 tysięcy złotych (tylko 30 procent kosztów utrzymania stanowią dopłaty z Ministerstwa Rodziny i opłaty wnoszone przez rodziców), są to pieniądze ogromne, więc gmina robi, co może, aby wydatki te zmniejszać. – Jedna opiekunka zajmuje się trójką, czwórką dzieci, w placówce pracuje 11 osób, jednak tylko cztery z nich na etacie. Reszta to panie, których zatrudnienie finansowane jest przez urząd pracy, więc pracują w żłobku tylko przez pewien czas – dodaje Ryczek.
Zarzuty pracownic pod adresem kierowniczki L. podzielić można na trzy rodzaje – organizacyjne, pracownicze i prawne. – Wagę tych ostatnich badają policja i prokuratura, być może zajmie się nimi sąd. Także te dotyczące spraw pracowniczych nie mogą być rozstrzygane przez radnych ani przez burmistrza, zarzuty tego typu mogą badać sądy bądź inspektorzy pracy. Z tego, co mi wiadomo Państwowa Inspekcja Pracy już prowadzi kontrolę w żłobku, dostaniemy pokontrolny protokół i będziemy go oceniać. Jeśli zaś chodzi o sprawy organizacyjne, to wiadomo, że większość zarzutów zawartych w piśmie do burmistrza nie utrzyma się, bo przeprowadzona w tym zakresie kontrola nie wykazała poważnych niedociągnięć, które w jakikolwiek sposób mogłyby zagrażać bezpieczeństwu dzieci. W sporze między kierowniczką żłobka i pracownikami nie stajemy po którejkolwiek stronie i cierpliwie będziemy czekać na prawne ich rozstrzygnięcia. Niezależnie od tego placówka musi cały czas pracować, bo tego wymagają od nas mieszkańcy, którzy przyprowadzają do niej swoje dzieci – dopowiada sekretarz Ryczek.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o