Region dąbrowski kłusownictwem słynie…

0
1564

Po lasach leżących na Powiślu Dąbrowskim beztrosko spacerować nie można, na każdym kroku natknąć się można na różnorakie pułapki zastawione na łowną zwierzynę, a te mogą być niebezpieczne także dla ludzi. W ciągu roku myśliwi w okolicach Dąbrowy Tarnowskiej znajdują po kilkaset różnego rodzaju pułapek zastawionych na sarny, dziki i ptaki.

W ciągu ostatnich kilku lat dąbrowscy policjanci złapali kilkunastu kłusowników, zarekwirowali kilkadziesiąt sztuk broni palnej i sporo amunicji. Strażnicy łowieccy mówią, że być może to jedna tysięczna nielegalnie polujących.
– Dawniej ludzie kłusowali z głodu i z chęci zarobku, dzisiaj robią to raczej dla sportu, z chęci przeżycia przygody, podniesienia poziomu adrenaliny – mówi Andrzej Leń, od 20 lat społeczny strażnik łowiecki w powiatach: dąbrowskim, brzeskim i bocheńskim. – Z moich obserwacji wynika, że zamiłowanie do kłusownictwa jest dziedziczne: polowali dziadkowie, ojcowie, teraz ich dzieci. I najgorsze jest to, że nie widzą w tym nic zdrożnego, nie dostrzegają tego, iż w niehumanitarny sposób mordują zwierzynę i skazują ją na nieopisane męki. Walka z kłusownictwem to jak walka z wiatrakami, bo jest na nie duże przyzwolenie społeczne. Ludzie tolerują to, że ich sąsiedzi wyposażeni w urządzenia kłusownicze oraz nielegalną broń wychodzą do lasu.
Jak wyjaśnia Andrzej Leń, nielegalni myśliwi stosują różne drastyczne metody odłowu.
– Najczęściej używają wnyków, które w zależności od rozmiaru zwierzęcia, jakie chcą upolować, wykonują z drutu lub stalowych linek. Kiedy ptak albo zwierzę w nie wejdzie, pętla się zaciska i uniemożliwia mu ucieczkę, dusząc ofiarę. Sarny lub dziki złapane we wnyki szarpią się, a na ich ciałach robią się głębokie rany. Niezliczoną ilość razy uwalniałem tak poranione zwierzęta, wielokrotnie też odnajdywałem je nieżywe z powodu odniesionych ran. Obrażenia, jakie widziałem, świadczyły o tym, że cierpienia tych zwierząt były straszne, zanim padły. Bywa też tak, że tusza złapanej na wnykach zwierzyny zostaje zmarnowana, bo kłusownicy wnyki zastawiają, ale nie przychodzą sprawdzić, czy coś się w nie złapało. To czysta głupota i bezmyślność.
Łowiecki strażnik opowiada, jak pewnego razu został wezwany do lasu przez policjantów, którzy odnaleźli uwięzionego i poranionego we wnyku dzika.
– Musiałem go niestety dostrzelić, bo miał złamaną kość nogi i tylko ścięgno trzymało go na wnyku. Praktycznie żaden dzik złapany we wnyki nie ma szans na przeżycie – do rannego zwierzęcia nie da się podejść, bo w szale i w bólu mogłaby poranić człowieka, nawet go zabić. W lepszej sytuacji są sarny – jeśli znajdujemy żywą złapaną we wnyki, narzucamy jej na głowę jakąś część ubrania, wtedy się uspokaja i bezpiecznie można ją uwolnić z pułapki. Niestety, najczęściej odnajdujemy zwierzęta już nieżywe.
Zdaniem Andrzeja Lenia wiele poranionych przez kłusowników zwierząt dałoby się uratować, gdyby w rejonie Dąbrowy stworzono dla nich azyle, z których po leczeniu byłyby wypuszczane na wolność.
– Kiedyś dotarła do mnie informacja, że w niedalekiej przyszłości ma powstać takie schronisko dla chorych czy nielegalnie chowanych przez ludzi dzikich zwierząt w Ciężkowicach, jestem całym sercem za tym, aby tak się stało.
Bardziej makabrycznymi sposobami stosowanymi przez kłusowników są tzw. żelazka i szubienice. Te drugie działają podobnie do wnyków, żelazka działają jak zatrzaski – zaciskają się najczęściej na nogach zwierząt, które w nie wdepną. Jeśli nikt ich nie uwolni, chcąc się wyrwać, szarpią się, urywają kończynę lub padają z głodu i wycieńczenia. Jeśli przeżyją, są kalekami.
– Najtragiczniejsze w skutkach działanie mają tak zwane szubienice. Działają podobnie do wnyków, jednak zaczepiane na giętkich, ale mocnych drzewkach niczym katapulta wyrywają złapanego zwierzę w powietrze. Szans na przeżycie praktycznie nie ma żadnych. Co gorsza, takie urządzenia groźne są także dla ludzi. Jeden z moich znajomych wdepnął w żelazo i został poważnie poraniony. We wnyki bardzo często łapią się również psy, w wyniku tego zostają kalekami lub padają – opowiada Andrzej Leń.
Nie mniej koszmarnie wyglądają ofiary kłusowników, którzy używają broni palnej.
– Kiedy chodzę po lesie, stale słyszę odgłos strzałów, często natykam się także na postrzelone lub martwe zwierzęta. Jeśli kłusownik trafi do sarny lub dzika z broni małego kalibru, a te uciekną, to ich męka trwa kilka dni, a tak bywa niestety najczęściej. Kłusownicy z bronią polują nocami i jeśli zwierzę nie padnie od razu, nie zadają sobie trudu, aby je odnaleźć i tym samym skazują je na powolną śmierć w męczarniach. Znajduję je później ogryzione przez lisy, psy, kruki i jastrzębie – mówi strażnik łowiecki.
Andrzej Leń mówi, że niektórzy kłusownicy do swojego niecnego procederu wykorzystują psy.
– Sam widziałem, jak mężczyzna spuścił ze smyczy psa, który zagonił sarnę. Zwierzę w starciu z psem nie miało szans, bo sarna po przebiegnięciu kilkuset metrów pada z wycieńczenia. Dużo szkód w lasach wyrządzają także bezpańskie czworonogi – kilka lat temu mieliśmy taki przypadek, że cztery psy zorganizowały się w grupę i polowały na leśną zwierzynę. Dwa z nich pełniły rolę naganiaczy, pozostałe przyczajone rzucały się na nie i zagryzały.
Jak wygląda walka z kłusownictwem?
– Prowadzimy ją bezustannie – twierdzi Andrzej Leń. – Teoretycznie kara za kłusowanie wynosi do pięciu lat pozbawienia wolności, a za nielegalne pozyskanie zwierzyny łownej są określone kary pieniężne – za łosia 14 tysięcy złotych, jelenia szlachetnego prawie sześć tysięcy, sarnę i dzika po dwa tysiące i tysiąc złotych w przypadku innych zwierząt. Faktycznie stosowane kary są mało uciążliwe dla kłusowników – najczęściej jest to pozbawienie wolności w zawieszeniu plus ekwiwalent, a sądy tłumaczą, że to przestępstwo ma niską szkodliwość społeczną.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o