Jak bloger z Ryglic stał się sławny

0
273
bloger-wpis

Bernard Karasiewicz, były burmistrz Ryglic, nie chce już rozmawiać na ten temat. – Było, minęło – mówi. Okazuje się jednak, że nie minęło do końca. Stara historia sprzed prawie dziesięciu laty nagle powróciła, zaskakując swoim finałem. Dziś zwraca uwagę – nie tylko w Polsce – ponieważ zajmował się nią Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) w Strasburgu. Lokalna, jak się wydawało, historia z Ryglic – spór miejscowego burmistrza z blogerem – nabrała innego wymiaru, już mniej banalnego. Staje się punktem odniesienia dla prawniczej Europy.
Andrzej Jezior, mieszkaniec 3-tysięcznych Ryglic, były strażak zawodowiec z Tarnowa, dowódca zmiany w JRG, od lat kontestuje miejscową rzeczywistość. Kontestuje w sposób nowoczesny, za pomocą internetu, ale wcześniej także w roli gminnego radnego związanego z prawicą. W 2008 roku wsławił się jako blogowy obrońca pobliskiej Góry Kokocz, malowniczego i cennego pod względem przyrodniczym terenu, na którym miała powstać kopalnia kamienia, na czym – jak niektórzy wówczas twierdzili – zbił swój kapitał polityczny.
Andrzejowi Jeziorowi internet posłużył też do krytyki władz Ryglic związanych z Bernardem Karasiewiczem, burmistrzem miasteczka, po prawdzie przeciwnikiem politycznym wywodzącym się z PO. W prowadzonym przez siebie blogu regularnie wyrażał swoje opinie, jak można się domyślić, mało przychylne. Na linii bloger – burmistrz często iskrzyło. Któregoś roku Jezior zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przez gospodarza miasta przestępstwa polegającego, jego zdaniem, na niegospodarności. Prokuratura jednak nie potwierdziła tego zarzutu.

REKLAMA

„Zalasowiok” atakuje
W listopadzie 2010 roku w sieci zrobiło się jeszcze goręcej. Akurat trwała kampania wyborcza do samorządów gminnych; Bernard Karasiewicz chciał ponownie zostać burmistrzem. Na stronie, na której Jezior prowadził swój blog, zaczęły się ukazywać komentarze dyskredytujące Karasiewicza i jego rodzinę. Autor, lub autorzy, nie miał żadnych zahamowań. Pisał co chciał, byle pognębić burmistrza. Czuł się całkowicie bezkarny. Oto jedna z próbek twórczości podpisanego „Zalasowioka”: [Burmistrz] pochodzi ze starej rodziny bandytów o kryminalnych tradycjach”.
– Usuwaliśmy te komentarze – mówi Andrzej Jezior. – Niektóre ukazywały się o dość późnej porze, o godzinie 21.35 czy o 23.30. Pierwszy wpis na temat burmistrza usunął mój syn, inny, po otrzymaniu nocnego telefonu od znajomego, natychmiast został skasowany przeze mnie. Później mieliśmy podobne sytuacje. Nie wiedzieliśmy, kto pisze takie rzeczy.
Bernard Karasiewicz postanowił jednak nie próżnować. W tarnowskim sądzie – w dwóch instancjach – w trybie wyborczym wygrał sprawę z Andrzejem Jeziorem, właścicielem bloga wykorzystanego do swego celu przez „Zalasowioka”. Pozwanemu nakazano publicznie przeprosić burmistrza i na konto Caritasu wpłacić 5 tys. zł. Potem, także w Tarnowie, Karasiewicz wygrał jeszcze sprawę cywilną, przekonując sąd, że szkalujące go posty zamieszczane na blogu Jeziora przyczyniły się do jego wyborczej porażki. Stanowisko sędziów w tej kwestii było takie: prowadzący blog mógł wprowadzić zasadę publikacji komentarzy internautów tylko po uprzednim zalogowaniu (stało się tak dopiero później) i jest odpowiedzialny za naruszenie dóbr osobistych burmistrza oraz jego rodziny.

Straty moralne
Sąd apelacyjny w Krakowie, do którego Andrzej Jezior odwołał się po przegraniu sprawy cywilnej, jednak ostatecznie uznał racje blogera, argumentującego, iż nie miał wpływu na treść pojawiających się wpisów i zawsze starał się je możliwie prędko kasować. Zwracał też uwagę, iż burmistrz w sprawie komentarzy nigdy u niego nie interweniował.
Niedługo potem przegraną w trybie wyborczym sprawą Jeziora zajęła się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, a na koniec trafiła do europejskiego trybunału w Strasburgu.
– To wszystko bardzo długo trwało – opowiada bloger z Ryglic – W 2013 roku, gdy moją sprawą miał się zająć już Strasburg, z Ministerstwa Sprawiedliwości otrzymaliśmy informację, że państwo polskie może iść na ugodę i wypłacić mi zadośćuczynienie w wysokości 3 tys. euro. Ale nigdy w tej sprawie nie chodziło mi o pieniądze. Problemem było to, że z powodu tej historii poniosłem straty moralne, w niełatwej sytuacji znalazła się moja żona, nauczycielka miejscowej szkoły, placówki, która podlega bezpośrednio gminie. Ciekawostką dla mnie było też to, że polskie sądy w oparciu o te same przepisy prawa mogą wydawać całkowicie różne wyroki.

Nagła sława blogera
Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał wyrok dopiero na początku czerwca tego roku. Pomyślny dla skarżącego Andrzeja Jeziora. Trybunał wyraził pogląd, że nie można wymagać od blogera, aby zawczasu przewidywał możliwość zamieszczania bezprawnych komentarzy przez swych czytelników. Podkreślono też, że burmistrz nie kontaktował się z blogerem w celu usunięcia treści, do czego zobowiązany był na podstawie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i procedurą notice and takedown. Strasburg, podobnie jak sądy krajowe, uznał, że komentarze internautów istotnie miały znieważający charakter, a tym samym naruszały prawo do ochrony reputacji burmistrza Ryglic, lecz Andrzej Jezior jako bloger podjął niektóre kroki w celu powstrzymania oszczerczych wpisów. ETPC przyznał rację skarżącemu, że sądy w Polsce nie uwzględniły regulacji zawartej w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, która przewiduje mechanizm ograniczenia odpowiedzialności m.in. administratorów blogów i w owej sprawie państwo polskie naruszyło prawo do swobody wypowiedzi internauty (art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka).
Strasburscy sędziowie przyznali skarżącemu 1250 euro zwrotu kosztów postępowania krajowego oraz 7 tys. euro zadośćuczynienia. Pieniądze te wypłaci nasz skarb państwa.
Bernard Karasiewicz o strasburskim wyroku dowiaduje się od… nas.

Nie ma autora
– To była bardzo bolesna dla mnie i moich bliskich historia i chcę o niej zapomnieć. Dlatego nie śledziłem jej dalszego ciągu – podkreśla Karasiewicz. – Wtedy i dzisiaj uważam, że kara za znieważające, całkowicie nieprawdziwe wpisy pod moim adresem powinna w pierwszym rzędzie spotkać ich autora, tajemniczego „Zalasowioka”. Kiedy to się działo, sprawę zgłosiłem na policję. Oczekiwałem, że ustali ona autora komentarzy. Niestety, postępowanie umorzono, sprawca pozostał nieznany. Możliwe, że wtedy organa ścigania nie dysponowały jeszcze techniką, która umożliwiałaby wykrywanie autorów różnych wpisów w internecie. Nadal jednak uważam, że w moim przypadku miały one spory wpływ na mój wynik wyborczy w 2010 roku.
Jak już wiadomo, Bernard Karasiewicz wtedy przegrał batalię o urząd burmistrza, ale objął go ponownie po czterech latach, by w 2018 roku znów utracić. Obecnie zatrudniony jest w Urzędzie Miasta Tarnowa na stanowisku dyrektora Wydziału Mieszkalnictwa.
Lokalna historia z niewielkiego miasteczka w powiecie tarnowskim, która ma dalszy ciąg po około 10 latach, w wyniku wyroku w Strasburgu stanie się teraz punktem odniesienia dla świata prawniczego z całej Europy zajmującego się problematyką swobody wypowiedzi w mediach elektronicznych. Jest to pierwsza sprawa dotycząca procedury notice and takedown z Polski, a także pierwsza, w której ETPC przedstawił pogląd w kwestii obowiązku usuwania treści w ramach debaty politycznej.

Małemu wolno więcej
Przy okazji przypomina się inny wyrok strasburskiego trybunału, na mocy którego uznano winę jednego z komercyjnych portali w Estonii, w którym znalazły się wpisy czytelników, ze względu na treść określane jako mowa nienawiści.
„Nie oznacza to jednak, że orzecznictwo ETPC jest sprzeczne. Wyroki te zapadły bowiem w odmiennych sprawach i uwzględniały konkretne okoliczności. Wniosek, jaki należy z nich wyciągnąć, jest taki, że duże, komercyjne portale mają większe obowiązki niż blogerzy działający non profit. Czynników, które decydują o ewentualnej odpowiedzialności za cudze treści, jest jednak więcej – twierdzi Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon w rozmowie z portalem gazetaprawna.pl. – Znaczenie odgrywa też treść wpisów. Inaczej można oceniać zwykłe zniesławienie, a inaczej mowę nienawiści czy podżeganie do przemocy. Liczy się też czas interwencji – Andrzej Jezior usuwał wpisy bardzo szybko, administratorom Delfi zajęło to ponad 6 tygodni. Znaczenie może też mieć to, czy bezprawne wpisy są bezpośrednią reakcją na opublikowane treści”.

W jednym zdaniu
Andrzej Jezior dzisiaj jest już właściwie byłym blogerem. Zrezygnował z prowadzenia bloga w 2018 roku. Po dziesięciu latach aktywności. Dlaczego?
– Ta działalność wymaga rzetelności, ale żeby być rzetelnym, żeby wszystko dokładnie sprawdzić przed publikacją materiału, trzeba mieć czas, którego obecnie mi brakuje – tłumaczy.
Przy okazji dzieli się refleksją, że kiedy on zaczynał prowadzić bloga, w sieci było jeszcze zdecydowanie mniej agresji. Ludzie wypowiadali się bardziej obszernie, lecz częściej z poszanowaniem pewnych reguł. Dzisiaj w swoich wypowiedziach stali się bardziej lapidarni, ale niesłychanie napastliwi.
– Bywa, że są to krótkie dwa lub trzy zdania, ale takie, że czasem można się tylko chwycić za głowę…

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o