Przeklęty pierwszy wagon

0
151
Katastrofa kolejowa pod Szczekocinami | fot. Wikimedia/Wojciech Janaczek
REKLAMA

W ciągu kilku miesięcy miał trzy wypadki. Dwa samochodowe – pechowe, bo zawinili inni kierowcy. Pechowe, ale na szczęście w obu przypadkach nie doznał poważniejszych obrażeń. Trzeci wypadek dopadł go w sobotni wieczór 3 marca 2012 roku, gdy jechał z Warszawy do Krakowa pociągiem InterRegio „Matejko”. Chciał dotrzeć na studia. Grzegorz Wójcik, pochodzący z Ołpin w pow. tarnowskim, studiuje w Krakowie, zaczynał się nowy semestr.
– Wiele mógłbym dziś opowiadać o poczuciu ulotności życia – mówi Grzegorz Wójcik. – Gdyby te Szczekociny były dla mnie pierwszym wypadkiem, gdybym nie miał za sobą dwóch samochodowych, inaczej bym to wszystko odbierał, mniej odbiłoby się na mojej psychice. Ludzie mówią, że po czymś takim człowiek się zmienia. Czy się zmieniłem? Nie mnie to oceniać. Zadaję sobie pytanie, dlaczego w krótkim odstępie czasu spotkały mnie trzy takie zdarzenia.
Trzy zdarzenia w życiu Grzegorza, ale to ostatnie – na torach pod Szczekocinami – jest pod każdym względem nieporównywalne. Poza tym, że Grzegorz znowu uszedł z życiem.
– To był złamany palec, drobne skaleczenia, po których zostały mi blizny, kilka krwiaków na łydkach – podsumowuje. – Miałem szczęście.
Do dzisiaj pamięta wiele szczegółów, chociaż zaraz po wypadku musiał być w szoku.
– Ciągle pozostaje we mnie myśl: w jaki sposób po zderzeniu pociągów wypadłem z wagonu na skarpę. Może zapadła się w przedziale podłoga? Wciąż przed oczyma mam ten cały wypadek.
Leżąc na skarpie, Grzegorz zadzwonił z komórki pod nr alarmowy 112. Była dokładnie godzina 20.56. Ciemność, płacze, jęki ludzi. Niektórzy z różnych stron rozbitego składu wołali: – Pomocy, ratunku! Ktoś głośno się modlił: – Jezu, ufam Tobie…

REKLAMA

Chyba już umieram…
– Wagon był złożony w harmonijkę. Mimo bólu i przeświadczenia, że obie nogi mam złamane, wstałem i zszedłem ze skarpy. Zaraz znalazłem drugi telefon komórkowy, który grał, bo przed wypadkiem słuchałem muzyki. Za chwilę przyszedł jakiś fotoreporter, zaczął robić zdjęcia. Zwymyślałem go, po prostu nie wytrzymałem.
Grzegorz źle wspomina sytuację po katastrofie.
– Po wypisaniu mnie ze szpitala, nazajutrz o 8. rano, miałem zgłosić się na policję w Zawierciu po odbiór rzeczy. Godzinę czekaliśmy i nic. Nie mogłem normalnie się poruszać, nie miałem kul, rosło moje zdenerwowanie. Dla telewizji mieli czas, dla takich jak ja, którzy o mały włos nie postradali życia – nie. W końcu powiedziałem, co o tym myślę i podziałało. W 10 minut sprawa była załatwiona.
W katastrofie pod Szczekocinami zginęła jedna osoba z regionu tarnowskiego, a kilka zostało rannych. Śmierć poniósł 51‑letni Zbigniew Rudnik, konduktor z Bogumiłowic. Po roku wdowa po konduktorze nie chce o tym rozmawiać.
– Nie mam sił – ciężko wzdycha.
Pociągiem z Warszawy podróżowała również Elżbieta Maciejowska, nauczycielka w klasie fortepianu i organów z Zespołu Szkół Muzycznych w Tarnowie. Jechał z nią jej uczeń Paweł. Oboje byli radośni, ponieważ Paweł zajął w stolicy III miejsce w ogólnopolskim konkursie organowym. Wagon, w którym oboje byli, roztrzaskał się o słup trakcji.
– Kiedy po zderzeniu wyrzucona z przedziału leżałam na nasypie kolejowym, bardzo się o Pawła martwiłam – opowiada pani Elżbieta. – Wołałam go, nie mogłam się ruszyć. Był gdzieś pod wagonem. W końcu jakoś stamtąd się wydostał, stanął na nogi i po chwili upadł. Zaraz zabrali go ratownicy.
Elżbieta na nasypie leżała z godzinę, przez pewien czas w całkowitych ciemnościach. Ratownikom powtarzała, że nic strasznego z nią się nie dzieje i niech w pierwszej kolejności zajmą się bardziej potrzebującymi. W przedziale, z którego wypadła wraz z Pawłem, byli przygnieceni poskręcanym żelastwem ludzie. Z komórki zatelefonowała do rodziny, potem do wychowawczyni Pawła. Niedługo później zadzwonił do niej dyrektor jej szkoły.
Ranni ludzie, którzy leżeli obok Elżbiety, prosili ją o udostępnienie telefonu. Jedna z kobiet, z urwaną prawą nogą, chciała pożegnać się z rodziną. Była przekonana, że umiera…

Noga z blachą
– Do dzisiaj budzę się nocą zlana potem… – przyznaje Elżbieta.
Z urazami głowy, kręgosłupa i złamaniem podudzia prawej nogi znalazła się w szpitalu powiatowym w Busku Zdroju, 80 km od Tarnowa. Na drugi dzień odwiedził ją dziennikarz kieleckiego „Echa dnia”; z tego spotkania ma smutną pamiątkę: egzemplarz gazety ze zdjęciem, na którym unieruchomiona leży na szpitalnym łóżku.
– Po wypadku przebywam na nauczycielskim urlopie dla podratowania zdrowia, trwa rehabilitacja. W nodze mam jeszcze blachę i trochę śrub, po roku mają być wyjęte. Noga jest nadal spuchnięta, ze względu na uraz kręgów szyjnych nie mogę odwracać się w lewo. Wciąż czuję kręgosłup. Pobolewa mnie głowa, ale neurolog z Tarnowa stwierdził, że nie ma podstaw do wykonania specjalistycznych badań, bo przecież badanie to wydatek.
Niesprawna noga martwi ją najbardziej. Nie tylko ogranicza ruch, ale utrudnia grę na organach – noga to narzędzie pracy.
Pociesza się jak może. Przez pewien czas korzystała z porad specjalisty z ośrodka w Mościcach, by prędzej dojść do równowagi psychicznej. Odwiedzają ją uczniowie i pytają ciągle, kiedy wróci do pracy. Bywa, że razem urządzą krótki „koncert” w jej mieszkaniu.

Pozdrówcie Katarzynę
Paweł, z którym wracała tamtego dnia ze stolicy, najpierw był w szpitalu w Zawierciu, potem w Tarnowie. Po okresie rehabilitacji wrócił już do życia. W listopadzie ub. roku znowu zajął wysokie miejsce w ważnym konkursie.
– Wciąż miałam wyrzuty sumienia, że w Warszawie wsiadłam z Pawłem do pierwszego wagonu – opowiada Elżbieta Maciejowska. – Często się mówi, że w razie wypadku może to być szczególnie niebezpieczny wagon, ale pociąg tak podjechał na peron na Centralnym, że było nam najwygodniej wejść do pierwszych drzwi zaraz za lokomotywą. Po katastrofie nie mogłam sobie dać z tym rady, prosiłam matkę Pawła o spotkanie.
Mama ucznia odwiedziła Elżbietę Maciejowską po miesiącu od katastrofy – cały czas była zajęta opieką nad synem. Przyniosła upominek i owoce. Nie miała pretensji do nauczycielki za ten „pierwszy wagon”.
Elżbieta już ma za sobą pierwszą od czasu wypadku podróż pociągiem. Wybrała się do Krakowa wraz z uczniami, także z Pawłem, którzy biorą udział w eliminacjach konkursowych.
– Na szczęście nie spanikowałam, choć trudno było się uwolnić od skojarzeń i ponurych wspomnień. Trzeba żyć, trzeba sobie jakoś radzić. A pan niech pamięta: nigdy proszę nie wsiadać do pierwszego wagonu…
Grzegorz Wójcik, który też jechał w pierwszym wagonie, przechowuje skan biletu na pociąg „Matejko”: 3. 03. 2012, odjazd z Warszawy Centralnej 18.30. Wspomina cudzoziemkę, która na peronie w Warszawie wahała się, który pociąg wybrać do Krakowa. Wcześniej przyjechał ten, który jedzie przez Radom i Kielce, dłużej o 2 godziny od „Matejki”. Wsiadła do niego…
Mówi, że katastrofa trochę poplątała mu życiowe plany, zwłaszcza w sprawie studiów zaocznych. Przez jakiś czas korzystał z pomocy specjalistycznej Tarnowskiego Ośrodka Interwencji Kryzysowej. Obecnie pracuje.
Ma wyjątkową prośbę: – Proszę napisać o moich pozdrowieniach dla pani Kasi, która wkrótce po wypadku przytulała mnie i pocieszała, gdy cały trząsłem się z zimna i ze strachu. Gdy w szoku płakałem. Może to przeczyta…?

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o