Sezon dobrego wina

0
101
Według historyków tradycje winiarskie Tarnowa i okolic sięgają średniowiecza, a pierwszą winnicę założyli bernardyni
REKLAMA

Naprawdę dobry rocznik
– Zbiór będzie mniejszy – mrozy w lutym i deszcze na przełomie maja i czerwca, gdy kwitły niektóre odmiany winorośli, spowodowały pewne straty. Największe poniosłem w uprawie popularnej, często degustowanej odmiany Solaris – zbiorę nie więcej niż jedną czwartą tego, co w ubiegłym roku. Ale czasem, gdy winogron jest mniej, są one znacznie lepszej jakości. Jeśli słoneczna pogoda się utrzyma, tegoroczne zbiory powinny dać naprawdę dobre wino – zapewnia Tadeusz Kłęk, właściciel 35-arowej winnicy w Śmignie. – Choć straciłem część uprawy, takiego lata jak ostatnie życzyłbym sobie i na przyszłość. Sucha, słoneczna pogoda jest najlepsza dla winorośli, bo chorób grzybowych jest wówczas dużo mniej, a winogrona zyskują na jakości i smaku. Dla winiarzy jakość wina jest najważniejsza.
– Winiarze na Dolnym Śląsku, w Lubuskiem i na Podkarpaciu istotnie ponieśli spore straty w wyniku mrozów i deszczu na wiosnę – mówi Mariusz Chryk, właściciel największej i najbardziej znanej w regionie winnicy „Zawisza” w Brzozowej w gminie Zakliczyn. – U nas było lepiej – ucierpiały tylko niektóre odmiany i to zwykle w winnicach o mniej korzystnej lokalizacji. Te, które zasadzono na ciepłych, osłoniętych zboczach, przetrwały nawet wiosenne mrozy. Trzeba przyznać, że turystyczne hasło o lokalnym „biegunie ciepła” sprawdziło nam się tym razem… A lato było niemal idealne. Winogrona mam w tym roku o tak dobrych parametrach, jakich nie miałem jeszcze od czasu założenia winnicy. I jakie w polskim klimacie w ogóle trudno uzyskać…
Na Śląsku i Podkarpaciu zbiory ruszyły około 20 września. Podtarnowscy winiarze zaczęli zbierać wczesne odmiany (m.in. Solaris, Johanniter) w ostatnim tygodniu września, ze zbiorem innych planowali poczekać do października. – Chardonney, riesling jeszcze poczeka. Przy dobrej pogodzie parametry powinny się jeszcze poprawić. Zbiory zwykle planujemy na weekend – w naszych stronach winnica nie daje, niestety, zarobku, to raczej kosztowne hobby obok innej pracy. Toteż na winobranie możemy poświęcić nasz wolny czas – mówi Mariusz Chryk.

REKLAMA

Czempion w domowej winniczce
Poprzedni rok – z suchą, słoneczną końcówką lata – także był dobry dla winiarzy. I nie bez efektów – podczas ostatniego konkursu win w Zielonej Górze wino Solaris z winnicy „Zawisza” otrzymało Grand Prix, a także kilka nagród w poszczególnych kategoriach. Jak się okazuje, mamy w okolicach Tarnowa najlepsze wino w Polsce – a może i w Europie.
– W sierpniu byłem na zjeździe winiarzy w Palermo na Sycylii – opowiada Mariusz Chryk. – Właściciele winnic włoskich byli w szoku, gdy skosztowali naszych win. Nie mogli uwierzyć, że takie wino można zrobić w Polsce! Nasze wino może śmiało konkurować z trunkami z winnic europejskich, nawet tych leżących w znacznie cieplejszym od polskiego klimacie. A raczej mogłoby, gdybyśmy mogli je sprzedawać…
Winiarze z regionu są bowiem skazani na produkcję „na potrzeby własne”, czyli – w najlepszym razie – do przydomowej winniczki. Mimo trwających od kilku lat zabiegów w tej sprawie polskie przepisy wciąż nie pozwalają im na sprzedawanie rodzimych win nawet „w miejscu produkcji”, czyli we własnych winnicach. – Tylko o to zabiegamy, o sprzedaży na większą skalę nawet nie marzymy – choć europejskie winnice sprzedają swoje wina nawet w sieciach handlowych. Wiele się mówi o biurokracji i restrykcyjnych normach unijnych, ale my bardzo już chcielibyśmy działać na europejskich zasadach. Niestety, polskie przepisy są znacznie bardziej restrykcyjne i praktycznie uniemożliwiają nam rozwój. A przecież podobno jesteśmy we wspólnej Europie!

Trzydzieści straconych marek
Jak podkreśla Mariusz Chryk, w krajach Europy zachodniej winiarz produkujący do 1000 hektolitrów rocznie jest traktowany jak rolnik-winiarz, nie przedsiębiorca. W Polsce próby wprowadzenia tej granicy od progu zaledwie 100 hektolitrów wina rocznie nie dały jak dotąd praktycznych efektów. Różnie też – często zależnie od regionu i konkretnego urzędu – interpretowane są przepisy dotyczące banderoli, które muszą mieć przeznaczone na sprzedaż wina. Winiarze z „bieguna ciepła” uzyskują więc czasem zagraniczne certyfikaty i nagrody, ale w kraju rozbijają się o przepisy i decyzje urzędników. Co przekłada się m.in. na ograniczenia rozwoju samych winnic.
– Z 35-arowej winnicy nie da się wyżyć, ale też z większą ilością wina na dziś nie bardzo miałbym co robić – mówi Tadeusz Kłęk. – To, co produkuję, to mniej więcej tyle, ile jesteśmy w stanie wypić w gronie rodziny i przyjaciół, ewentualnie przeznaczyć na degustacje. Co prawda, sam najbardziej lubię odmiany czerwone – jak Regent, Rondo, Cabernet Cortis – których uprawiam niewiele, trochę z nimi eksperymentuję. Ale wciąż pojawiają się nowe odmiany, może więc jeszcze odkryję gatunek, który uznam za najlepszy. Plany powiększenia winnicy były i są nadal, ale w tym celu trzeba by się zająć załatwianiem tylu formalności, że nie byłoby chyba czasu na inne zajęcia. A efekt tych starań pozostałby pod znakiem zapytania, bo polskie prawo traktuje winiarzy raczej niechętnie. Moja winnica jest jeszcze młoda – na razie to moja pasja, a czy będzie to jakaś inwestycja na przyszłość, zobaczymy.
Mariusz Chryk ma winnicę o powierzchni hektara, w części jednak tylko z przeznaczeniem na produkcję wina. – Część to teren eksperymentalny, gdzie sprawdzamy, jak różne nowe odmiany winorośli radzą sobie w naszym klimacie i warunkach. Część to uprawy sadzonek. Gdybym całość przeznaczył na wino, z tym trunkiem, docenianym nawet we Włoszech, nie byłoby zwyczajnie co zrobić. Gdybyśmy mogli sprzedawać nasze wino bodaj na miejscu, w ramach atrakcji agroturystycznej – to byłaby szansa dla wielu gospodarstw. Tymczasem przepisy w Polsce są takie, że nie tylko wina, ale nawet soku czy dżemu z własnych upraw rolnikowi sprzedać nie wolno!
Winiarze spod Tarnowa traktują więc swoje winnice jako „raczej kosztowne hobby” i prowadzą je z ciekawości i pasji. Musi to być hobby interesujące, bo w ostatnich latach przydomowych winnic w okolicach Tarnowa przybywa. Obecnie jest ich co najmniej trzydzieści. Potencjalnie – trzydzieści dobrych winnych marek, gdybyśmy potrafili z tego zrobić regionalną specjalność.
– Parę lat temu był plan przygotowania w Małopolsce szlaku po winnicach i taki szlak nawet wyznaczono. Ale co to za szlak winny, gdzie po drodze nie można kupić sobie butelki wina, można najwyżej degustować na miejscu? – wzdycha Mariusz Chryk.
Istotnie – pomijając inne względy, przecież nikt nie wybiera się na taki szlak piechotą. A kto jedzie, nie degustuje…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o