Słońce zachodzi nad słoneczną farmą

0
73
Wierzchosławice nie wiedzą, co zrobić z nietrafioną inwestycją

Z powodów finansowych inwestycja ciągnie – i tak już mocno zadłużoną – gminę w dół. Jednak powodem kłopotów są nie tylko decyzje poprzedniego wójta, ale także mało sprzyjająca polityka dotycząca energii odnawialnej.  
– Obecnie farma działa na pół gwizdka, stan techniczny jest opłakany, zielone certyfikaty tanieją, a gmina musi spłacać pożyczkę – krótko podsumowuje sytuację Artur Jasiński, przewodniczący Rady Gminy Wierzchosławice. – Mało tego, nie można wykluczyć, że przy pewnych niesprzyjających okolicznościach samorząd będzie musiał zwrócić dotację z Unii Europejskiej, która wspomogła budowę farmy.
Na początku nic nie zapowiadało dramatu. W historii naziemnej farmy fotowoltaicznej w Wierzchosławicach, która przetwarza promienie słoneczne na energię elektryczną i sprzedaje ją do sieci, były miłe złego początki. Farmę dumnie otwarto – z udziałem ówczesnego wicepremiera Waldemara Pawlaka – jesienią 2011 roku. Gmina jako inwestor wyłożyła 10,6 mln zł, z czego fundusze unijne wyniosły 4,3 mln; podobną kwotę stanowiła preferencyjna pożyczka z WFOŚiGW w Krakowie.  To była pierwsza tego rodzaju inwestycja w Polsce. Do Wierzchosławic udawały się delegacje z wielu zakątków kraju, by zobaczyć tę nowość i dowiedzieć się czegoś na temat opłacalności przedsięwzięcia.

Pożyczka w parabanku
Z różnych publikacji z tamtego okresu można się dowiedzieć, że w pierwszym roku działalności powołanej spółki Energia Wierzchosławice wyprodukowano 1 tys. MWh energii elektrycznej, co uznano za wynik bardzo dobry, wyższy o kilkadziesiąt megawatogodzin od wyników prognoz. Na sprzedaży prądu i na tzw. zielonych certyfikatach (system wsparcia produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych) spółka miała zarobić w tym czasie pół miliona zł.
Potem było już coraz gorzej. Farma zaczęła przynosić straty. W życie nie weszła zapowiadana  przez rząd PO-PSL ustawa o OZE (Odnawialne Źródła Energii), która miała oferować wysokie dopłaty do produkcji energii za pośrednictwem paneli słonecznych. Już w 2013 r. gmina musiała się ratować pożyczką w wysokości 300 tys. zł, ale długi farmy szybko urosły do 1 mln. Samorząd brnął w długi, nie wahając się nawet zaciągać wysokooprocentowanych pożyczek w parabankach pod zastaw majątku gminnego. Ponieważ i tam raty nie były spłacane w wyznaczonych terminach, z powodu odsetek koszt budowy farmy wzrósł do 12 mln zł.
Potem nastąpiła lawina nieszczęść. Ich istotę dobrze ilustruje protokół będący podsumowaniem kontroli w spółce Energia Wierzchosławice przeprowadzonej przez komisję rewizyjną Rady Gminy. W protokole znajdują się informacje, które przeczą wcześniejszym, że na samym początku farma radziła sobie dobrze.  Podaje się, że został zrealizowany tylko pierwszy etap budowy. W założeniu farma miała mieć moc 1.8, ale skończyło się na 1 MW.  Poza tym nastąpiło opóźnienie w uruchomieniu urządzeń, przez co w 2011 r. skróceniu uległ sezon produkcji energii o miesiąc i już pojawiły się straty. Komisja zaznaczyła: „Wynik ten wziął się nie tylko z powodu braku ustawy OZE i opóźnień w realizacji inwestycji, ale także (…) ze  zbyt małej dbałości o farmę w okresie jej eksploatacji oraz z błędnej decyzji odnośnie amortyzacji”.

Produkujemy straty
W 2013 r. na posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. energetyki ówczesny prezes spółki Energia Wierzchosławice szczerze wyznał: Teoria jest piękna, ale produkujemy prąd i straty. Farma przeżyła dwie zimy i nie zbankrutowała, ale niewiele do tego brakuje.  
Co gorsza, na farmie zaczęło dochodzić do poważnych awarii. W 2016 r. komisja stwierdziła, że trzy z sześciu zamontowanych inwertorów są niesprawne, zapisała również, iż w przypadku tak drogiej inwestycji usadowienie paneli powinno być dużo solidniejsze, gdyż obecne powoduje ich falowanie i naraża na pęknięcia. Ustalono, że pierwsze awarie różnych urządzeń odnotowano w latach 2013-14, ale – jak wyszło na jaw – spółka nie zgromadziła żadnej dokumentacji na ten temat, uznając, że informacje w tej sprawie w każdej chwili można uzyskać za pośrednictwem specjalnych programów internetowych. Mając to na uwadze, w ubiegłym roku komisja rewizyjna udała się do spółki celem sprawdzenia zapisów w komputerze, lecz okazało się, że tego dnia ekran sterujący uległ uszkodzeniu. W protokole zapisano: „Zastanawiający jest zbieg okoliczności, ale komisja nie chce doszukiwać się celowego działania ze strony pracownika farmy”.

Fałszywy alarm
Komisja odniosła się również do informacji spółki Energia Wierzchosławice, że w latach 2011 – 14 farma podlegała regularnym przeglądom technicznym, łącznie z przeglądem gwarancyjnym, które wykluczyły jakiekolwiek usterki. Kolejny fragment protokołu: „Komisja pyta, na jakiej podstawie można stwierdzić, że przez przeszło 3 lata nie odnotowano żadnych nieprawidłowości, skoro przegląd został zrobiony przed upływem tego okresu, tj. w lutym, a nie w październiku 2014 r. Stwierdzenie, że nie było awarii, mija się z informacjami, jakie przedstawił nam pracownik i prezes spółki. W takim przypadku unika się  odpowiedzialności za powstałe awarie, a nieusuwanie ich działa na niekorzyść spółki”.   
Naprawa nieczynnych urządzeń, które wydatnie obniżają efektywność całej inwestycji, jest poważnym wyzwaniem finansowym. W Polsce żadna z firm nie uzyskała autoryzacji niemieckiej spółki, która zajmuje się tego typu naprawami, a za sam przyjazd na miejsce żąda ona 4 tys. euro. Wątpliwości komisji wzbudził także fakt, czy wykonawca farmy – decydując się na opcję zamontowania większej liczby paneli, lecz mniejszej mocy – nie wybrał droższego dla inwestora rozwiązania. Komisja domaga się też wyjaśnienia, dlaczego spółka odstąpiła od wymierzenia wykonawcy kary umownej za opóźnienie w budowie farmy, uzasadniając to alarmem powodziowym w gminie, gdy – jak wykazano – w tym czasie nie było żadnego alarmu…


Do akcji wkracza CBA
Komisja stwierdziła, że gmina nie powinna podejmować się takich inwestycji, jaką była farma fotowoltaiczna, w każdym razie dużo staranniej powinno być przeanalizowane ryzyko jej powstania. Zwrócono uwagę na wiele błędów, które zostały popełnione w czasie eksploatacji farmy, oraz na niekorzystne dla gminy umowy z wykonawcą.  Podkreślono także, że odpowiedzialność za ten stan rzeczy spada też na poprzednią Radę Gminy, która nie miała kontroli nad sytuacją, choć powinna. Autorzy protokołu pokontrolnego oceniają: „Bieżąca sytuacja ekonomiczna spółki Energia Wierzchosławice obrazuje poziom wiedzy osób, które zadecydowały o jej powstaniu – czyli wójta i radnych – oraz są odpowiedzialne za potężne nakłady, które (…) mieszkańcy gminy będą zmuszeni ponosić na spłatę zaciągniętego kredytu oraz na bieżącą działalność, taką jak: wynagrodzenia (dla pracowników, Rady Nadzorczej), naprawy urządzeń produkującej energię, podatki itd.”.    
W 2015 r. w spółce Energia Wierzchosławice pojawili się funkcjonariusze CBA, zainteresowani operacjami finansowymi, które w przeszłości spółka przeprowadziła.  
Były wójt Wiesław R. z determinacją zabiegał o inwestycję, licząc, że zapowiadana ustawa o OZE rozwiąże problemy finansowe. Przeliczył się, gdyż zdążył powstać tylko projekt ustawy. Swego czasu dziennikarzom wyjaśniał, iż chciał pokazać ministerstwu gospodarki, że taka inwestycja ma sens i że mogą płynąć z niej pożytki, ale trzeba zmienić przepisy, by nie przeszkadzały w czerpaniu korzyści z odnawialnych źródeł energii.

Sytuacja patowa
Faktem jest, że zielona energia w Polsce nie miała i nadal nie ma zielonego światła. Prawne i ekonomiczne regulacje nie sprzyjają jej rozwojowi. Rząd PiS, który z przyczyn politycznych chroni interesy ciągle wpływowej branży węglowej, nie jest zainteresowany alternatywnymi źródłami energii, ale podobny zarzut formułowano także w stosunku do poprzedniego rządu.
Dziś farma słoneczna w Wierzchosławi­cach za sprzedaż prądu zyskuje połowę tego, co w pierwszych latach działalności, gdyż takie są ceny.
– Dochody z działalności farmy maleją, a koszty jej utrzymania i obsługi kredytu są coraz wyższe – narzeka przewodniczący Jasiński. – Wydane zostały pieniądze na mercedesa, który okazał się zdezelowanym „maluchem”. To było ryzykowne, bo pionierskie przedsięwzięcie, które, jak pokazuje praktyka, dzisiaj byłoby tańsze o 50 procent. Nie wiadomo, co z tym kłopotem dalej robić.  Właścicielem farmy w 100 proc. jest gmina, likwidacja spółki, na której ciążą milionowe kredyty, pogorszyłaby nasze wskaźniki finansowe. Tyle że spółka zwraca się do gminy o kolejne pieniądze, których na ten cel w budżecie nie mamy. Sytuacja wydaje się patowa.

Strup na głowie
Sądząc po tym, co mówi Zbigniew Drąg, wójt gminy, w przyszłości może wchodzić w grę częściowy demontaż paneli.
– Mogą się przydać na basenie albo na budynku urzędu gminy. Na razie spłacamy pożyczkę zaciągniętą w WFOSiGW. Podpisaliśmy aneks do umowy, dzięki któremu obniżono nam wysokość rat. To dla nas ważne, ponieważ po poprzednikach pozostał w gminie do spłacenia 17-milionowy dług, który rósł także z powodu nietrafionej decyzji o budowie farmy słonecznej.
Inny z naszych rozmówców, który chce pozostać anonimowy, mówi, że inwestycja źle rokuje. Wszyscy chcieliby się od niej odwrócić.
– Kto chciałby brać strupa na głowę? W ciągu czterech lat spółka Energia miała pięciu prezesów. Jeden z nich zarządzał spółką kilka dni i zrezygnował. Często byli to ludzie przypadkowi, niekompetentni. Ale do tego bałaganu, żeby nie powiedzieć dosadniej, nie wybierze się przecież wysokiej klasy  fachowiec. Nie ma on tu czego szukać.
Teraz samorząd drży jeszcze przed innym potencjalnym zagrożeniem, o którym wspomniał już Artur Jasiński. Byłemu wójtowi prokuratura zarzuca zmianę specyfikacji warunków zamówienia na budowę farmy w taki sposób, by znalazły się w niej parametry paneli fotowoltaicznych oferowanych przez określoną firmę startującą w przetargu. Jeśli w sądzie potwierdzi się zarzut, że przetarg został „ustawiony”, gmina Wierzchosławice może zostać zobowiązana do zwrotu unijnej dotacji wykorzystanej przy wznoszeniu farmy. 

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o