Znika legenda…

0
280
machowa
REKLAMA

Prawdę powiedziawszy, żywot był krótki. Ruch trwał tu dwa lata. Ale ile w tym czasie było emocji!
– Nigdy już tak nie będzie – twierdzi jeden z mieszkańców Machowej. – Wioska liczyła 700 mieszkańców, a na początku zjeżdżało tu po 10 tysięcy ludzi! Na pierwszym meczu było ze dwanaście tysięcy. Kibice przyjechali z Tarnowa, Rzeszowa, Dębicy, Jasła. Samochody stawiali, gdzie popadnie. Niejeden rolnik wściekał się, że na jego łące porobili sobie parking. Któregoś razu, po zakończonym meczu, jak wszyscy naraz ruszyli w powrotną drogę, to zablokowali „czwórkę”. Stało się w wielkim korku.
Wszystko działo się za sprawą miejscowego biznesmena Piotra Rolnickiego, który na przełomie lat 80. i 90. osiadł tutaj po przeprowadzce z Bydgoszczy. Już wtedy był pasjonatem czarnego sportu, a jako właściciel firmy produkującej urządzenia dla górnictwa także jego sponsorem. Kiedy przestała się układać współpraca między nim i zarządem Unii Tarnów, Rolnicki porwał się na coś, czego jeszcze nie widziała żużlowa Polska. Postanowił mieć własną drużynę i własny tor. Niektórzy z wrażenia chwycili się za głowę.
Pierwszy prywatny stadion żużlowy powstał obok drogi krajowej nr 4, na łąkach. Może nie był zbyt szykowny – uwagę zwracały na przykład bandy zrobione z surowych, niepomalowanych desek – ale swoją rolę spełniał. Tor długości 285 metrów, wykonany na wzór angielski, był najkrótszy w Polsce. Na usypanych wałach zrobiono trybuny dla kilku tysięcy kibiców. Obiekt był gotowy w trzy miesiące. Szybko skompletowana drużyna pod nazwą Victoria‑Rolnicki została zgłoszona do rozgrywek w II lidze wiosną 1992 roku.

REKLAMA

 

Krowy się nie wydoją
Miłośnicy tego sportu z Machowej do dzisiaj pamiętają niektórych polskich zawodników startujących w drużynie Rolnickiego. Byli też zagraniczni zawodnicy, ale ich obco brzmiące nazwiska uleciały z głowy.
– Rachwalik, Bieda, Rempała… Chodzi o Grzegorza Rempałę, bo był jeszcze jego brat Jacek, który chyba został w Unii Tarnów do końca – wymieniają dawni kibice. – Z Grzegorzem były komplikacje. Nie miał wtedy 18 lat i za zgodą rodziców mógł występować tylko w macierzystym klubie, czyli w Tarnowie. Ale znaleziono sposób. Jego ojca przemeldowano z Tarnowa do Machowej i było po kłopocie. A Rachwalik w czasie któregoś meczu tak wyrżnął motocyklem w bandę, że został odwieziony do szpitala…
– No, ludzie chętnie chodzili na mecze, bo żużlowcy się tam często wywracali i było widowisko – śmieje się pan Roman. – Ja się na tym nie znam, ale ponoć tor był bardzo trudny do opanowania.
Do dzisiaj można usłyszeć pewną anegdotkę. Kiedy w czasie jednego z meczów nagle sporo osób zaczęło opuszczać stadion, inni od nich usłyszeli, że krowy same z pastwiska nie wrócą ani się nie wydoją. Robota w gospodarstwie czeka…
Wspomnień pozostało mnóstwo. Najwięcej z pierwszego inauguracyjnego meczu ludzie zapamiętali. Również to, że w czasie premiery Victoria jednym punktem przegrała z jakąś drużyną (była to Polonia Piła). I że mecz był wtedy za darmo.
– Byłem na pierwszym meczu – mówi Krzysztof Krawiec, zastępca burmistrza Pilzna. – Miałem wtedy 18 lat i chodziłem do technikum. Mieliśmy tę samą atrakcję w Tarnowie, ale w Machowej było to coś innego. Żużel w małej wioseczce, wyobraża pan sobie? Przyciągała atmosfera, spontaniczność, improwizacja. Do dziś pamiętam, że jak zawodnik walnął o drewnianą bandę, to aż wióry z desek się sypały. A huku było co niemiara. Kiedy niedawno tamtędy przejeżdżałem i zobaczyłem, że stadion i tor są w rozbiórce, żal mi się jakoś zrobiło. Pewnie odezwały się we mnie sentymenty.


Zapach metanolu
Mecze były tu rozgrywane do 1993 roku, a potem machowski żużel prędko się posypał. Właściciel klubu popadł w tarapaty finansowe i nie było z czego płacić zawodnikom. Czarny sport to bardzo drogi sport. Honoraria za występy już wtedy były wysokie, a sprzęt kosztuje krocie. Obecnie klub, który nastawia się na sukcesy, musi mieć w sezonie budżet w wysokości 10‑12 mln zł.
W kolejnych latach stadion przy drodze ożywał z rzadka. Od czasu do czasu przeprowadzano na nim różne zawody, zwykle młodzieżowe, ryk motocykli pobudzał niedawne wspomnienia, lecz potem zapadła cisza. Na zawsze. Plotka głosi, że swego czasu na torze w Machowej trenował Janusz Kołodziej, wychowanek tarnowskiej Unii, obecnie 3‑krotny zdobywca tytułu Indywidualnego Mistrza Polski.
– Mój ojciec chodził na te mecze – opowiada sklepowa z maleńkiego sklepu spożywczego znajdującego się obok szkoły. – Ja z koleżankami też. Żużel może nas tak bardzo nie interesował, ale jeśli szła na mecz cała wieś, to my z nią. Ta wielka wrzawa nas ciekawiła.
– To, co się wtedy działo, nie da się porównać z niczym innym – przekonuje pan Andrzej. – Na trybunach zasiadał z nami ksiądz, bo taki fajny był kiedyś w Machowej. A potem ja i kilku kumpli szliśmy do baru na piwko. Mieliśmy niedzielną rozrywkę. Wtedy był jeden bar, dzisiaj cztery. Co z tego, jeśli żużla nie ma!
Do Tarnowa wprawdzie niedaleko, lecz pan Andrzej na stadion Unii nie jeździ.
– Kochałem ten ryk silników i zapach metanolu, który napędza żużlówki, ale samemu do Tarnowa jeździć mi się nie chce. Koledzy już gdzieś się rozeszli po świecie albo przestało ich to interesować.
Mieszkańcy Machowej opowiadają, że jak tylko zbudowali ten stadion, to pielgrzymki do niego szły. Wycieczki szkolne z Pilzna i Dębicy przyjeżdżały, żeby zobaczyć, jak wygląda tor do wyścigu motorów.

 

Nie ma komu grać
Jan Strzała, sołtys Machowej, był na większości zawodów.
– Oj, była to wtedy sensacja. Taki sport w takiej wsi. Nigdzie w Polsce tego nie mieliśmy. Ale chyba to wszystko za drogo kosztowało. A kto i dziś dałby radę utrzymać taką drużynę w lidze? Nie widzę tego. Teraz o żużlu słucham w radiu i telewizji. Do Tarnowa na mecze nie jeżdżę. Czasu brak. Sołtysem jestem, radnym gminnym, jeszcze mam funkcję w naszej parafii.
Sportu w Machowej już nie ma wcale. W przeszłości była drużyna piłkarska, lecz się rozleciała.
– Chłopaki pożeniły się, pozakładały rodziny albo wyjechały za granicę. Nie ma komu grać – twierdzi sołtys. – Nie ma też komu prowadzić drużyny. Na wszystko potrzeba pieniędzy, a do społecznej roboty dziś nikt się nie rwie.
W wiosce pozostała jedyna, ostatnia rozrywka. W centrum co tydzień robi się głośno. Działa klub dyskotekowy, który wcześniej należał do mieszkanki Tarnowa i nosił dumną nazwę „Imperium”. Później przeszedł w inne ręce i funkcjonuje pod nazwą „Feniks”. We wsi niektórzy żartują, że mniej huku robiły motory żużlowe niż muzyka z dyskoteki.
Jeden z miejscowych fanów tej dyscypliny sportowej ma pretensje do Piotra Rolnickiego.
– Żużel w Machowej nadal mógłby być. Za drogi? Spokojnie. Gdyby Rolnicki dogadał się z innymi, nie byłoby problemu. W samej Machowej mamy kilka dobrych firm, jedne handlują, drugie coś produkują. Pilzno na pewno jeszcze coś by dorzuciło, a i Dębica byłaby chętna. W Podgrodziu jest montownia motocykli, lepszej reklamy by nie mieli. Mamy we wsi zakład, który mógłby wykonać metalowe ławki dla kibiców, wszystko dałoby się załatwić. Rolnicki też się podźwignął, wiedzie mu się dobrze. Ma firmę, która dostarcza klatki dla kur niosek, robione według unijnych norm. Tylko o dogadanie się rozchodzi.
Dziś jedyny wiejski stadion żużlowy w tej części Europy, o którym dwadzieścia lat temu pisała zagraniczna prasa sportowa, szybko znika. Zdemontowane zostały resztki urządzeń, rozryte spychaczami wały ziemne, na których były trybuny, jeszcze tylko pozostał w samotności metalowy maszt, na którym umieszczona była sygnalizacja świetlna. Na trawie leżą fragmenty konstrukcji podtrzymującej wieżę sędziowską.
W Urzędzie Gminy w Pilźnie nie wiedzą, co nowego ma powstać na dawnym stadionie. W Machowej mówią, że farma słoneczna. Piotr Rolnicki, proszony o rozmowę, przez sekretarkę odmówił.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments