Jak auto to z… drugiej ręki?

0
98
komis-samochodowy
REKLAMA

W Tarnowie i okolicach funkcjonuje kilkanaście dużych komisów samochodów oraz kilkadziesiąt małych. Coraz częściej na terenie prywatnych działek – szczególnie w okolicach podmiejskich – można zauważyć po kilka samochodów z wstawionymi kartkami „na sprzedaż”. Taka „dzika” sprzedaż przy głównych drogach to coraz powszechniejszy proceder, chociaż właściciele komisów twierdzą, że taki handel ma niewielki wpływ na ich obroty.

REKLAMA

 

Oszczędne, niewielkie i tanie

Handlujący samochodami przekonują, że preferencje klientów nie zmieniają się od lat. Mieszkańcy regionu tarnowskiego, jeśli już zdecydują się na auto używane, to wybierają zazwyczaj samochód z segmentu B, z niewielkim, oszczędnym silnikiem. – Od lat tendencja jest ta sama – wszyscy zazwyczaj pytają o samochody niemieckie. W dalszym ciągu panuje bowiem przekonanie, że są to pojazdy solidnie wykonane, którymi długo się pojeździ bez większych napraw, a w dodatku łatwiej je będzie potem odsprzedać – powiedział nam właściciel jednego z komisów.
Taką opinię potwierdzają także prowadzący komisy przy salonach dilerów dużych koncernów samochodowych. – Trudno mówić o jakichś specjalnych preferencjach, chociaż daje się zauważyć, że klienci zwykle pytają o samochody niemieckich marek. W ostatnim czasie poszukują zwłaszcza niewielkich lub średnich samochodów z małymi, oszczędnymi silnikami – powiedział nam Mariusz Węgrzyn z komisu przy salonie Renault w podtarnowskiej Ładnej. –Nie można już wyodrębnić miesięcy, kiedy zainteresowanie samochodami komisowymi jest dużo większe, czy dużo mniejsze. Obserwuję, że w tym biznesie zainteresowanie zwiększa się lub zmniejsza falami, ale ogólnie więcej klientów trafia do komisu późną wiosną. Drugi taki okres dobry dla sprzedaży aut używanych to jesień, ale do listopada.
Z kolei Robert Batko, właściciel komisu przy ulicy Krakowskiej w Tarnowie, ocenia, że pora roku nie ma już specjalnego znaczenia. – Liczba klientów rozkłada się prawie równo na poszczególne miesiące, przy czym znacznie więcej oglądających jest przy ładnej pogodzie. Trudno jednak wyciągać wnioski po liczbie osób, które przyjeżdżają do komisu. Mnie tak naprawdę nie interesuje, ile osób kreci się po placu i ogląda samochody. Najczęściej są to „przeglądacze cen”, a nie aut. O sezonowości nie ma chyba co mówić. Przykładowo w ubiegłym roku bardzo dobry był dla nas okres wakacji, przygotowaliśmy więc na to lato więcej samochodów i… nic z tego – wakacje były słabiutkie.

 

Komisowy luksus

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w komisach, które wyspecjalizowały się w konkretnym segmencie samochodów. Tarnowski Ricardpol postawił przede wszystkim na samochody z tak zwanej wyższej półki, czyli głównie segmentu Premium. – Handlujemy przede wszystkim samochodami nowymi, maksymalnie rocznymi czy dwuletnimi. Ukierunkowani jesteśmy głównie na klienta zainteresowanego samochodami z klasy Premium. Można się domyślać, że w takim przypadku kwestie oszczędnego silnika mają drugorzędne znaczenie – mówi jeden ze sprzedawców. – Jednak kwestia silnika nie jest zupełnie bez znaczenia. W zdecydowanej większości – sądzę, że będzie to nawet 90 procent – sprzedawanych u nas aut to samochody z silnikami dieslowskimi. Jak twierdzą klienci, znaczenie ma tutaj nie tyle ekonomika jazdy, ale przede wszystkim większa łatwość późniejszego odsprzedania takiego auta. W przypadku aut luksusowych ma to poważne znaczenie. Do rzadkości należy, by klient zamawiał auto z napędem hybrydowym. Generalnie kupujący są nastawieni na konkretne auto, chociaż nie kryją – powszechnego podobno w motoryzacji – przekonania, że „co niemieckie, to dobre”.
Gdy w innych komisach przeważają samochody warte kilkanaście tysięcy złotych, to w Ricardpolu jest sporo aut, których cena wyjściowa to… kilkaset tysięcy złotych. Z pewnością o oszczędnościach nie będzie myślał klient, który zdecyduje się na zakup tak zwanej cywilnej wersji słynnego hummera H2. Ubiegłoroczny pojazd dysponuje bowiem silnikiem o pojemności 6,6 litra i mocy 700 koni mechanicznych. Niebagatelna jest także cena, która wynosi 155 tysięcy, ale euro. Klienci trafiają się tutaj konkretni i bardzo wymagający. Jednym z obecnie realizowanych zamówień jest na przykład nowiuteńki porsche cayenne turbo. Wersja fabryczna to koszt ponad 800 tysięcy złotych, a do tego klient zamówił sobie oryginalny pakiet niemieckiej firmy „Speed art”, którego koszt przekroczy 300 tysięcy złotych…


Panie też kupują

Z takimi kwotami i zamówieniami nie mają z reguły do czynienia właściciele większości komisów. Ściągają najczęściej samochody popularnych marek, o określonym wyposażeniu i konkurencyjnej cenie. Gdy rozmawialiśmy ze sprzedawcami z komisów w pobliżu Tarnowa, mówili, że ostatnio klienci szukają oszczędnych silników. – Ten aspekt podnoszą zwłaszcza kobiety, a muszę przyznać, że coraz częściej właśnie panie są klientkami naszego komisu. Trzeba jednak przyznać, że zwykle wybierają auta w męskiej „obstawie”. Średnie spalanie to – oprócz wyglądu i funkcjonalności – jeden z podstawowych warunków. Przy czym panie sprawdzają na przykład, czy samochód ma dodatkowe lusterka dla pasażera, żeby się można podmalować itp. Często panie decydują się na małe, dobrze utrzymane auta. Ważna jest także cena. Niedawno sprzedałem w ciągu jednego dnia dwa fordy fiesty, inna sprawa że potem przez tydzień nie poszło nic.
W tym konkretnym komisie przeważają auta małe i z segmentu średniego, i cieszą się największym wzięciem. – Coraz częściej kupowane przez kobiety auta są drugim samochodem w domu, stąd szukają samochodów niewielkich i oszczędnych. Jedna z pań wręcz powiedziała: na wczasy to my jedziemy męża vanem, a ja potrzebuję zawieźć dziecko do przedszkola czy wyskoczyć na małe zakupy.
W komisach znajdują się zarówno samochody sprowadzone przez właścicieli z zagranicy, jak wstawione przez tych, którzy wymieniają swoje dotychczasowe „cztery kółka”. – Powody wystawienia dotychczasowego auta są przeróżne. Jedni twierdzą, że auto im się znudziło, inni, że chcą wymienić na nowszy lub całkiem nowy model –mówi handlujcy autami od lat Robert Nowak – Ostatnio przyjechał do mnie na oko 40‑letni facet kilkuletnim, świetnie wyposażonym i utrzymanym volkswagenem passatem 1,9 diesel i powiedział szczerze, że popadł w kłopoty finansowe, a żona straciła pracę i musi zamienić auto na znacznie mniejsze i tańsze. Ostatecznie dogadaliśmy się i wziął w rozliczeniu niewielką, ale już prawie dziesięcioletnią toyotę yaris z zaledwie litrowym silnikiem w podstawowej wersji.

 

A może na giełdę?

Jeśli ktoś nie zdecyduje się na sprzedaż komisową, to pozostaje mu giełda samochodowa. Tarnowska od lat funkcjonuje w zajezdni autobusowej przy ulicy Lwowskiej. Co prawda, podjęto próby, by uruchomić drugą giełdę przy plazu targowym na ul. Hodowlanej, ale pomysł okazał się niewypałem.
Tymczasem na giełdzie przy ulicy Lwowskiej w niedzielne przedpołudnia pojawia się i ponad 200 samochodów. – Giełda miała swoje ciężkie czasy, gdy ją tutaj przeprowadzono z ulicy Cmentarnej, ale z czasem klienci się przyzwyczaili. Jeśli jest ładna pogoda, to giełda funkcjonuje całkiem nieźle – ocenia Zdzisław Lasota z tarnowskiego biura branżowego czasopisma AutoBit. – W moim odczuciu większy ruch jest tutaj na giełdzie wiosną, z kolei jesienią jest sporo klientów, którzy pozbywają się starych samochodów ze względu na rocznik – w styczniu auto będzie przecież o rok starsze.
Gdy klient dotrze w okolice tarnowskiej giełdy, to zastaje charakterystyczny obrazek: na giełdzie sporo miejsca, ale wszelkie możliwe miejsca postojowe poza giełdą zajęte, samochodów pełno także na parkingu koło pobliskiego Zajazdu pod Dębem czy na parkingu przyszpitalnym. – Ludzi odstrasza opłata wjazdowa. Chociaż nie zmieniła się od dawna, to trzeba zapłacić aż 22 złote. Ja już jestem czwarty raz, gdybym miał za każdym razem płacić wjazdowe, to by mi się nie opłacało – mówi jeden z tarnowian, który wystawił swojego forda eskorta tuż przy pobliskiej stacji benzynowej.
Na giełdzie działa także mini‑bazar z częściami samochodowymi, a nawet z – zupełnie niemotoryzacyjnymi – bibelotami. Widać, że sporo handlujących to stali klienci tarnowskiej giełdy. – Bywało więcej samochodów, ale teraz, jak zaostrzyli kontrole przy wjeździe, to na plac wjeżdża mniej aut. Dawniej sporo było samochodów przywożonych przez obsługi komisów. Jak wystawiali tu kilka samochodów, to dostawali spore zniżki przy wjeździe – informuje starszy mężczyzna oferujący m.in. wycieraczki samochodowe.
Według jednego ze sprzedających samochód, frekwencja na giełdzie jest mniejsza, bo sporo osób wystawia auta do sprzedaży na własnych posesjach lub u znajomych przy głównych drogach. – Wystarczy przejechać się ulicą Tucholską, by kilka takich „mini‑komisów” zauważyć. Czy to legalne, to nie wiem, z drugiej strony każdy przecież może sobie za samochodową szybę wstawić kartkę: „sprzedam” z numerem telefonu– tłumaczy właściciel kilkunastoletniego opla astry. – Sporo ludzi ogląda, ale kupujących niewielu. Pytają o różne rzeczy: ostatnio facet chciał jechać do mechanika, by sprawdzić moje auto. Powiedziałem mu że nie ma problemu, ale na jego koszt, i zrezygnował.
Jeden ze stałych bywalców sugeruje, że za kilka lat giełda zniknie z tarnowskiego krajobrazu. – Trzeba pamiętać, że sporo aut sprzedawanych jest przez Internet, a giełda to już przeżytek. Ludzie mają już inne wymagania, niż wówczas gdy na placu przeważały „maluchy” i polonezy. Teraz chcieliby auta z klimatyzacją, pełną elektroniką, a w dodatku z gwarancją, że samochód nie jest „bity”. Na takiej małej giełdzie trudno o spełnienie wysokich wymagań – wieszczy pan Stanisław.
Na razie jednak giełda działa i ma się całkiem nieźle. Przykładowe ceny wywoławcze sprzed tygodnia: skoda octavia 2004, silnik 1,4 – 14 tys. zł, ford eskort 1998 silnik 1,6 – 5,2 tys., citroen picasso 2003, 1,8 – 16 tys., nissan micra 2002, 1,0 – 13 tys., toyota corolla 2000, 1,4 – 12,5 tys., seat ibiza 1999, 1,4 – 7,5 tys., opel astra 1995, 1,4 – 2 tys., nissan primera 2002, 1,6 – 14,5 tys., fiat punto 2000, 1,2 – 8 tys., peugeot 306 1999, 7 tys., hyundai pony 1994, 1,6 – 1,8 tys.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o