Anioł pod Czerwoną Ławką

0
83
Słowacja
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Czerwona Ławka, po słowacku Priecne (Poprzeczne) Sedlo, to przełęcz w grani Tatr Wysokich na wysokości 2352 m. Miejsce jest widokowe i osiągalne ze Starego Smokovca kilkugodzinnym przejściem. Przejście to uchodzi za najtrudniejszy szlak po słowackiej stronie Tatr.

W 2013 roku na skalnej ścianie pod Czerwoną Ławką zamontowano dodatkowe klamry i łańcuchy, i odtąd szlak jest dostępny z dwóch stron, tzn. od schroniska Tery’ego w Dolinie Małej Zimnej Wody i od Zbójnickiej Chaty – schroniska nad Długim Stawem. Nadal jednak szlak bywa sezonowo zamykany przy złej pogodzie, szczególnie na przejściu od Zbójnickiej Chaty, którym od przełęczy schodzi się ostro w dół wąskimi trawersami, miejscami po pionowej ścianie.

REKLAMA

Ta opowieść dotyczy czasów, gdy byłam dużo młodsza, a szlak pod Czerwoną Ławką pokonywało się tylko w jedną stronę – z dołu. Na mojej mapie, dość starej i wydrukowanej w Polsce, przy szlaku na przełęcz był znaczek wskazujący jednokierunkowość szlaku. Jakoś go jednak przeoczyłam.

Zmiana pór roku

Przyjechałam wtedy do Starego Smokovca na parę dni w październiku. Pogoda udała się wyjątkowo: świeciło słońce, było ciepło, ludzie chodzili w koszulkach i szortach. Idealnie. Na szlak zabrałam tylko zapas jedzenia, wodę i lekki dres.

Wyruszyłam ze Smokovca wcześnie rano, ale trochę zmarudziłam: opalałam się przy wodospadzie nad Studenym Potokiem, potem zatrzymywałam się nad stawami po drodze. W dodatku okazało się, że moje buty trekkingowe, kupione okazyjnie w Hiszpanii, niezbyt nadają się na Tatry – na mokrych kamieniach ślizgały się nieprzyjemnie, co spowalniało podchodzenie. Poza tym, trudno było sobie odmówić robienia zdjęć po drodze – szlak był widokowy, a skały z kolorowymi porostami i liście w jesiennych barwach pięknie kontrastowały z błękitem nieba.

Do Zbójnickiej Chaty dotarłam dobrze po południu, minęłam ją więc rozpędem i wkroczyłam na żółty szlak. Nad Staroleśniańskim Stawem było już chłodno, choć wciąż słonecznie. Zrobiłam krótki postój, by popatrzyć, dojeść kanapkę i włożyć dres.

Nad Siwymi Stawami zaczęła się mgła. Wędrowałam przez nią jakiś czas, jak przez gęstą chmurę. Było to jak przejście do innego świata. Na Czerwonej Ławce był bowiem inny klimat, inna pora roku. Był mróz. I ostry wiatr. Leżały płaty śniegu. A na szlaku, schodzącym z przełęczy ostro w dół, na kamieniach i łańcuchach narosły grzebienie czystego, ostrego lodu.

Oczywiście, zdarzało mi się już zetknąć z takimi zmianami pogody w górach. Żlebem Kulczyńskiego schodziłam kiedyś w środku czerwca po lodzie. W Himalajach w ciągu niecałych dwóch dni przechodziło się z upalnych dolin do zakopanej w śniegu Annapurna Basecamp. Optymistycznie założyłam więc, że to tylko kawałek, niżej będzie lepiej. Oczywiście, nie miałam pojęcia jak naprawdę wygląda szlak pod Czerwoną Ławką.

Niebieski i Biały

Kilkanaście minut później na szlaku, gdzie nawet bez lodu brakowało miejsca na stopy, zawisłam na samych rękach na łańcuchu, i chwilę długą jak wieczność walczyłam o to, by złapać grunt. Poraniłam ręce o lód. Gdy podobna sytuacja powtórzyła się znowu, i znowu, dotarło do mnie, że tej drogi nie przejdę. Nie w śliskich butach i z poranionymi dłońmi. Prędzej czy później spadnę. Spojrzałam w górę. Oblodzone kamienie pięły się stromo, a jak miałam już nadwyrężone ramiona. Nie, tamtędy także nie zdołam wrócić.

Pochyliłam się, by spróbować zejść jeszcze kawałek, i wtedy zobaczyłam, że ktoś na mnie patrzy. Była to twarz młoda, niebieskooka, okolona długimi, jasnymi włosami, wysuwającymi się spod niebieskiej czapki.

Blisko, tuż poniżej mnie, stał przy ścianie młody człowiek w niebieskiej kurtce, z niewielkim plecakiem. Spojrzał na mnie bez słowa i wspiął się o dwa kroki, odsłaniając drugiego wspinacza. Ten był równie młody, o śniadej, pociągłej twarzy. Miał białą wełnianą czapkę z wrabianym góralskim wzorem i polar w kolorze białej wełny. Obaj mieli raki przy butach i solidne rękawice, czyli byli znacznie lepiej ode mnie wyekwipowani na przejście przełęczy.

Ten śniady, w bieli, skinął mi głową i zapytał po słowacku, czemu tu siedzę. Robiąc dobrą minę do złej gry, odparłam, że idę w dół, ale buty mam trochę śliskie i właśnie odpoczywam. Chłopak popatrzył w dół, na oblodzone, pionowe kamienie, potem spojrzał na mnie i powiedział:

– Ne idte tam. Zabijete se.

Westchnęłam, bo właśnie chwilę wcześniej doszłam do podobnego wniosku. Ale nie mam wyjścia, wyjaśniałam. W moich śliskich butach i bez rękawic powrót na górę jest równie niebezpieczny, w dodatku nie mam już siły na wspinaczkę. Dam radę iść tylko w dół. Będzie, co będzie. Trudno. Dobrej drogi. Spróbowałam wstać.

Chłopcy wymienili spojrzenia. Potem każdy z nich bez słowa zdjął jedną rękawicę i oddał mnie. Ten w niebieskim, długowłosy, stanął na występie za mną i zaczął kolcami swoich raków skuwać lód z kawałka kamienia – tak, by można tam postawić stopę. Ten biały gestem prawie kurtuazyjnym podał mi ramię, bym mogła się na nim oprzeć.

I tak szliśmy – długi czas, bo bardzo, bardzo wolno. Mój niebieski towarzysz wspinał się krok za krokiem, za każdym razem przystając, by wyczyścić z lodu kawałek kamienia. Biały szedł za mną, by podeprzeć mnie w razie potrzeby lub podać rękę przy wspinaniu. Ja natomiast czepiałam się butami kamieni, dłońmi w rękawicach (jednej niebieskiej, jednej jasnoszarej) łańcuchów i – pełznąc tak, raczej żałośnie, w górę – czułam się bardzo głupio.

Słowacja Tatry
Staw Staroleśniański | fot. Marta Tutaj

O piwie i rozpoznaniu

Gdy dotarliśmy na szczyt podejścia, było już blisko zmierzchu i we mgle niemal ciemno. Jako że dalej była już dość wygodna ścieżka, podziękowałam i oddałam rękawice. Chłopcy zatrzymali się, by zdjąć raki. Ten w białym polarze radził mi jak najszybciej iść do Zbójnickiej Chaty, tam ogrzać się i przenocować. Dobra rada złota warta. Czułam, jak spocone i przemoczone ubranie przymarza mi do ciała.

Ruszyłam więc szybkim marszem. Wiedziałam, że moi wybawcy z Czerwonej Ławki idą za mną, bo raz czy dwa razy, zgubiwszy we mgle szlak, słyszałam z tyłu ich przytłumione głosy. Dzięki temu wiedziałam, w którą stronę iść.

Dotarłszy do Zbójnickiej Chaty, zamówiłam sobie grzane piwo, kazałam trzymać na ogniu dwa następne i usiadłam na schodkach schroniska, by przynajmniej poczęstować swoich wybawców piwem, gdy dotrą. Było już ciemno, ale w świetle padającym od Zbójnickiej Chaty odcinek szlaku był dobrze widoczny, nie mogłabym przeoczyć nikogo idącego ścieżką. A od Czerwonej Ławki do Zbójnickiej Chaty był tylko jeden szlak.

Niebieski i Biały nie pojawili się jednak. Jakby rozpłynęli we mgle, leżącej szarobiałą chmurą na żółtym szlaku.

Przenocowałam w Zbójnickiej Chacie, by następnego ranku zejść do Smokovca. W nastroju, jaki ogarnął mnie wieczorem – zapewne wskutek zmęczenia, ulgi i świadomości ocalenia życia, a także wskutek solidnej porcji grzanego piwa – uznałam z łatwością, że moi wybawcy z Czerwonej Ławki nie byli zwykłymi turystami. Że była to interwencja – i personifikacja – mojego Anioła Stróża.

Sporo szczegółów potwierdzało tę wersję. Nagłe pojawienie się, tajemnicze zniknięcie, kolory biały i niebieski, w jakich się ukazali, długie jasne włosy jednego z nich… To wszystko nie musiało być przypadkowe…

Dlaczego Anioł Stróż ukazał mi się w dwóch osobach? No, w końcu mam swoją wagę (i śliskie buty!), potrafię być też uparta… Jednoosobowo nawet anioł mógłby nie dać rady wciągnąć mnie po tej ścianie! W dodatku tylko jeden chłopak mówił, to dowód, że tak naprawdę byli jednością…

A że mówił po słowacku? Co w tym dziwnego? W jakim niby języku miałby mówić do mnie mój Anioł Stróż na Słowacji?

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o