Borobudur bez słońca

0
369
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Każde biuro turystyczne w Yogyakarcie ‑ kulturalnej stolicy Jawy, mieście sułtańskich pałaców zwanych kratonami, mieście batików, ptasich targów, złotych masek i lalek z teatrów cieni ‑ sprzedaje zachód słońca nad Borobudur. Cena obejmuje przejazd tam i z powrotem i bilety wstępu, choć tak naprawdę do Borobudur nie da się wejść ‑ nie ma tu wnętrza, jest tylko droga w górę.

REKLAMA

Zagubiona w dżungli

‑ Wielka Świątynia Buddy, Zapomniana Świątynia ‑ wykrzykują ochotniczy przewodnicy w ogrodach u stóp Borobudur. Na użytek turystów zagranicznych opowiadają legendę o tym, jak pewien możny książę zakochał się w dziewczynie o jasnej twarzy, Córce Księżyca. By wzbudzić jej podziw, wybudował świątynię w głębi dżungli, pełną niezwykłych rzeźb i prowadzących do nieba schodów. Piękna i kapryśna dziewczyna zlekceważyła jednak książęcy dar, a wówczas książę pozwolił, by świątynię pochłonęła dżungla.
Oczywiście, to tylko opowiastka mająca Amerykanom i Europejczykom ubarwić zwiedzanie kamiennych tarasów i schodów. Tak naprawdę historia o niestałej, bladolicej dziewczynie pochodzi z całkiem innych stron. A władca z dynastii Sailendra, z którego polecenia zbudowano Borobudur (było to podobno na początku IX wieku, czyli prawie 1200 lat temu!), miał całkiem inne cele, niż zdobycie względów dziewczyny. Największą do dziś dnia stupę buddyjską na świecie zbudowano w czasach, gdy buddyzm – pod naporem hinduizmu – był w Azji w odwrocie. Wyspiarskie królestwo Sailendrów miało stać się jego ostoją. A monumentalna świątynia, którą budowano ponad siedemdziesiąt lat, jest nie tylko miejscem kultu czy pomnikiem, ale także ilustracją doktryny – unaocznieniem w kamieniu buddyjskiej drogi życia i jej celu. Świątynia na wzgórzu ilustruje buddyjską doktrynę Mahajany, pokazując – jak twierdzą uczeni i filozofowie ‑ dziesięć stopni wtajemniczenia, jakie osiągnąć ma dążący do nirwany bodhisattwa.
Opowiadane przez samozwańczych przewodników legendy mówią także nieco prawdy – nieprawdopodobną świątynię porzucono, gdy półtora wieku po jej ukończeniu wybuchł wulkan Merapi, uszkodził budowlę i zasypał ją tonami popiołu. Wkrótce potem władcy Jawy przenieśli swoją stolicę do wschodniej części wyspy, daleko od Borobudur. Świątynię na wiele wieków – jak w legendzie o bladolicej – pochłonęła dżungla, a o istnieniu niezwykłej budowli, którą wznosiło kilka pokoleń, niemal zapomniano. Odkryto ją ‑ a raczej odkrywano po kawałku ‑ dopiero w ciągu dwóch ostatnich wieków.

Kamienna metafora

Na początku XIX wieku angielski wicegubernator Jawy, sir Thomas Stamford Raffles, zlecił holenderskiemu inżynierowi Corneliusowi zbadanie ukrytych w dżungli, ok. 40 km od miasta Yogyakarta, zagadkowych ruin. Cornelius oczyścił wówczas z roślinności tylko część budowli, zbudowanej z szarego andezytu – twardości i trwałości tego wulkanicznego kamienia budowla zapewne zawdzięcza przetrwanie. Już na podstawie tych nielicznych, najwcześniej odkrytych ruin zaczęto sobie zdawać sprawę z niezwykłości tego miejsca. Pół wieku później odkryto pogrążony w ziemi “parter” Borobudur, symbolizujący ‑ jak później zinterpretowano ‑ świat uciech i pokus ziemskich, który człowiek dążący do doskonałości porzuca.
Choć w XX wieku Borobudur stało się już jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych Jawy, niszczało, zarastane znów tropikalnym lasem. Dopiero na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych świątynię poddano kompleksowej renowacji z funduszy UNESCO. Na ratowanie Borobudur wydano wówczas ponad 25 mln dolarów.
Borobudur jest świątynią niezwykłą nie tylko dlatego, że wydarto ją dżungli i że ani w Indonezji, ani na świecie nie ma w zasadzie równie monumentalnej i charakterystycznej świątyni. Przede wszystkim Borobudur to budowla bez wnętrza. Nie można tu wejść “do środka”, można tylko wędrować w strukturze budowli ‑ w górę, w dół i dookoła. Jak w życiu. Tak to miejsce wymyślono i zbudowano: nie jako budynek, ale raczej jako miejsce wędrówki i kontemplacji, którego forma – budowle, rzeźby i samo wzgórze – przekazuje określoną naukę i ideę. Borobudur jest bodaj najbardziej w historii konsekwentną i udaną próbą przełożenia doktryny religijno‑filozoficznej na architekturę. To miejsce, gdzie idea ma kształt, a kształt wyraża ideę.
Samą nazwę tego miejsca ‑ Borobudur ‑ uczeni wywodzą z sanskryckiego “Vihara Buddha Uhr”, co oznaczać ma “klasztor buddyjski w kształcie wzgórza”. Kompleks budowli Borobudur pokrywa bowiem istotnie zniwelowany szczyt pagórka. Gdyby szukać analogii dla takiego założenia w religii chrześcijańskiej, najbliższym porównaniem byłyby chyba drogi krzyżowe w formie “Golgoty”, służące także kontemplacji i modlitwie, albo gotyckie katedry, które również były ilustracją idei. Tak naprawdę jednak Borobudur nie da się porównać do niczego – to miejsce samo w sobie jest metaforą.

Ku doskonałości

Podstawę kompleksu świątynnego stanowi kwadrat o boku ponad 120 m, nad nim budowla pnie się w górę – poprzez osiem nałożonych na siebie tarasów, przechodząc między którymi pielgrzym powinien zawsze skręcać w lewo. Na podmurówce stupy sto lat temu odsłonięto płaskorzeźby przedstawiające bardzo plastycznie różne pokusy materialnego świata, w tym śmiałe rzeźby erotyczne (dziś ta część jest niewidoczna dla zwiedzających!). Z tego prawdziwie “przyziemnego” poziomu prowadzą w górę cztery rzędy stromych schodów zwieńczone rzeźbionymi bramami ‑ ku kolejnym piętrom coraz mniejszych tarasów. Płaskorzeźby okalające tarasy przedstawiają sceny z życia księcia Siddharty, czyli przyszłego Buddy, a także fragmenty życiorysów jego poprzednich wcieleń. Wiele z nich ma znaczenie historyczne – jako wiernie oddane obrazki obyczajowe sprzed piętnastu wieków. Anglicy ze swoim talentem do inwentaryzacji naliczyli, że w Borobudur znajduje się 1212 reliefowych paneli ze scenami figuralnymi, ponad 1460 paneli z ornamentami oraz ponad 430 wizerunków Buddy.
Podobno jeden z wizerunków Buddy przynosi szczęście w małżeństwie (!). Jeśli kobieta dotknie pięty posągu, a mężczyzna – w tej samej chwili – kamiennych palców Buddy, da im to gwarancję trwałej miłości.
Bramy wieńczą maski potworów, figury lwów i słoni. Wyżej znajdują się posągi siedzącego Buddy, z rękami ułożonymi w rytualny gest mudra, a jeszcze wyżej ‑ 72 kamienne stupy (małe świątynie dzwonowatego kształtu). Przez otwory w ich ażurowych kopułach zobaczyć można ukryte wewnątrz figury Buddy. Świątynie Ukrytego Buddy symbolizują etap porzucenia świata kształtów i „stawania się ideą”.

Ludzie i stupy

Nagromadzenie wstępujących na wzgórze kamiennych dzwonów działa nawet na całkiem nieprzygotowaną wyobraźnię Europejczyka. Norweg, którego spotkałam w górnej części świątyni – twierdził, że krajobraz pod szczytem pagórka przypomina mu… kosmiczne szachy.
‑ Jakby ktoś chciał zagrać w szachy z bogami…
Szczyt Borobudur – odległy od dolnych bram i schodów o pięciokilometrową wędrówkę – wieńczy jedna, większa od innych, stupa w formie odwróconego kielicha ‑ ostatni krok do doskonałości. Na szczycie nawet w bezwietrzny dzień poczuć można łagodny powiew wiatru. I widać stąd daleko: szczyty łagodnych wzgórz, zielone lasy, pstre kwadraty starannie utrzymywanych ogrodów.
Co jeszcze niezwykłego jest w Borobudur? Ściągający tłumnie z całego świata turyści niekoniecznie są tu w większości. Większość zwiedzających stanowią jednak Indonezyjczycy: pary, grupy młodzieży, rodziny. Chodzą wolniej od turystów, robią mniej zdjęć, częściej za to przystają bądź przysiadają w prześwitach murów, poniżej górujących nad okolicą profilów Buddy. Przychodzą nie tylko buddyści. Spotykam dziewczęta w okalających twarze chustach, jakie noszą uczennice muzułmańskich szkół, i studentów muzułmańskich uniwersytetów. Grupka urzędników to pracownicy banku w Jakarcie. Rozmawiamy ‑ jak się okazuje, stanowią prawdziwą mieszankę wyznań. Dwóch buddystów, jeden muzułmanin, jeden katolik i dwóch protestantów, plus hinduista pochodzący z wyspy Lombok… Pytam, co kontemplują w Borobudur? Chwila zastanowienia, zawstydzone uśmiechy.
‑ History – mówi w końcu jeden z protestantów. ‑ Inheritance. Our common inheritance. (Historię. Dziedzictwo. Nasze wspólne dziedzictwo).
Byłam w Borobudur w okresie, gdy w innej części Indonezji ‑ na Molukach ‑ muzułmanie walczyli z chrześcijanami. Rok przed pierwszym zamachem bombowym na Bali.
Tego wieczora w Borobudur nie widzieliśmy zachodu słońca. Choć popołudnie było upalne, niebo pokrywały chmury.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o