Cejloński las deszczowy

0
26
Cejloński las deszczowy
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Żeby zobaczyć na Sri Lance prawdziwą dżunglę, turyści jadą do Sinagaraja i opłacają sobie tour po lesie deszczowym. Wybrałam inną opcję – rezerwat Kanneliya, prawie nigdzie nieopisywany.

Dojeżdża się tam w dwie godziny z Galle, popularnego „przesiadkowego” miasta na południowym wybrzeżu Sri Lanki. Autobusem czy busem dojechać można jednak tylko do dworca w miasteczku Udugama. Dalej najprostszą opcją jest tuk-tuk – motorowa riksza z kabinką.

REKLAMA

Wiewióra i wężobójca

W okolicach bramy rezerwatu jest tylko kilka niewielkich hoteli. Wybrałam jeden z tańszych, o jeden zakręt od bramy parku. Był tam mały basen z kolorowymi rybkami i dużo rzeźb modelowanych z malowniczo powykręcanych korzeni. A na drzwiach pokoju siedziała zielona jaszczurka z długim ogonem.

Wstęp do parku – jak zwykle na Sri Lance – był, niestety, płatny, i wędrowało się ustaloną trasą z przewodnikiem. Zostawiłam sobie park na rano, a przed wieczorem przeszłam się po okolicy. Wioska była niewielka, większość domów z małymi ogrodami stało na brzegu niewielkiej rzeki, albo nieco wyżej, na stokach wzgórz, już w lesie. Kilkanaście metrów od hotelu – gdy fotografowałam przy drodze kwitnącą mimozę i maleńkie jaszczurki z gatunku Otocryptis, wspinające się na źdźbła trawy – usłyszałam hałas w gałęziach drzew nade mną. Była to grupka makaków manga, małp endemicznych dla Cejlonu. Towarzyszyła im piękna, czarno-pomarańczowa wiewiórka, mniej więcej rozmiaru europejskiego lisa. Wiewióra cejlońska – gatunek także endemiczny dla Sri Lanki, jest, mimo pokaźnych rozmiarów, dość trudna do obserwowania, bo porusza się głównie w koronach drzew, wśród gęstych liści. Zrobiłam kilka zdjęć, choć wielka wiewiórka niezbyt była skłonna pozować. Pierwsze popołudnie w Kanneliya nie sprawiło mi zawodu.

Cejloński las deszczowy
Łowiec krasnodzioby | fot. Marta Tutaj

Na wysokim drzewie nad drogą siedziało różnorodne ptasie towarzystwo. Były tam znane mi już bilbile czerwonoplame, synogarlice perłowe i gwizdokosy, ale był też duży ptak o niezwykłym – dzięki zakrzywionemu dziobowi – profilu. Okazał się endemicznym dzioborożcem cejlońskim.

Gdy robiłam zdjęcia, na pniu znacznie niżej pokazał się piękny dzięcioł – sułtan szkarłatny. Aby go sfotografować, usiadłam na podjeździe do pobliskiego domu, oparta plecami o żywopłot.

Wtedy całkiem blisko mnie, w gąszczu żywopłotu, nagle wszczął się ruch i na podjazd wypadli łaciaty kot i mangusta ruda. Najwyraźniej mieli starcie w krzakach. Nie było wątpliwości, kto je wygrał. Kot trzymał się z tyłu, marszcząc pokiereszowany nos. Mangusta przygładziła cętkowane futro i przyjrzała mi się bez strachu. W Indiach mangusty, zwane też ichneumonami, polują m.in. na jadowite węże. Potrafią walczyć.

Ponieważ siedziałam w cieniu żywopłotu, próbując się nie ruszać, mangusta miała wyraźnie kłopoty z odpowiedzeniem sobie na pytanie, czym jestem. Dreptała po podjeździe, wciąż przyglądając się badawczo i dając mi okazję do serii zdjęć. W końcu przeszła na drugą stronę drogi i zanurzyła się w krzakach, rzuciwszy mnie i wciąż liżącemu rany kotu pogardliwe spojrzenie.

Zrobiłam jeszcze parę zdjęć różnym ptakom. I dziewczynce ze wsi, która malowała sobie dłonie henną. Potem wykąpałam się w strumieniu. Odświeżona, wróciłam do hotelu, by za równowartość kilku złotych zjeść kolację z ryżu, ryb i ostro przyprawionej cebuli. Zielona jaszczurka z moich drzwi także jadła, głównie ciągnące do światła mrówkopodobne owady o długich, rozłożystych skrzydłach. Wieczorem pojawiły się też domowe gekony, drobne pasikoniki, duże chrząszcze oraz bardzo okazały pająk z gatunku Heteropoda venatoria. Choć jest gatunkiem dość pospolitym w całej Azji, jest interesujący, bo dzięki specjalnym narządom strydulacyjnym potrafi też wydawać dźwięki słyszalne dla ludzi. Niestety, hotelowy pająk nie był rozmowny.

Węże i krwiopijcy

Przy kolacji poznałam mojego jutrzejszego przewodnika – Gunadasę, który był ojcem właściciela mojego hotelu, a także rzeźbiarzem – figury modelowane z korzeni były jego autorstwa. Był też fotografem-amatorem – przemierzając codziennie ścieżki w lesie deszczowym, miał wiele okazji do zdjęć drobnych jaszczurek, zwanych po angielsku „kangurzymi”, wijów, pająków, węży, niezwykłego kształtu mrówek, motyli czy drobnych grzybów. Gunadasa okazał się prawdziwym pasjonatem swojej pracy – wiele wiedział o stworzeniach z lasu deszczowego i o gatunkach spotykanych tylko w Kanneliya. Choć ten liczący nieco 10 tys. ha rezerwat jest mniej rozległy, niż sławna Singaraja, łatwiej tu spotkać specyficzne gatunki zwierząt czy roślin, bioróżnorodność lasu jest bowiem większa.

W nocy spałam przy otwartym oknie, słuchając cykad i pluskania ryb w oczku wodnym. W pewnej chwili coś lekko zeskoczyło na mój koc, a potem na podłogę. Podejrzewałam zieloną jaszczurkę – zmiennoagamę, która przesiadywała na moich drzwiach. Ale okazało się, że był to mały szczur. Namierzony światłem latarki pod drzwiami łazienki, dość łatwo dał się przekonać, że na zewnątrz będzie mu lepiej, i czmychnął przez uchylone drzwi. Przed drzwiami latały nietoperze. Zielona zmiennoagama siedziała pod lampą, przeżuwając coś, co zjadła wcześniej.

Nad ranem ulokowałam się na dachu domu, by podziwiać pejzaż lasu deszczowego w porannej mgle. Na palmach siedziały, rozmawiając ze sobą, jaskrawo ubarwione zimorodki, zwane łowcami krasnodziobymi. W kwitnącym krzaku, pod którym podano mi śniadanie, buszowały nektarniki i pasiaste wiewiórki palmowe.

Potem przez parę godzin wędrowałam po lesie z Gunadasą, który pokazał mi m.in. zielone ślimaki Beddomea albizonata, występujące tylko na Sri Lance, a także piękne, zielone i długonose biczowęże. Brałam je do ręki i robiłam sobie z nimi zdjęcia. Dopiero znacznie później dowiedziałam się, że choć zasadniczo nieagresywne, są to jednak węże jadowite. Zęby jadowe mają jednak tak głęboko w paszczy, że mogą kąsać tylko bardzo drobne stworzenia.

Biczowąż
Biczowąż | fot. Marta Tutaj

Widzieliśmy śródleśne wodospady, tysiącletnie drzewa i grube liany. Brodziliśmy w rzekach, gdzie żyją ryby znane w Europie jako akwariowe. Pod koniec wędrówki pokazały się małpy – lutungi białobrode, ładne, nieśmiałe, zwykle ukrywające się w koronach drzew. Są endemiczne dla Sri Lanki i – niestety – coraz rzadsze, bo nie przystosowują się do życia na obrzeżach ludzkiej cywilizacji, jak hulmany czy makaki manga.

Przed powrotem do hotelu wzięłam znów kąpiel w rzeczce, pozbywając się przy okazji pijawek ziemnych. W Kanneliya dla ochrony przed nimi zalecano wkładać spodnie głęboko w skarpety, ale spróbujcie tak chodzić w upalne przedpołudnie w tropikalnej dżungli! Nie da się wytrzymać. Przewodnicy chodzą do lasu w krótkich spodniach i japonkach, ale oglądają swoje stopy co kilka minut i wyrzucają ewentualnych intruzów, przypominających – zanim się napiją – drobne, ale bardzo żwawe gąsienice. Miałam w tym mniej wprawy – po powrocie z lasu usunęłam z siebie kilka chudych jeszcze pijawek. Jedna, dobrze już nassana, siedziała mi nad kolanem. Pozbyłam się i jej, ale maleńka ranka nad kolanem krwawiła przez kilka godzin.

W hotelowej restauracji siedział tym razem gekon cziczak, pięknie nakrapiany i usadowiony dokładnie na środku jednej z rzeźb Gunadasy. Wieczór był pełen głosów cykad i drobnych żabek, wydających melodyjne skrzypnięcia. Stado lutungów przyszło na drzewa przy hotelu i żerowało w gałęziach, zrzucając nadgryzione liście.

Trudno było mi następnego dnia wyjechać z Kanneliya. Nawet, gdy las deszczowy okrył się deszczem.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments