Czas karnawału

0
46
Karnawał
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Ponieważ zawsze starałam się podróżować tanio – a bilety lotnicze tanieją w okresie od stycznia do marca – dość często przebywałam w tropikalnych krajach w okresie karnawału. Z drugiej strony, ponieważ lubię ciszę i unikam dużych miast, na ogół udawało mi się ten karnawał… omijać.

O kogutach, żabach i światłach
W Wenezueli dwie czy trzy karnawałowe noce spędziłam w porcie Santa Cruz. Port ozdobiony był figurami aniołów z kolorowych światełek, na głównym placu stały z kolei ponad dwumetrowe figury szopki bożonarodzeniowej. Między nimi kręciły się dzieci – w tym dziewczynki w tęczowych spódnicach, które po południu na małej drewnianej estradzie prezentowały tańce. Wieczorem już tańców nie było, ludzie rozsiadali się jednak na plażach przy porcie i wlewali w siebie hektolitry cervezy – czyli piwa. Sprzedawano wyłącznie krajowe, wenezuelskie, które nie wyróżniało się wyrafinowanym smakiem, miało za to kapsle na gwint, które można jednym ruchem ręki odkręcić. Na murkach wzdłuż plaży (woniejących wypitym i wydalonym piwem) rozkładały się prowizoryczne stoiska, sprzedające przekąski oraz gwizdki, balony, drewniane marakasy, pająki z kamieni półszlachetnych i jaskrawo malowane figury ptaków. Spędzałam dni pływając z maską w morzu, wieczorem kupowałam więc tam parille – grillowane szaszłyki z mięsa, kiełbasy i warzyw, i popijałam odkręcaną cervezą. Karnawał w Wenezueli zawsze już chyba będzie mi się kojarzył ze specyficznym zapachem i gwintowanym kapslem.

REKLAMA

Potem uciekłam do Santa Fe, małego kurortu na wybrzeżu, gdzie mieszkali podobno wenezuelscy artyści. Tutaj znakiem karnawału były wieczorne beach party, w czasie których głównie pito dużo piwa, oraz… walki kogutów. Te ostatnie organizowano co wieczór w przydomowych ogródkach, wiele przy tym krzycząc na siebie i głośno dopingując biedne koguty, które ponosiły koszt tej karnawałowej „rozrywki”.

Na plażach Tajlandii czy Malezji oznaką karnawału były papierowe lampiony, które puszczano podczas wieczornych posiedzeń na plaży. Na papierze lampionów wypisywano życzenia, zaklęcia, pragnienia i wyznania miłości, po czym umieszczano w nich świeczkę i puszczano w niebo. Zwykle potrzebne były do tego dwie lub trzy osoby, które trzymały lampion wspólnie, pochylone nad światłem. Był to całkiem ładny widok. W malezyjskiej wiosce Kukup, złożonej z domów stojących na słupach wbitych w błotniste dno zatoki, w noc sylwestrową puszczano setki takich lampionów. Długo płynęły one po niebie, jak sznury świateł. Piękne i – w przeciwieństwie do fajerwerków – bezgłośne.

Cienaga, domowe dekoracje
Cienaga, domowe dekoracje | fot. Marta Tutaj

Na wyspie Tioman, też w Malezji, w czasie karnawału dojrzewało mango, które nietoperze owocożerne strącały na ziemię. Ludzie zbierali na płyciznach drobne małże, wieczorami gotowali je i przyrządzali z czosnkiem. Nocą koncertowały żaby – łagodnymi głosami rzekotki i żaby latające, głośnymi i buczącymi bull frogs, rzeczne żaby nadymające się przy tym do kształtu kuli. Dla mnie była to najlepsza karnawałowa orkiestra.

Zabawy na bagnie

Kolumbijskie miasteczko Cienaga w prowincji Magdalena ma silne tradycje karnawałowe, związane z Tańcem Kajmana. „Cienaga” znaczy „bagno”, i na takich właśnie terenach – pełnych jezior, błotnistych jeziorek i mangrowców – miasto leży. Na początku XX wieku Cienaga była ośrodkiem boomu bananowego – wokół ciągnęły się plantacje palmowe, nawadniane kanałami. W których żyły kajmany.

Przy głównej plaży w Cienaga stoi pomnik w formie kolumny, na którego szczycie jest postać dziewczyny w odświętnej sukience i z ozdobną parasolką, a poniżej – naturalnej wielkości figura krokodyla. To postaci z opowieści, którą w całej prowincji Magdalena śpiewa się, a także przypomina tańcem co roku w czasie karnawału.

Pieśń opowiada o dwóch siostrach, o imionach Tomasita i Juanita, które na prośbę ojca poszły do miasta kupić rum. W domu ich rodziców odbywało się przyjęcie z tańcami, a że goście byli liczni i spragnieni, zabrakło trunku. Dziewczęta poszły go kupić i… zniknęły. Dopiero późnym wieczorem wróciła młodsza, Juanita, zapłakana. Ojciec wybiegł jej naprzeciw i zapytał:

– Dziecko, gdzie twoja siostra?!

– Zły kajman ją zjadł! – odparła, jak pieśń mówi, Juanita.

Opowiedziała, że gdy w drodze na rynek przechodziły obok kanału, Tomasita poszła opłukać nogi w wodzie. Wtedy z wody wynurzył się wielki krokodyl, i porwał dziewczynę.

Historia ta wydarzyła się podobno 20 stycznia, i to jest dziś data głównej fiesty w Cienaga, kiedy tańczy się Taniec Kajmana i śpiewa historię Tomasity. W Cienaga odbywa się konkurs Tańca Kajmana, przygotowanego przez różne zespoły (w tym roku – jak poinformowali mnie przyjaciele – był pokaz tańców online).

Dwa lata temu, gdy byłam w Kolumbii, widziałam tylko próbę do Tańca Kajmana w wykonaniu zespołu z lokalnej szkoły, bo wyjechałam z Cienaga przed 20 stycznia. Dwie siostry, u których mieszkałam, Loyda i Yubi, bardzo chciały mi jednak pokazać przynajmniej kawałek karnawału. Robiłyśmy więc długie wieczorne spacery z ich domu na wybrzeżu do rynku.

Cienaga, rynek
Cienaga, rynek | fot. Marta Tutaj

Cienaga ma rynek z białą glorietą i Alcaldią (głównym urzędem miejskim) w postkolonialnym pałacu. Na placu wokół Alcaldii z ruchomych wózków sprzedaje się arepy i empanady – nadziewane różnościami przekąski oraz tinto, czyli kawę z termosu. Loyda, Yubi i Juan – ich brat – wiedzieli także, gdzie kupić chichę – domowego wyrobu napój alkoholowy o wyglądzie… różowego jogurtu. W rynku było także parę restauracji i kawiarni, w tym moja ulubiona – z postkolonialnymi złoceniami, wiekowym wentylatorem i wystawą obrazów lokalnego malarza-prymitywisty. Tylko nieliczni ze zgromadzonych wieczorem na rynku ludzi jedli jednak w restauracjach – większość korzystała raczej z ławek na skwerkach i prowizorycznych, rozstawianych tylko na wieczór straganów, w których sprzedawano przekąski. Królowało ceviche – krewetki lub małże na surowo, ostro przyprawione, były także smażone banany, arepa huevo – jajko w kukurydzianym cieście oraz salchipapa – makaron z warzywami i krojonymi kiełbaskami. Popijano – po równo – kawą tinto i lokalnym piwem w małych butelkach (o połowę słabszym od polskiego).

Nie widziałam tańców na ulicach – parada karnawałowa odbywała się w większej, odległej o kilkadziesiąt kilometrów Baranqulli. Na rynku w Cienaga sporo natomiast było ludzi, którzy śpiewali – bardzo różny repertuar, od ludowych piosenek po ballady gitarowe i popularne standardy. Nie zabrakło także lokalnego rapera, któremu popularność przyniósł utwór „Cienaguero”, wychwalający – jak przetłumaczyła mi Loyda – uroki i atrakcje miasta na bagnach.

Wieczór kończyłyśmy zwykle porcją raspao, kruszonego lodu z syropem, sprzedawanego z wózków z metalowym kołem i korbą. Raspao było najtańszym na rynku deserem, w dodatku przyjemnie chłodzącym – w cieple tropikalnej nocy lód w kubku powoli zamieniał się w bardzo zimny drink…

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments