Dom Trappów

0
279
fot. Marta Tutaj

Miejsce, gdzie wszystko jest tak, jak trzeba. Gdzie rzeczywistość przypomina odprężający sen. Noc w tanzańskim Parku Arusha jest intensywna jak gęsta, świeżo zaparzona kawa. Kawę zresztą kiedyś tu uprawiano.

REKLAMA

Noc i ranek
Ogień w kominku jest jasny i gorący, gwiazdy ostre. Na werandzie czarnoskóry strażnik parku, patrolujący co noc okolicę, wypełnia książkę służbowych obchodów. Okryty wilgotnym wojłokowym płaszczem, posapuje cicho przez nos, biedząc się nad literami i cyferkami w rubrykach. Na strony książki spadają nieustannie białe ćmy, ściągające do lampy z mroku poza werandą. Zapach wilgotnej tkaniny, zapach spalonych skrzydeł.
Z gęstej nocy, która zaczyna się już na schodach werandy, dochodzą od czasu do czasu stłumione okrzyki, szczeknięcia, westchnienia, trzaski i szelesty – to pawiany, potrząsające wciąż gałęziami drzew rosnących na skraju lasu. Mogłyby to być także gerezy – najbardziej turystycznie sławne miejscowe małpy – ale one rzadko podchodzą tak blisko domu. Ptaki o czerwonych skrzydłach, zwane po polsku dziwacznie czarnotekami (!), które w dzień stale krzyczą płaczliwymi głosami, nocą wiercą się w obrośniętej pnączem rynnie nad werandą. Słychać chrobot ich pazurków o metal. Furkocząc dwoma parami skrzydeł, pojawia się w kręgu światła ciężki żuk. Obija się chwilę o ściany werandy, by znowu zniknąć w nocy, która podnosi się i opada nad dachem przypominającego bunkier domu Trappów, jak bok rannego bawołu.
Ranny bawół przychodzi czasem nad ranem, gdy niebo na horyzoncie waha się między szafirem a czerwienią, a na otaczających willę drzewach żakarandy budzą się dzioborożce. Ranne zwierzę ociera się wzdętym bokiem o ścianę domu. Śpiąc w cieniu niebieskich okiennic słyszę jego ciężkie kroki, świszczący oddech i odgłos szorowania o tynk grudek błota, wklejonych w sierść bawołu. To jest tuż obok, prawie przy moim uchu. Zawinięta w koc, więc bezpieczna, słucham jak po drugiej stronie ściany cierpi wielkie zwierzę. Pobielałe czaszki jego pobratymców zdobią zakręconymi rogami werandę i mur na tyłach domu Trappów.
Marta Margareta Trappe mieszkała na terenie obecnego parku Arusha przez prawie pół wieku. Wybudowała ten dom i być może posadziła cisy na pagórku, z którego przy śniadaniu oglądać można żyrafy, bawoły i antylopy, pasące się na tle mglistego zarysu Kilimandżaro na horyzoncie. Mieszkając w tym domu, nad którym z jednej strony wznosi się ścięty szczyt wygasłego wulkanu Meru, a z drugiej widać masyw Mount Kili, można zrozumieć, czemu chciała tu zostać i zawsze wracała, choć parokrotnie traciła farmę. Tu ostatecznie umarła i kazała się pochować w 1957 roku. Grób – płaska płyta, omszała i krusząca się na rogach – znajduje się kilkadziesiąt metrów od willi, za kamiennym kręgiem pustej fontanny. Obok, na własne życzenie – już w czasach, kiedy posiadłość Trappów włączono do Arusha National Park – kazał się pochować jej syn Rolf. Lokalna legenda mówi, że na grób Margarety Trappe regularnie przychodzą słonie – motyw jak w „Pożegnaniu z Afryką”.

fot. Marta Tutaj

„Matka Masajów”
Marta Margareta urodziła się w 1884 roku na Śląsku. Wcześnie – w wieku kilkunastu lat – wyszła za mąż za Ulricha Trappe, ułana w pruskim wojsku. Ulrich zamierzał jednak, wystąpiwszy z armii, osiedlić się w Afryce, i to zdecydowało o wyborze Margarety.
Była podobno niedużą, ale pełną charakteru kobietą. Urodziła czworo dzieci i kilkakrotnie od nowa osiedlała się w Afryce środkowo–wschodniej, skąd deportowano ją w okresie dwóch wojen światowych i innych zmian historycznych. Ostatecznie rozwiodła się z mężem, który postanowił wrócić do Europy, i przyjęła brytyjskie obywatelstwo, by móc pozostać z dziećmi w Afryce. Od czasu międzywojnia zarabiała na życie, organizując safari – podróże z polowaniem – dla turystów.
Była pierwszą kobietą, którą przyjęto do angielskiego Królewskiego Towarzystwa Myśliwskiego. Odbyło się to podobno w ten sposób, że nieduża Niemka rzuciła wyzwanie panom z Towarzystwa. Zapytała, który z nich ma dość odwagi, by podejść do śpiącego nosorożca i napisać na jego skórze kredą słowo pumbavu (w suahili „idiota”). Wyzwania nie podjął nikt, napis na zadzie śpiącego nosorożca wykonała więc sama pani Trappe. Jej gościem bywał m.in. Ernest Hemingway – Rolf, młodszy syn Margarety był jego chrześniakiem.
Nie tylko z umiejętności myśliwego czy tropiciela była jednak znana pani Trappe. Przyjaźniła się z Afrykańczykami – nazywano ją „matką Masajów”, bo sprowadzała leki, by leczyć czarnoskórych mieszkańców okolic, pomagała im w okresach głodu i kłopotów.
W plenerach jednej z farm Trappów, leżącej dziś na terenach tanzańskiej Momella Lodge, kręcono film Howarda Hawksa „Hatari”. Farmę kupił potem jeden z aktorów grających w filmie.

Mbogo i ludzie
Nie widzieliśmy słoni na grobie Margarety Trappe, często za to przychodziły żyrafy i bawoły. Tych ostatnich było w okolicy sporo i uchodziły za najbardziej niebezpieczne z miejscowych zwierząt. Jak nas zapewniał podczas wędrówki do krateru Meru nasz czarnoskóry przewodnik, Thomas, z bawołem sztuczka z pisaniem na zadzie na pewno by się nie udała. Bo mbogo (bawół) jest czujny i niebezpieczny.
Co prawda trudno było w to uwierzyć, obserwując, jak Thomas traktuje bawoły. Kiedy szliśmy drogą przez zarośla, dwa całkiem spore bawoły zagrodziły nam drogę. Stały po dwóch stronach, jeden nieco bliżej, drugi parę kroków za nim, pochylając głowy z ciężkimi rogami i przyglądając się nam raczej bez przychylności wypukłymi, szeroko rozstawionymi oczami.
Thomas – za którego plecy przezornie się cofnęliśmy – stał naprzeciw nich, z jednostrzałowym karabinem na plecach. Patrzyliśmy na ten karabin, mało przypominający sztucery Towarzystwa Myśliwskiego, zastanawiając się, jak strażnik parku może wyjść cało ze spotkania z bawołem, skoro jednym strzałem z takiej broni raczej nie unieszkodliwi zwierzęcia, któremu nie daje radę kilka lwów, a na ponowne załadowanie karabinu na pewno nie będzie czasu.
Thomas z kolei wcale nie próbował strzelać. Nazbierał kamieni, po czym – pohukując i tupiąc nogami – przystąpił do płoszenia najbardziej niebezpiecznych zwierząt Afryki. Bawoły przyglądały się chwilę bez życzliwości, jak strażnik w wypłowiałym uniformie rzuca w ich stronę nieszkodliwe kamienne pociski, wreszcie – niechętnie i bez pośpiechu, ze żwawością znacznie mniejszą od polskich krów, zeszły z naszej drogi.
Szacunek dla bawołów odzyskałam, gdy schodziliśmy z góry Meru przez pochyłą łąkę. Pasło się na niej kilkadziesiąt bawołów, obok których musieliśmy przemaszerować całkiem blisko. Skrajów stada pilnowały dwa wielkie samce w kolorze czarnej ziemi, o rozłożystych rogach. Gdy je mijaliśmy, odprowadzały nas ciężkimi spojrzeniami. Znalazłszy się „za plecami” rogatych strażników, obejrzałam się. Zobaczyłam wtedy, jak jeden z nich w mgnieniu oka – z szybkością, której trudno spodziewać się po tak masywnym zwierzęciu – robi zwrot o 180 stopni, żeby nie tracić nas, intruzów, z oczu. Nie zauważyłam obrotu, tylko błyskawiczny ruch, i kępki wilgotnej trawy lecące spod kopyt. Bawół stał znowu przodem do mnie, na szeroko rozstawionych nogach, z lekko pochyloną głową – na znak, że jest w razie czego gotowy do ataku.

fot. Marta Tutaj

Wieczorne duchy
Na pagórku, z którego oglądała afrykańskie pejzaże Marta Margareta Trappe, mieliśmy okazję słyszeć znów język niemiecki. Podczas naszego pobytu w domu Trappów mieszkała grupka studentów z Jeny, badająca jeden z gatunków drobnych ptaków, zimujących w Afryce. Jeden ze studentów, Wolfgang był dodatkowym światłem naszych wieczorów. Choć przyjechał do Afryki badać ptaki, tak naprawdę kochał nietoperze. Mimo ostrzeżeń strażników parku, co noc biegał z latarką na czole po sawannie w okolicach domu, a światło jego latarki muskało korony drzew.
Wolfgang był też typem Niemca o usposobieniu romantycznym. Wieczorem, kiedy ogień w „pokoju kominkowym” przygasał, siadał na spękanych schodkach willi i opowiadał o duchach słoni i bawołów, wędrujących podobno wśród wysokich traw sawanny.
–A duchy ludzi? Tych, którzy żyli tu i nie chcieli stąd odejść? – zapytałam.
– Te nie wędrują. Są tu i wchodzą w ludzi. – uśmiechnął się. – Ja, na przykład, też chciałbym tu zostać na zawsze. Jak rodzina Trappów.
I jak ja. Całkiem jak ja.

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o