Dżungla z ułatwieniami

0
Podróże
Fot. Marta Tutaj TEMI
REKLAMA

Ludzie schodzący z wieży wołali do mnie: Halo! Uwaga! Przed tobą jest wąż! Istotnie, był. I to całkiem spory. Spłynął z gałęzi na poręcz mostka, powoli sunął po stalowej podłodze, by w końcu przekroczyć mostek i zniknąć z drugiej strony. Ludzie na wieży mieli na to dobry widok z góry.

Kilka metrów dalej znalazłam tablicę z wizerunkiem i krótkim opisem tego węża – był to Gonyosoma oxycephalum, duży (do 2,5 m) wąż nadrzewny, polujący na ptaki i nietoperze. I tak uprzejmy, że pokazał się niemal dokładnie w tym punkcie ścieżki, gdzie go opisano.

Skywalk

Działo się to na terenie Rainforest Discovery Center w Sepilok, na wyspie Borneo. Jest to miejsce, gdzie od kilkunastu lat można za 20 ringitów malezyjskich (kilkanaście złotych) obserwować borneańską dżunglę i jej mieszkańców, unikając przy tym niedogodności wyprawy do dżungli – takich jak gąszcz, ciernie, parne, gorące powietrze, napastliwe komary czy pełzający po ziemi krwiopijcy. Stalowe mostki, biegnące ponad 20 m nad ziemią, zapewniają nie tylko znacznie rozleglejszy widok na las i korony drzew, ale także przewiew, cień i izolację od drobnej fauny, spotykanej na dnie lasu – jak pijawki ziemne, mrówki, skorpiony, skolopendry. A i komary na wysokości powietrznej kładki są mniej napastliwe. Można za to – wygodniej, niż z dołu – obserwować barwne ptaki i motyle, wiewiórki czy małpy. Krótko mówiąc, jest to wyprawa do dżungli bezpieczna i wygodna, odpowiednia zarówno dla rodzin z dziećmi, wycieczek szkolnych, jak i niekoniecznie odpowiednio ubranych kobiet.

REKLAMA (2)

W Malezji większość kobiet nosi na co dzień długie szaty i zakrywające włosy chustki. Widziałam też jednak na mostku bardziej ryzykownie ubrane turystki – w butach na wysokich obcasach i w powiewnych sukniach w jaskrawych kolorach (cóż, była to wycieczka z Polski!).

Oczywiście można też zejść na dół, na wytyczone i oznaczone ścieżki. Są np. malownicze szlaki nad jeziorem i przyrodnicze ścieżki, jak Kingfisher Trail (Szlak Zimorodków) – gdzie nad niewielkim strumieniem nietrudno zobaczyć zimorodki różnych gatunków. Dla obserwatorów ptaków RDC to prawdziwa mekka. Większość zwiedzających wybiera jednak bezproblemowy „skywalk”, czyli spacer mostkami.

A jednak RDC to nie ZOO czy park safari, a prawdziwa dżungla, jedna z ostatnich na Borneo. Rosną tu imponujące drzewa z rodziny dipterokarpów, a zwierzęta żyją dziko. Mój wąż na mostku nie był oswojony, podobnie jak modliszka, która parę metrów dalej siedziała na poręczy i polowała, i jak dzioborożce – duże ptaki o monstrualnych dziobach. Na terenie RDC żyje ich kilka gatunków.

Kabili Monster i inni

Rainforest Discovery Center jeszcze w 1996 roku było niewielkim ośrodkiem edukacji ekologicznej na skraju rezerwatu Kabili, nad malowniczym stawem, o 2 km od ośrodka rehabilitacji orangutanów w Sepilok. Dzięki inwestycjom Departamentu Leśnictwa zostało jednak rozbudowane – powstał m.in. ogród botaniczny i widokowy mostek w lesie (początkowo o długości 170 m). Staw i mostek udostępniono turystom, pomysł okazał się trafiony. Dziś ośrodek obejmuje kilka kilometrów wytyczonych ścieżek spacerowych przez dżunglę (najdłuższa, Kabili Trail, ma 7 km długości), kilkaset metrów stalowych mostków z wiatami i miejscami do siedzenia oraz cztery wieże widokowe, z których najwyższa mierzy ponad 40 m. Prócz tego jest jezioro z wiszącym mostem i linami do „fruwania” tuż nad wodą, Ogród Odkrywania Roślin, ścieżki edukacyjne i wystawy.

Ścieżki gruntowe prowadzą w różne części lasu, m.in. do najbardziej imponujących drzew – jak Sepilok Giant, wznoszący się na wysokość 65 m, o pniu ponad dwumetrowej średnicy. Jest to jedno z najokazalszych w Sepilok drzew z rodziny Diptercarpus, stanowiących pierwotny, naturalny drzewostan lasów Azji południowo-wschodniej (ze względu na wartościowe drewno, niestety, coraz rzadszych). Inny leśny olbrzym RDC to Kabili Monster – figowiec o wysokości 73 m. Jeszcze inny okaz to ponad tysiącletnie, endemiczne dla Borneo „drzewo żelazne” (Eusideroxylon).

Stalowe kładki w RDC biegną na wysokości 25-28 m, można więc wędrując nimi obserwować korony drzew i żyjące w nich zwierzęta. W pobliżu kładki umieszczono także kilka budek dla latających wiewiórek – obserwowanie, jak wylatują po zmierzchu i szybują nad kładką jest jednym z punktów organizowanych w RDC nocnych spacerów. Prócz tego nocą w lesie można też zobaczyć m.in. lotokoty, zwane tu latającymi lemurami i niesamowite wyraki sundajskie.

Jane wśród gibbonów

Wieże w RDC nazwano od angielskich nazw ptaków, występujących w dżungli Kabili. Przy głównej kładce jest więc Bristlehead Tower – nazwana od borneańskiego gołogłowa, Trogon Tower i Hornbill Tower (Wieża Dzioborożca). Osobno, na skraju otwierającej się tuż za ośrodkiem „nieoswojonej” dżungli, stoi Broadbill Tower (Wieża Szerokodzioba) – najniższa, ale zapewniająca chyba najciekawsze obserwacje. To tutaj, siedząc na podłodze w towarzystwie wygrzewających się scynków i gekonów, obserwowałam rzadkie szerokodzioby i sędzioły obrożne, kolorowe kukale i kukuły sundajskie, zabawne kraskówki azjatyckie czy żerujące na kwitnących drzewach drobne nektarniki i pajęczarze. To tutaj też hałas w gałęziach zapowiedział bliskość jednej z głównych atrakcji lasów w Sepilok – wędrującego orangutana.

W tym przypadku była to młoda samica, której nadałam robocze imię Jane. Dotarłszy w okolice wieży, przysiadła w rozwidleniu gałęzi i przyglądała mi się chwilę, w zamyśleniu przeżuwając liście. Potem, uznawszy widać, że nie jestem groźna, przystąpiła do drugiego dania z kwiatów.

Spędziłyśmy z Jane łącznie kilka godzin i zjadłyśmy nawet razem kolację – ona na drzewie, ja pod drzewem. A ponieważ zbliżał się wieczór (orangutany mają zwyczaj budować sobie na noc prowizoryczne gniazda z gałęzi), miałam nadzieję, że znajdę Jane przy Broadbill Tower następnego ranka. Tak też się stało. Tuż po świcie zastałam ją przy śniadaniu. Nasza poranna sesja została jednak zakłócona.

REKLAMA (3)

Ruch w gałęziach po drugiej stronie wieży sprawił, że Jane przestała jeść i zaczęła uważnie przyglądać się drzewom. Gdy z korony jednego z nich opuściła się na ramionach spora małpa, sądziłam najpierw, że to kolejny młody orangutan. Przybysz obrócił się jednak na długich ramionach, pokazując charakterystyczną twarz gibbona borneańskiego. I przyklejone do boku młode gibboniątko.

Przyjechałam na Borneo, chcąc zobaczyć m.in. miejscowe słonie, dzioborożce i dzikie gibbony. Tych ostatnich nikt nie obiecywał pokazać. Przeciwnie – wszyscy twierdzili, że to bardzo rzadka obserwacja. „Wcześnie rano możesz je usłyszeć – mówili w Sepilok. – Ale zobaczyć? Nie, to się prawie nie zdarza. Może z daleka.”

Tymczasem gibbony – rodzina, jak się okazało – same do mnie przyszły. Przemaszerowały po drzewach przy wieży, a potem rozsiadły się na jednym z nich i dały prawdziwy koncert gibbonich śpiewów i nawoływań. W drodze powrotnej przez las sfotografowałam jeszcze wiewiórę kremową – wiewiórkę wielkości lisa, która jadła jakiś owoc, przewieszona przez gałąź jak futrzany kołnierz.

Idąc mostkiem, zatrzymałam się chwilę pod wiatą, gdzie siedziała ładna dziewczyna z lornetką. Spojrzała na mnie spod ronda kapelusza wzrokiem jak nie z tego świata, a cała jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. – Widziałam przed chwilą orangutana. O, tam, na tamtej gałęzi – powiedziała.

Odparłam, że to cudownie. Wiedziałam, co czuje. Na chwilę otwarł się dla niej inny, niezwykły świat. Prawie już utracony.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze