Emeryt w Europie 33

Emeryt w Europie
REKLAMA

Gdy tylko wyjechaliśmy z Fatimy, Bob z nawigacją pogubił drogę, błądziliśmy prawie godzinę, aby wrócić do Fatimy i znaleźć prawidłową trasę na wschód do granicy.

Kazimierz porzucił myśl o powrocie do Krakowa przed 25 października i wydał w swojej spółdzielni odpowiednie polecenia i pełnomocnictwa. Od samego początku podróży był w stałym kontakcie telefonicznym ze swoimi współpracownikami, początkowo bardzo intensywnie, potem spasował, a pod koniec wrócił do poprzedniego poziomu.

REKLAMA

Grzegorz składał rano i wieczorem telefoniczne raporty z przebytego dnia i planów na dzień bieżący – jak to określił – „Swojej Pani”. Bob podobnie, ale dyskretnie, oddalał się i gaworzył w samotności. Co do mnie – to sporadycznie wysyłałem SMS-y i rzadko rozmawiałem.

Jednak Madryt. Tam zadecydujemy, czy wracamy przez Barcelonę, czy też skierujemy się nad Zatokę Biskajską i tam wjedziemy do Francji. Na pewno nie pojedziemy prosto na wschód, aby przedzierać się o tej porze roku przez Pireneje w okolicy Andory.

Tymczasem, aby nie usnąć od monotonii jazdy doliną Tagu, gramy z Kaziem w karty i nawet nie wiadomo kiedy przejeżdżamy granicę z Hiszpanią. Rzucam jednak od czasu do czasu okiem na przemykający za szybą krajobraz. Pola uprawne, pasąca się rogacizna, gaje cytrusowe i potężne plantacje drzewa korkowego. Ruch na drodze nieznaczny, nasilający się w okolicach niewielkich miejscowości. Nie dziwota, bo jeżeli w metropolii Lizbony mieszka około 1/3 ludności Portugalii, a są jeszcze takie miasta jak Porto, Braga, Guimaraes czy Faro, a także Madera i Azory to pozostałe małe skupiska ludzkie są w znacznym oddaleniu.

Przejeżdżamy przez Tag i już na terytorium Hiszpanii zatrzymujemy się na czynnym jeszcze kamperowisku „Merida” tuż przed miejscowością Trujilanos, 60 km od Caseres. Do Madrytu mamy jeszcze około 330 km. Jest ciepła woda a pobyt kosztuje 23 euro. Od Malagi nie korzystaliśmy z przyjemności wzięcia prysznica i nie wiadomo jak będzie w Madrycie i w drodze powrotnej.
Na campingu widać przygotowania do okresu zimowego – spuszczona woda w basenie, czynny tylko jeden węzeł sanitarny, pozamykane domki campingowe, kort tenisowy i bar. Parkują tylko 4 kampery wśród mnóstwa opadłych liści. Robi się chłodno. Wystawiamy tylko stolik pod elektrycznego grilla do sporządzenia kolacji. Będzie ryba miecznik, kupiona w supermarkecie Intermarche, po drodze, jeszcze w Portugalii. Są to cztery duże plastry grubości 1 cm ciemnego mięsa bez ości, podobne do płetwy rekina. Kilogram tej ryby kosztował 15 euro, a te cztery kawałki ważyły 1,7 kg. Smażymy je, przyprawione tylko solą i pieprzem, w dwóch rzutach po dwa kawałki, ledwo mieszczące się na dość sporej płycie grillowej. Do bardzo, bardzo smacznej potrawy Bob dołączył wyciągnięte ze swoich zbiorów francuskie wino.

Robi się coraz zimniej. W nocy było 7 stopni na plusie i mimo drugiego koca trochę zmarzłem. Rankiem, nieco przymarznięty, z trudem wyciągam ich z ciepłych pieleszy około 9-tej. Śniadanie, kawa i robienie porządków w bagażniku i spiżarni. Na campingu też prace porządkowe i grabienie opadłych liści. Udało nam się jeszcze przed południem opuścić camping i drogą szybkiego ruchu pomknąć do Madrytu.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments