Emeryt w Europie – cz. 10

0
62
Emeryt w Europie10
REKLAMA

Bar na campingu nieczynny. Będziemy korzystać z własnych zasobów. Po śniadaniu Bob bierze hulajnogę i jedzie pociągiem zwiedzać Niceę, a my ręczniki i na brzeg morza. Co kawałek stoją tu wędkarze z długimi wędkami, zarzucając daleko łapią coś z gruntu. Pod napiętymi żyłkami ludzie normalnie się kąpią. Na pytanie, czy łapią „ fisz”, kręcą przecząco głową, ale nie mówią, na co polują.

Na campingu oczekując na powrót Boba słyszę gwar za murem, pod którym parkujemy. Obchodzę ogrodzenie i trafiam na targ staroci, a właściwie pchli targ. Handlarze wszelkiej maści, w większości arabskiej, oferują od elektroniki po używane obuwie. Coś jak u nas dwadzieścia parę lat temu. Na stołach i rozłożonych kartonach mniej lub bardziej poukładane stosy różnych rzeczy. Jak zwykle więcej spacerowiczów niż kupujących. Obchodzę całe targowisko i nie znajduję nic ciekawego. Koledzy telefonują, bym wracał.

REKLAMA

Samochód spakowany i ruszamy do St. Tropez. Od razu kojarzy się Louis de Funes i wspomnienia z lat młodości. Pierwszy film, jaki oglądałem z tym aktorem to: „Ani widu ani słychu”, a później długo był żandarm. Nie tylko z tego powodu miejscowość ta stała się kultowa dla turystów. Niedaleko jest słynna plaża Pampelonne – siedem kilometrów o szerokości 150 – 200 m czystego, wygrabionego żółtego piasku.

Jest niedzielne popołudnie. Przejeżdżamy przez całe St. Tropez, nie znajdując miejsca do zaparkowania. Wszędzie zakaz postoju dla kamperów. W porcie na końcu drogi zawracamy i wyjeżdżamy z miasteczka. Kilka kilometrów dalej zauważamy dwa parkujące kampery na sporym, wybetonowanym placu przy wejściu do zakładu „Naval”. Jest też przystanek autobusowy. Czekamy około kwadransa. Koszt biletu – 3 euro. Sprawdzamy ostatni autobus (20.45) i z przystanku widzimy już posterunek żandarmerii (Gendarmerie Nationale). Przed nim oczywiście podobizny Louisa. Dalej zatłoczona przystań jachtowa. Żaglowe i motorowe jachty różnej konstrukcji i pod szerokim wachlarzem flag narodowych. Na nabrzeżu rozstawione sztalugi z obrazami i spory tłumek oglądających i kupujących. Pytam jednego sprzedawcę – obrazy nie są do sprzedania, ale reprodukcje tak – w cenie 20 euro.

W zatłoczonych restauracyjkach i brasseriach brak wolnych miejsc, ale dalej w wąskich uliczkach, w kafejkach i pubach już są. Przed jednym dwóch mężczyzn i kobieta grają w kanastę, a na placu z ławeczkami grupka gra w bule. Otwarte są tylko sklepy z wyrobami artystycznymi, z odzieżą – przede wszystkim damską – oraz jeden supermarket „Monomix”. W niecałą godzinę obeszliśmy miasteczko. Zapada zmrok, zaczyna nam burczeć w brzuchach, więc wracamy wcześniejszym autobusem na imprezkę w kamperze.

Wstajemy o siódmej rano. W pośpiechu zjadamy mini śniadanie i uciekamy z błyskawicznie zapełniającego się placu parkingowego. Niestety, na wszystkich uliczkach prowadzących do plaży Pampelonne zakaz wjazdu dla kamperów. Są nawet bramki ograniczające, pozwalające na wjazd tylko samochodom osobowym. Zawracamy do głównej drogi i zatrzymujemy się przy zagajniku pinii. Mogę przyjrzeć się im z bliska. Posiadające soczyście zieloną koronę w kształcie grzyba, porastają gęsto zbocza nadmorskich wzgórz. Obok nas zatrzymuje się samochód ze starszym małżeństwem Francuzów. Chcą pogadać. Nasz słaby angielski i ich słaby angielski dają radę. Narzekamy na Pampelonne. Przytakują i proponują zjazd z tej drogi za 5-6 km na położoną między dwoma skalistymi cyplami dziką plażę w I’Escalet. Słysząc o dalszym celu naszej podróży serdecznie odradzają Marsylię, a zwłaszcza parkowanie. Możemy wracać pieszo, albo jak nas będzie jeszcze stać, samolotem. Przy pożegnaniu prezentują nam gruby atlas drogowy całej Francji i polecają zwiedzić w okolicy Toulon – wapienne klify w Cassis.

Zjeżdżamy we wskazanym miejscu wąską serpentyną ku morzu. Nadjeżdżające samochody mijamy dosłownie na styk. Bob za kierownicą, znowu jest w swoim żywiole. Przy plaży dwa dopiero otwierane bary i trzy zaparkowane samochody. Wybieramy dogodne miejsce i kończymy śniadanie – żurek z torebki i ostatnie polskie jaja na twardo. Cała droga wzdłuż plaży zapełnia się parkującymi samochodami. Grześ z Bobem idą na skalisty cypel nurkować w masce, a my z Kaziem na kamienie i żółty piasek przy kamperze. Płytka, ciepła woda, a pośród granitowych głazów naniesione i już wysuszone wodorosty. Robimy zdjęcia swoich emeryckich, wypiętych brzuchów. W barach różne ceny: hot-dog – 3,5 – 4 euro, hamburger – 5,5 – 6.

Około godziny 15 opuszczamy plażę, serpentyną z powrotem do głównej nadmorskiej drogi i „grzejemy” na zachód. Zatrzymujemy się w La Lavandou na ciekawym kamperowisku. Jest to 5 tarasowych, ponad 100-metrowych alejek, rozdzielonych rzędami drzew. W każdej alejce dwa rzędy przede wszystkim kamperów. Ujęcie wody, szambo dla „kota” i mały kontener dozorcy pobierającego opłaty. W sąsiedztwie czynna brasseria z szeroką gamą posiłków.

Przed nami podjeżdża mniejszy od naszego kamper. Wysiadają z niego dwie siwowłose, starsze Francuzki i… robimy duże oczy ze zdziwienia. Wyprowadzają i zapinają na smycze 6 (dosłownie sześć) hartów. Krótki spacerek po trzy i karmienie. Nawiązujemy krótką rozmowę i z ciekawości zaglądamy do wnętrza samochodu. Prawie połowa to legowiska dla psów, a każdy ma co najmniej pół metra w kłębie. Nieco dalej parkuje kamper – luksusowy autobus, a w nim rodzina z niepełnosprawną, prawie już dorosłą osobą. Wystawiamy stoliki i fotele, i idziemy spenetrować brzeg morza po drugiej stronie szosy. Około 10–metrowej szerokości plaża żółtego piasku z pasem aktualnie nanoszonego przez fale czarnego, wulkanicznego piasku. Zamknięty już bar plażowy, przynależny do brasserii oraz wypożyczalnia sprzętu plażowego i pływającego, z której właścicielem nawiązujemy rozmowę. Na słowo „Poland” wylewnie opowiada o dziadku z Wermachtu i babce Polce z Gdańska. Zna kilka słów po polsku.

Kąpiel przy ostatnich promieniach słońca, sesja zdjęciowa i wracamy do kampera na kolację. Koledzy biorą karton wina i wracają na plażę podziwiać spadające meteoryty. Ponieważ nie piję wina, zostaję i robię notatki z podróży. Przed zaśnięciem ogólne polowanie na komary oraz natarczywe, sprytne muchy, które atakują oczy i usta. Śniadanie to zdobyte przez Boba ciepłe bagietki, rzut oka na spokojne morze i nadmorską drogą kierujemy się na Cassis.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o