Emeryt w Europie – cz. 13

0
70
Emeryt13
REKLAMA

Podróż free busem do centrum Barcelony trwała godzinę zamiast przewidywanych 45 minut. Kierowca musiał dwukrotnie okrążać główny plac Barcelony, pl. de Catalunya, aby trafić na zwolniony podjazd przystankowy obok wejścia do stacji metra.

O tej porze, w samo południe, ruch jest znaczny, tworzą się zatory, często odzywają się klaksony, a z co chwilę podjeżdżających autobusów hotelowych i ośrodków wysypują się liczne grupy chętnych do zwiedzania miasta. Zatrzymują się też tutaj autobusy linii miejskich. Kocioł – pierwsza klasa. Parę kroków i jesteśmy przy wejściu na główną promenadę miasta, La Rambla. Postanawiamy wrócić tu na ostatni autobus o 18.45.

REKLAMA

Każdy z nas dzierży w ręku pozyskany w recepcji campingu plan centrum miasta i ustalamy pierwszy punkt docelowy: kolumna Kolumba na końcu promenady przy porcie. Przy promenadzie na początku jeden obok drugiego same duże luksusowe sklepy. Skręcamy w boczną wąską uliczkę i od razu zmiana nastroju. Pierwsze skojarzenie to zanucenie piosenki „Uliczkę znam w Barcelonie”, a koledzy podchwytują. Knajpki, kafejki, puby, małe sklepiki z wystawionymi towarami, proste szyldy i graffiti na ścianach. Jest tu wilgotno, parno i lekki smrodek. Zaglądam do wnętrz sklepików i knajpek. W knajpkach wszyscy coś przekąszają. Jest tutaj taki zwyczaj, że kelnerzy i barmani do pierwszego zamówienia wina czy piwa bez pytania podają małą, a tak naprawdę drobną, jak to mówią, „na ząb” przekąskę. W jednym ze sklepików pytam o cenę koszulki w barwach „Barcelony” z napisem „Mesi”. Sprzedawca rzuca cenę 40 euro, odwracam się i wychodzę. Wybiega za mną i proponuje sprzedaż za 20 euro. Nie kupujemy.

Bob – zwiadowca – wyprowadza nas na plac z gotycką katedrą i gęstym tłumem turystów formujących dwie potężne kolejki do kasy i wejścia. Na rozstawionych straganach prawdziwy targ staroci i krążące z wymalowanymi na biało twarzami korpulentne kobiety. Coś wykrzykują czy oferują – nic z tego nie rozumiem. Po jednej stronie katedry siedzący na schodach Hiszpan ciągnie na gitarze elektryczne smętne solówki w hiszpańskim stylu, a po drugiej stronie duet piano-bandżo wyśpiewuje piosenki ragtaimowe. Tak mają ustawione głośniki, że nie kolidują ze sobą. Po krótkiej naradzie, widząc tempo przesuwających się kolejek, rezygnujemy ze zwiedzania katedry. Ukradkiem robię jeszcze zdjęcie urodziwej turystce i kierujemy się na sąsiedni plac St. Jaume. Przechodzimy wąską uliczką pod przewiązką, spinającą dwa budynki, wzbudzającą zainteresowanie i prawie zmuszającą do obfotografowania, co robi każdy turysta. Znowu kluczymy wąskimi uliczkami, aż do pl. de la Merce, witającego nas powiewem morza i skrzekiem.

I tu Grzegorz przeżywa przygodę życia. Niewielki plac, 20 na 30 metrów, pośrodku kolumna zwieńczona figurą, bez podpisu, na obrzeżach różnokolorowo kwitnące krzewy, obsadzone w odstępach kilkumetrowych wysokimi palmami. W ich koronach gnieżdżą się niepoliczalne grupy różnokolorowych papug, nieustannie wrzeszcząc i skrzecząc. W jednym z rogów placu kontener-toaleta, z którego Grześ zapragnął skorzystać. Minęło 5 minut, Grześ nie wychodzi. Robię drugie kółko na placu, próbując sfotografować papugi w koronach palm. Zaczynamy żartować o połkniętej linie, ale też i niepokoić. Każdy z nas próbuje się do niego dodzwonić ze swojego telefonu. Abonent poza zasięgiem. Albo wyłączył telefon, albo kontener mocno ekranuje, albo też zasłabł. Mija prawie 15 minut, a Grześka nie ma. Jesteśmy poważnie zaniepokojeni. Kazimierz bacznie przygląda się drzwiom, próbuje przekręcić gałkę, pociąga, drzwi otwierają się i… po chwili pojawia się Grześ, blady, ze strachem w oczach, przechodzącym w ulgę i radość. Okrzyki radości, pytania i po chwili Grześ zdaje relację. Po załatwieniu potrzeby, umyciu rąk, skorzystania z suszarki, przeglądnięciu się w lustrze, zapragnął opuścić to sympatyczne jeszcze pomieszczenie. Drzwi nie posiadały wewnętrznej klamki, a jedynie w ścianie zamontowany był czerwony przycisk z napisem „open”. Przyciska guzik kilka razy – drzwi jednak nie otwierają się. Zaczyna wpadać w panikę. Próbuje telefonować do każdego z nas, ale jest ekranowany – brak zasięgu. Panika narasta. Słyszy trzask zamykanych drzwi i… zaczyna się okresowe, automatyczne sprzątanie kabiny. Sedes i deska są dezynfekowane. Nie wiadomo, skąd wypływa woda i zaczyna się mycie podłogi, po czym woda wsysana jest w przeciwległym kącie kabiny. Wyobrażam sobie Grzesia przyklejonego do ściany w kącie kabiny, chroniącego nogi przed zamoczeniem i patrzącego na to, co się dzieje przerażonym wzrokiem. Po skończeniu cyklu sprzątania słyszy trzask zamka u drzwi, więc wciska czerwony przycisk. Nie otwierają się. Zastanawia się czy mu starczy powietrza, zaczyna uspokajać się i racjonalnie myśleć. I wtem otwierają się drzwi i widzi zatroskaną twarz Kazimierza. A wystarczyło po prostu popchnąć, czy nawet kopnąć nogą. Śmiejąc się i docinając Grzesiowi, po kilkunastu krokach wychodzimy na Pasaż Kolumba. Są to dwie dwupasmowe jezdnie przedzielone deptakiem, z wysokimi palmami, ciągnące się wzdłuż mola portowego do widocznej w dali kolumny Kolumba. Idziemy spacerkiem zaglądając do przyulicznych knajpek, przeglądamy menu, zastanawiając się jakiej hiszpańskiej potrawy spróbować. Dochodzimy do ronda z Kolumną. Duża. Postać Kolumba z wyciągniętą na zachód ręką. Przy porcie stacja kolejki linowej na wzgórza widokowe. Przy rondzie muzeum marynistyczne, wojskowe i zaczyna się La Rambla. Sklepy przedzielane restauracjami, kawiarniami i kelnerzy biegający do ogródków konsumpcyjnych na deptaku. Jest gorąco, parno, prawie 30 stopni, więc wchodzimy do środka klimatyzowanego lokalu o nazwie Tapa-Tapa.

U pięknej młodej Hiszpanki zamawiamy cztery piwa Esterlla po 4,75 euro, Bob z Grzesiem – zestaw krewetek, ośmiorniczek i małż (po 3 szt.) za 11 euro, Kaziu ostrożnie frytki z jajem sadzonym i cienkim plasterkiem smażonego bekonu za 7 euro, a ja pięć skrzydełek w pikantnym sosie za 8 euro. Do tego kawałki bagietki z miąższem pomidorowym do przegryzania za 2,5 euro. Grześ zaczyna jeszcze raz, ale bardziej barwnie i dosadnie relacjonować swoją walkę z toaletą. Ustalamy, że jedziemy zobaczyć będącą w ciągłej budowie Bazylikę Sagradam Familia.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o