Emeryt w Europie – cz. 14

0
41
Emeryt14
REKLAMA

Na stacji metra zapoznajemy się z zasadami korzystania z automatu biletowego. Stojący przy automacie uczynny Hiszpan objaśnia nam, jak kupić bilet grupowy i dojechać do bazyliki. Za cztery bilety płacimy 12 euro i musimy się przesiąść na stacji Diagonal do linii L-5. Dziękujemy uczynnemu, ale on nie odchodzi, tylko wyciąga rękę z drobnymi centami i pokazuje, aby dołożyć mu do biletu. Dorzucam 50 centów, a on znowu pokazuje, że mu brakuje. Daję 2 euro i odchodzimy. Różnie można zarabiać na turystach.

Zjeżdżamy ruchomymi schodami na perony i aż przystaję z wrażenia. W korytarzach prowadzących na perony i na samych peronach pod ścianami, jeden obok drugiego młodzi, smukli Afrykanie, każdy z dobytkiem w białym płóciennym worku. Głęboka czerń skóry wskazuje prawdopodobne pochodzenie środkowoafrykańskie. W zasięgu wzroku jest ich ponad setka. Ze znudzonym wzrokiem stoją, albo siedzą, jakby na coś czekali. Na mijanych stacjach nie jest ich tak dużo, a jedynie małe grupki.

REKLAMA

Przesiadka na Diagonal, dwa przystanki i wychodząc ze stacji metra trafiamy na skłębiony, przepychający się dla znalezienia odpowiedniego miejsca do fotografowania, tłum turystów. Celem jest potężna, betonowa budowla Sagrada Familia. Bazylika budowana jest od 1881 roku. Rok później nadzór nad jej budową przejmuje architekt Antonio Gaudi. On i jego bajkowe budowle stały się symbolem Barcelony. Powtarzam za Wikipedią: „Jego znakiem rozpoznawczym było użycie łuków, płynnych, zawiłych deseni i organicznych form”. (Gaudi zmarł w 1926 r.). Nad głowami tłumu robimy zdjęcia. Bob przynosi wiadomość: Sprzedaż biletów indywidualnych skończyła się o 10-tej. W trójkę obchodzą budowlę dookoła (udało się im zrobić zdjęcie fragmentu wnętrza). Pozostaję na skwerze przed bazyliką i pośród innych spragnionych turystów sączę piwko przy dość dużej, kontenerowej restauracyjce. Mamy prawie dwie godziny do odjazdu ostatniego free busa. Bob zafascynowany Gaudim, proponuje wracać pieszo, poszukując obiektów przez niego zaprojektowanych.

Rozdzielamy się parami. Z Grzegorzem idziemy ulicą Diagonali, a następnie prostopadłą de Garcia dochodzącą do placu Katalonii. Udało się nam trochę przyuważyć. Mijamy niezliczoną liczbę kafejek, barów, restauracyjek, mniej więcej w układzie: 2-3 lokale gastronomiczne, 1-2 sklepy. O tej porze w ciepły wieczór trudno dopatrzeć się wolnego miejsca. Lekko opóźnionym autobusem, stłoczeni, wracamy po zapadnięciu zmroku przez rzęsiście oświetlone ulice. Na krokomierzu Kazimierza wyszło 11,5 tys. kroków.

Po kolacji robię wypad do campingowej restauracji, oglądnąć tv po raz pierwszy od czasu wyjazdu z Polski. Trafiam na mecz piłkarski Sevilla – Real Madryt. Po powrocie łapię się jeszcze na końcówkę rozmów o Gaudim, dwa drinki i spać.

Nazajutrz jest sobota. Śpimy trochę dłużej. Po śniadaniu Bob bierze hulajnogę i jedzie free busem – jak to określa – dozwiedzać Barcelonę. Grzegorz z Kazimierzem przechodzą drogę, linię kolejową i przez dziurę w płocie idą nurkować na kamienie falochronu. Wracają ze zdobyczą – dwiema piłeczkami golfowymi. Nie chce nam się iść 1,4 km do najbliższej strzeżonej plaży, a na plażę nudystów odległą o 4 km też nie udaje mi się ich namówić. Pozostaje czekanie na powrót Boba na przytulnym basenie z krystalicznie czystą wodą. Po obiedzie relaks do 18.00. Wykorzystujemy prawie co do minuty opłacony pobyt na campingu „Barcelona”. Grzegorzowi tak przypada do gustu, że obiecuje sobie powrócić tu, ale już samolotem. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, Grześ trochę myli drogę i dopiero po godzinie 22 docieramy do dzikiego parkingu przy jednej z trzech plaż o nazwie Llorga, przed portowym miastem Tarragona. Parkują tu już dwa kampery i jeden mini-bus przerobiony na mini kamper pod imprezy przy plaży z wesołą grupką miejscowej młodzieży. Po szybkiej kolacji przenosimy się z winem i piwem na plażowe ławki. Podchmieleni i rozweseleni pozwalamy sobie na chóralne śpiewy o północy, w blasku księżyca i przy szumie fal. Młodzież z mini kampera odpowiada nam o wiele głośniej.

Decydujemy się kontynuować rozpoczęty na campingu „Barcelona” odpoczynek i plażowanie przez kolejny, niedzielny dzień. W kamperze Kaziu orientuje się, że zgubił nie wiadomo po co noszony portfel. Krótkie poszukiwanie z latarkami przynosi sukces. Leżał pod ławką. Śpimy jeszcze dłużej, bo do dziesiątej. Parking powoli zapełnia się samochodami, w większości osobowymi. To okoliczni mieszkańcy ściągają na plażowanie i ucztowanie. Pojawiająca się obsługa otwiera bar, który zapełnia się bardzo szybko. Butelka piwa o pojemności 0,33 l kosztuje 2,20 euro, potrawy w cenach do przyjęcia. Robię zdjęcie ławki na granicy plaża – droga z ogrodzeniem. Pomysł do wykorzystania – taka „nie gniotsa, nie łamiotsa”. Po południu koledzy jadą rowerami i hulajnogą do Tarragony zwiedzić ruiny rzymskiego amfiteatru i zrobić zakupy. Wracają z pustymi rękoma, wszystkie sklepy zamknięte, ale udostępniają mi zdjęcia ruin. Zostaliśmy bez pieczywa i trunków. Zasypiamy o suchym gardle…

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o