Emeryt w Europie – cz. 15

0
44
Emeryt15
REKLAMA

Szybkie śniadanie z herbatki i ciasteczek. Zjemy coś po drodze. Jeszcze w Tarragonie tankujemy do pełna olej napędowy najtaniej jak dotąd, bo po 1,13 euro za litr. Przeliczając na złotówki to nawet taniej niż w Polsce.

Bob proponuje zatrzymanie się, by coś zjeść w nadmorskiej miejscowości, gdzie według przewodnika odbywa się pod koniec września impreza Święto Langusty. Jest co prawda początek października, ale spróbować można i przy okazji zrobić zakupy. W okolicy Barcelony wybrzeże nazywają Costa Brava, a tutaj w regionie Walencja – Costa Dorada. Zatrzymujemy się na parkingu nowego osiedla 4-6 piętrowych bloków, w niewielkiej odległości od supermarketu. Jest wczesny poniedziałek, na ulicach pusto, dopiero krzątają się przy uruchamianiu knajpek. Narasta we mnie poczucie głodu. Kierujemy się ku morzu. Tam powinny już być uruchomione lokale. Pusta promenada z podziemnym parkingiem, a na niej ostry wiatr rozganiający chmury i jedna obok drugiej knajpki. Wybieramy „U Antonia”. Langusty z obchodów święta nie ostały się, ale kelner – barman – właściciel proponuje nam langustinki. Tak tutaj nazywają krewetki. Nie jem, co prawda, owoców morza, ale decyduję się na kalmary – spore pierścienie ciągliwego mięsa w słodkim cieście. Kolegom zaserwowano po 6 langustinek. Zmusili mnie do wymiany degustacyjnej (langustinka za krążek kalmara), ale nie przekonali. Nie smakuje mi. Przestało wiać i wyszło słońce. Będzie znowu około 26-28 stopni.

REKLAMA

Wracając spacerkiem przyglądamy się niektórym wiekowym, niskim budynkom z charakterystycznym patio w środku. W supermarkecie odnawiamy zapasy, w tym przede wszystkim w zakresie napojów do nocnych rozmów. Są one dłuższe, bo coraz szybciej zapadają ciemności. Jedziemy wciąż nadmorską drogą z charakterystycznymi rozjazdowymi wysepkami. Jednak w odróżnieniu od Włoch czy Francji większość z nich w ogóle jest niezagospodarowana. Na niektórych tylko rośnie palma lub krzew. Większość jest wysypana żwirem lub żółto-brązową, pylistą ziemią. W przydrożnych rowach śmieci. Gramy z Kazimierzem w karty i od czasu do czasu wymieniamy opinie na temat mijanych obiektów czy widoczków. Przejeżdżamy całą Valencję, mijamy charakterystyczne centrum biznesowe i oceanarium (tu wrócimy) aż do portu przeładunkowego i znajdujemy parking dla kamperów „Coll Vert”. W porównaniu z „Barceloną” jest tu siermiężnie. Gęsto upakowane stoiska i trzeba sporo nawywijać, żeby dobrze zaparkować. Z sąsiedniego stoiska wita nas sympatyczne, starsze, holenderskie małżeństwo. Nazajutrz wyjeżdżają i dają nam w prezencie plan miasta. Przy rozkładaniu obozowiska witają nas, ocierając się o nogi, dwa młode kociaki.

Robię obchód campingu. Gastronomia zamknięta, basenu brak, naprzeciw wjazdu przystanek autobusu kursującego do centrum miasta, sanitariaty przyjemne, czyste, z ciepłą wodą bez ograniczeń. Między drogą a piaszczystym brzegiem morza jest dość szeroki pas wysokich na 3-4 m traw, o łodygach przypominających bambusy. Większość parkujących aut ma rejestracje holenderskie i niemieckie, z rzadka francuskie. Na polskich jesteśmy jedyni. Po kolacji przy drinkach rozmowa nie wiadomo skąd i dlaczego schodzi na temat prostaty. Rodzaje schorzeń, objawy, metody badań i leczenia. Prawie wszystko. Wikipedia poszła w ruch… Ot, polskich emerytów nocne rozmowy.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o