Emeryt w Europie – cz. 20

0
108
Emeryt20
REKLAMA

Robimy całodobową sjestę za 30 euro, bo tyle kosztuje parkowanie kampera. Bardzo przyjemny camping.

W sanitariatach ciepła woda bez ograniczeń. W recepcji Grześ otrzymuje dla każdego z osobna kody cyfrowe do otwierania zamków furtki wejściowej i na plażę. Po zorganizowaniu obozowiska łącznie z rozwinięciem markizy kampera robimy jak zwykle obchód. Przy recepcji kafeteria-bar czynny od 8.30 do 21.30, z obiadami od godziny 13 i tarasem. W przyziemiu budynku mini market prawie taki sam jak na campingu „Barcelona”. Przy budynku basen i plac zabaw dla dzieci. Pośrodku campingu okrągły budynek z prysznicami, umywalkami, toaletami i stoiskami do mycia naczyń. Od kodowanej bramki do granicy wody około 30-40 m szarego piasku plaży, po bokach ograniczonej ścianą wysokich traw i krzewów, a na wzgórzu za ogrodzeniem widać dużą makietę andaluzyjskiego byka.

REKLAMA

Kampery w większości mają rejestracje holenderskie i niemieckie, i o dziwo rodzimą, hiszpańską. Nasz znowu jako jedyny ma polską. Koledzy robią sobie wieczorną kawę na nowym hiszpańskim gazie, do kolacji sporo czasu, a ja idę do mini marketu i kafeterii. Przy barze przyłączam się do ok. 30-letniego Hiszpana oglądającego przy butelce piwa mecz piłki nożnej Hiszpania – Norwegia w ramach eliminacji Mistrzostw Europy. Kibicujemy wspólnie. Od razu stawia mi piwo ( but. 0,33l), a przed przerwą ja jemu. Zaczynam go coraz więcej rozumieć. Znowu stawia mi piwo. Barmanka zaczyna zamykać bar. Chcę się zrewanżować, ale odmawia, tłumacząc że rano zaczyna pracę o godzinie 7. Barmanka wygania nas na 15 minut przed końcem meczu przy stanie 2:0 dla Hiszpanii.
Gdy opowiadam kolegom o oglądaniu meczu, ktoś przypomina sobie, że przecież posiadamy w naszych smartfonach aplikację „tłumacz” i wystarczy ją tylko uruchomić. Jest ich kilka i po kolacji mamy zajęcie w ustawianiu nawet funkcji głośnomówiącej. Szkoda, że tak późno sobie przypomnieliśmy.

Zaczyna się niedziela. W Polsce wybory. Mam zaświadczenie o prawie do głosowania, ale go nie wykorzystam. Nie wiadomo, gdzie będziemy parkować i czy w Maladze jest lokal wyborczy. Przyjmujemy opinię Grzesia, że w Maladze nic ciekawego do zwiedzania nie ma i urządzamy sobie przedłużoną sjestę w cieniu drzew po dwudobowym pobycie na betonowej patelni w Grenadzie. Do południa każdy robi co chce. W południe Grześ z Bobem wyręczają Kazimierza – kucharza – i przygotowują potrawę ze świeżych krewetek (tutaj już nie nazywają się one langustinki). Nie chcę na to patrzeć, nie chcę tego jeść, idę na basen i do kafeterii – baru. Jest bezwietrzny, upalny dzień, a temperatura dochodzi do 30 stopni Celsjusza w cieniu, a mamy połowę października.

Gdy wracam, zabieramy się za składanie obozowiska, każdy z nas bierze już po raz trzeci dzisiaj prysznic, opróżniamy „kota”, nabieramy pełen zbiornik wody i żegnamy się z Costa del Sol i plażami Morza Śródziemnego. Jedziemy w głąb lądu, pod górę prawie do wysokości 2000 m, do miasteczka Ronda, znanego z najstarszego obiektu-stadionu corridy. Szybko pokonujemy odległość i niewiele po 16-tej parkujemy na placyku przed stacją kolejową w Ronda, pod samotnym, ponad stuletnim drzewem pinia.

Zamykamy kampera i idziemy w miasto. Niedzielne popołudnie, upał 30-stopniowy, wyludnione ulice, zamknięte sklepy i niektóre bary oraz sucho w gardle. Idziemy z Grzegorzem pustą ulicą wysadzoną dzikimi pomarańczami z opadłymi, przejrzałymi owocami. Bob z Kaziem się rozbiegają i próbujemy się zdzwonić. Przechodzimy 200–300 m, gdy nagle zaczynają mnie bardzo boleć nogi i ogarnia niechęć do dalszej marszruty. Przepraszam Grzesia, że rezygnuję z wypadu i wracam do kampera. Powoli, z przystankami, dochodzę do stacji. Biorę tabletkę przeciwbólową i rozsiadam się w fotelu pod parasolem ogródka stacyjnego baru. Upajając się widokiem samotnej pinii, decyduję się napoić samotnie dużym piwem z beczki. Oczekując na kolegów zwiedzam stację i jej główną część – restaurację. Linia kolejowa z jednym peronem prowadzi do Sewilli i Kadyksu, a w przeciwną – do Malagi. Ściany restauracji to ekspozycja plakatów 2x1m ogłaszających corridę z lat 2000 – 2012. Od barmanki dowiaduję się, że w późniejszych latach była już zakazana. Na każdym plakacie dużymi literami nazwiska 2-3 matadorów, bożyszczy tłumów, a już mniejszymi pozostałych uczestników spektaklu. Dowiaduję się również, że pinia przed stacją ma pond 200 lat.

Koledzy wracają po 18-tej i zaczyna nam się spieszyć. Zmuszam ich do oglądnięcia ekspozycji plakatów, wsiadamy i ruszamy w drogę powrotną na wybrzeże, do Gibraltaru. W drodze Kazimierz pokazuje mi zdjęcia i opowiada. Miasto historycznie podzielone jest na dwie części: starszą mauretańską i młodszą chrześcijańską. Drugi podział przebiega wzdłuż głębokiej na ponad 100 m rozpadliny, wąwozu. Brzegi wąwozu łączy starożytny most o nazwie Puente Nuevo, który wraz z warownią jest jedną z dwóch atrakcji turystycznych. Drugą jest najstarsza w Hiszpanii, bo pochodząca z XVIII w., arena do walki byków, gdzie jeszcze do 2012 r. odbywały się spektakle corridy, a obecnie służy jako ujeżdżalnia koni. W obiekcie otwarte jest muzeum ubiorów, siodeł, uprzęży, okryć ochronnych dla koni i broni uczestników corridy. Urokliwe, 30-tysięczne miasteczko.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments