Emeryt w Europie cz. 23

0
83
Emeryt23
REKLAMA

W drodze powrotnej do autobusu wsiadła piękna, smukła, wysoka, o skórze czarnej jak smoła i z białymi włosami, młoda dziewczyna. Usiadła obok zesztywniałego Boba.

Siedzieliśmy za Bobem na tylnych siedzeniach, wybałuszyliśmy oczy i patrzeliśmy jak, nie powiem kto, na malowane wrota. W Hiszpanii już widziałem kilka czarnoskórych dziewcząt z jasnymi włosami. Te były śnieżnobiałe. Albo były tak dobrze utlenione, albo wplecione lub też była to doskonale dopasowana peruka, ale nie dostrzegłem granicy. Po dłuższej chwili trochę ochłonąłem z pierwszego wrażenia, sięgnąłem po telefon i chciałem poprosić ją o selfi, kiedy wstała i wysiadła z autobusu włączając się w już dość gęsty tłum przechodniów. Gdybym był młodszy i nie taki niemrawy, miałbym piękne zdjęcie, a tak pozostaje tylko wspomnienie.

REKLAMA

Jeszcze dwa przystanki i Bob daje hasło do wysiadki. Jesteśmy na rondzie przy Main Street, głównym deptaku Gibraltaru. Zaczynamy mruczeć o postój na ”piwopój”. Wchodzimy do pierwszego z brzegu pubu, trafiając do irlandzkiego lokalu. Piwo jest droższe, bo po 6,40 euro. Klima, przytulny lokal, pięknie stylizowany, miła kelnerka, a na ścianach brak wolnego miejsca. W sklepie „Tabak” kupiłem zapas papierosów i alkohol do drinków, a pozostali też coś tam wybrali. Tutaj trzeba uważać przy płaceniu. Jako środek płatniczy obowiązuje funt gibraltarski, który nie jest równoważny z brytyjskim. Płacić można również euro, ale sprzedawca może ustalić własny przelicznik, najczęściej niekorzystny dla kupującego. Trochę przekomarzamy się ze sprzedawczynią – starszą, energiczną Hiszpanką – między innymi na temat naszego wieku. Ocenia nas o 10 lat mniej. Zadowoleni opuszczamy sklepik, nawet nie sprawdzając jaki zastosowała przelicznik, bo były wystawione ceny w funtach i euro.

Na deptaku robi się coraz tłumniej, chyba przez wracających turystów i Hiszpanów, co sprawdza się później jako sznur pieszych na pasie startowym. Na końcu deptaka odbijamy lekko w lewo i klucząc uliczkami między wieżowcami dochodzimy do mariny jachtów oceanicznych na wprost zacumowanego wycieczkowca, zaadaptowanego na kasyno. Przechodzimy obok pustej – o dziwo – knajpki na palach w basenie portowym. Dalej to już rondo, z którego widać pas startowy, a z boku obiekt sportowy. Jestem już zbyt zmęczony, aby tam zaglądnąć. Na wprost terminalu portu lotniczego, zaraz za pasem startowym, chyba strefa wolnocłowa. Do dużego marketu spożywczego wchodzimy i po chwili wychodzimy, wyganiani przez Boba. Jest tu tylko zdrowa żywność, a Bob pamięta nauczkę z Włoch. Obok kontenerowe budki, z których sprzedawane są papierosy, napoje i alkohole. Sprzedaż na kartony, które są rozrywane, a zawartość pakowana w torby i plecaki. Tutaj też pracują „mrówki”, ale hiszpańskie. Przed budynkiem odpraw spory tłum, a nas zaczyna ssać w żołądkach. Przechodzimy bez przeszkód, ale zauważam prowadzone przeszukania bagażu przez celników. Na wprost wyjścia po drugiej stronie ulicy dwa rzędy lokalików gastronomicznych i sklepików, a między nimi stoliki konsumpcyjne. Najpierw przejście do końca i z powrotem, przegląd ofert i siadamy przy stoliku z najciekawszym menu. Wybieram zestaw z mięs kurczaka, wieprzowiny i kiełbasy, wszystko z grilla, z frytkami i misą sałaty. I oczywiście miejscowe piwo do konsumpcji i po jedzeniu. Przegląd sklepów z pamiątkami nie wywołał chęci zakupu. Najedzeni i napici powolnym krokiem wracamy do kampera. Rzut oka na opustoszałą marinę, zapuszczamy silnik i żegnaj wybrzeże morza zwanego Śródziemnym. Jedziemy do Sewilli.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments