Emeryt w Europie – cz. 24

0
81
Emeryt w Europie 2
REKLAMA

Długo i cierpliwie Bob z Grzegorzem przekonują w recepcji obsługę, aby nas wpuszczono na kamperowy parking. Jest już mocno po godzinie 22, a tutaj obowiązuje cisza nocna. Rozdzielają się i Grześ znika w głębi parkingu. Po dłuższej chwili wraca oznajmiając, że znalazł miejsce. Wjeżdżamy.

Szeroki pas ubitej ziemi. Po prawej szereg kamperów ustawionych prostopadle do osi pasa przejazdu, a po lewej – rząd jeden za drugim wzdłuż drzew i krzewów. W świetle reflektorów miga mi osobnik modlący się na rozciągniętym dywaniku przy jednym z kamperów. Zawracamy i po chwili parkujemy akurat na wprost tego człowieka, w rzędzie tuż przy osuwającej się miejscowo wraz z ogrodzeniem skarpie. Oczywiście w bezpiecznej 2-metrowej odległości. Po otwarciu drzwi wita nas koncert świerszczy albo cykad z zarośli ciągnących się od skarpy po brzeg szerokiej rzeki z rzęsiście oświetlonym rzecznym portem przeładunkowym na przeciwległym brzegu. Gwadalkiwir. Już od podstawówki podobała mi się ta nazw. Fajnie się wymawia, a musieliśmy uczyć się na pamięć nazw wszystkich głównych rzek Europy i Azji, w tym szczególnie w ZSRR. Mimo około 100 km odległości od oceanu mogą tu wpływać statki pełnomorskie, gdyż stoimy tylko na wysokości 7 m n. p. m. Za miastem ciągną się nizinne, wręcz bagienne tereny ujścia rzeki. Nie organizujemy obozowiska, dłuższą chwilę słuchamy milknących świerszczy, rozmawiając półgłosem. Kolacja w kamperze też po cichu i po intensywnych 16 godzinach układamy się do snu.

REKLAMA

Rano w drodze do jedynego węzła sanitarnego przy recepcji okazuje się, że Bob wybrał parking przy warsztacie naprawczym samochodów. Akurat trafiamy na wjeżdżającą piętrową lorę załadowaną w pełni samochodami. Nie przyglądam się dłużej, ale wydaje mi się, że tutaj również przygotowuje się samochody do załadunku i dalszego transportu rzecznego czy nawet morskiego. W piękny słoneczny poranek śniadanie kanapkowe na stojąco przy stoliku wystawionym na wąski pas ziemi między samochodem a obsuwającą się skarpą.

Umawiamy się w centrum w okolicy Torre del Oro. Bob i Kazimierz jadą rowerami, Grześ z hulajnogą i ze mną jedzie autobusem. Kontakt na telefon, posiadamy plany Sewilli i plan dojścia do przystanku autobusu. W zamierzeniach zwiedzania największa gotycka katedra na świecie i Alkazar. Idziemy przez zagajnik z wytyczonym pustym placem o boku ok. 50 m. Po bokach porozrzucane puste butelki po piwie, winie i napojach. Dalej bita, bardzo zaśmiecona droga wzdłuż magazynów i stojące tiry na poboczach. Wychodzimy na rondo, z boku supermarket, a za nim widać już przystanek – plan zaprowadził nas jak po sznurku. Po jednej stronie ulicy magazyny, a po drugiej szereg nowych, 10-piętrowych bloków mieszkalnych z prześwitującą między nimi dwupasmową aleją.

Na przystanku nawiązujemy rozmowę ze starszą Hiszpanką, mieszkanką pobliskich bloków. Zdawkowe: skąd, jak przyjechali i co chcą zobaczyć w tym dwumilionowym mieście. Autobus linii 41 po jednym przystanku skręca nagle w wąski podjazd i zatrzymuje się przy posterunku policji. Patrzymy na siebie i czekamy, co się będzie działo. Nic. Kierowca chwilę rozmawia z policjantem, zapuszcza silnik i wraca na poprzedni przystanek. A już myśleliśmy, że będzie jakaś przygoda. Grzegorz odwiedził Sewillę 3 lata temu i uspakaja mnie, czy już wysiadamy. Na drugim brzegu rzeki, musimy ją przejechać.

Spokojnie oglądam rozbudzające się miasto. Jedziemy szeroką ulicą nazwaną imieniem Jana Pawła II. Na moście ożywiam się. Rzeka szeroka mniej więcej jak Wisła pod Wawelem. Wysiadamy naprzeciwko Torre del Oro – pozostałości mauretańskiej, później włączonej w system fortyfikacji, która służyła do przechowywania złota przywożonego z zamorskich kolonii, aktualnie mieści się w niej muzeum morskie. Jesteśmy przy Pasażu K. Kolumba, jedziemy wielopasmową, ruchliwą ulicą, biegnącą wzdłuż Gwadalkiwir, posiadającą po obu stronach szerokie chodniki spacerowe. Odchodzimy od wieży szerokim chodnikiem w bok od Pasażu, wzdłuż ciągu ogródków restauracyjnych w kierunku ronda spacerowego, placu Jereza. Przyciągają nas dźwięki muzyki flamenco. Podchodząc bliżej widzimy drobną, czarnowłosą Hiszpankę, tańczącą w cieniu drzew przed zgromadzoną półkolem grupą przechodniów. Akurat kończy swój taniec i zaczyna zbierać porozrzucane chusty, przygotowując się do następnego występu. Publika rozchodzi się, wrzucając do kapelusza drobne pieniądze. Grześ telefonuje do Boba, że czekamy na nich na placu przy tancerce. Oni nie dotarli jeszcze do mostu.
Siedzimy w narożnym ogródku z widokiem na występ, zamawiając oczywiście piwo, bo powoli robi się upalnie. Cykliści jeszcze nie docierają, gdy zaczyna się kolejny uliczny występ. Oglądam jeszcze raz, gdy jesteśmy już wszyscy razem. Wstępnie uzgadniamy wypad wieczorem do klubu lub knajpki na pokaz flamenco.

Po zasileniu kapelusza tancerki ruszamy do pobliskiej katedry. Jest duża, rozległa. Zbudowano ją w XV w. na bazie meczetu. Chłopcy przypinają swoje pojazdy do żelaznego ogrodzenia małego pomnika z krzyżem, stojącego w pobliżu wejścia do katedry. Wejście do obiektu kosztuje 4 euro. Kiedy Bob stoi w kolejce za biletami, my rzucamy okiem na przeciwległą stronę placu. Kolejka do kas Reales Alcazares ma co najmniej 200 metrów. A do katedry nie minął kwadrans i możemy wchodzić. Pierwsze wrażenie to wielkość i półmrok. Nie można jej całej ogarnąć wzrokiem. Przytłaczająca monumentalność to chyba odpowiednie słowa i kapiące wszędzie złoto. Nawet doświetlone sklepienie w kolorze złota. Na dole ponury nastrój bijący z utkanych na każdym skrawku powierzchni ścian obrazów. Początkowo w grupie, ale po chwili przechodzimy na indywidualne zwiedzanie.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o