Emeryt w Europie – cz. 26

0
76
Emeryt w Europie 26
REKLAMA

Już na przystanku czułem ból w prawej stopie. Utykając, wszedłem na chwilę do sąsiadującego z campingiem supermarketu Lidl. Poczułem się jakbym był w Polsce. Identyczny układ aranżacyjny, a jedyną różnicą był rodzaj towarów na półkach. Ból stopy narastał.

W kamperze po ściągnięciu skarpety – katastrofa. Jestem uziemiony. Rana o średnicy 3-4 cm, wielowarstwowa, po zerwanym pęcherzu na odcisku między palcami. Osiem godzin chodzenia po bruku w 30-stopniowym upale zrobiło swoje. A zrobiliśmy około 15 000 kroków.

REKLAMA

Przyjacielska dłoń Grzegorza wykonała dość zgrabny opatrunek przy użyciu dwóch apteczek i jedynego dostępnego środka dezynfekującego – jodyny. Ostatecznie Bob samotnie pojechał na występ flamenco, nie udało mu się zdobyć biletu i dla pocieszenia oglądał występ zespołu-orkiestry ulicznej. Wrócił po godzinie 22. na odgrzewaną kolację.

Następnego ranka, około godziny 9, pojechali pod Alkazar. Utykając przy samochodzie doszedłem do konkluzji, że dziwnym trafem nie udało mi się zwiedzić mauretańskiej budowli. Przeglądając mapki zauważyłem, że parkujemy przy głównym nurcie rzeki, a przy centrum płynie jedynie odgałęzienie, które za miastem wraca. Nasze miejsce postoju to nie jest camping. Nikt nie rozkłada „ogródków” przy kamperze. To jest według nazwy Areas Autocaravanas – plac postojowy z usługami naprawczymi dla kamperów.

Około godziny 13 wrócili. Nie zdobyli biletów do Alkazar, spacerowali w pobliżu katedry i zwiedzili barokowy kościół, przekazali mi zdjęcie kapiącego złotem ołtarza. Oni zwiedzali fizycznie, a ja palcem po mapie.

Grzegorzowi nagle zaczyna się spieszyć. On tak już ma. Decyzja, i z biegu realizacja. Decyzję podjęli zapewne podczas wypadu do centrum. Opuszczamy piękną Sewillę, i kierunek – Portugalia. Kazimierz, będący w stałym kontakcie ze znajomymi, uzyskuje informację o przepięknych klifach Benagil niedaleko miasta Faro, na południowym wybrzeżu Portugalii. Zapada decyzja – zamiast prosto do Lizbony, jedziemy na południe do Faro. O flamenco mogę zapomnieć, musi mi wystarczyć uliczny występ.

Drogą wśród pól, pastwisk i gajów owocowych mkniemy andaluzyjską niziną w kierunku nadmorskiej miejscowości granicznej. Musimy tylko ominąć większe skupisko miejskie Huelva. Nawigacja Boba znowu wyprowadza nas dosłownie w pole. Musieli przeoczyć jakiś rozjazd, bo teraz warcząc na siebie kombinują, jak dotrzeć do głównej drogi. Jedziemy wzdłuż gajów cytrusowych, oliwnych, rozległych pól, pastwisk i zagród z bydłem, rzadziej z końmi. Są też kozy i owce. Wąskimi drogami przedzieramy się wzdłuż płotów i ogrodzeń, gdzie gałęzie drzew tłuką o burty samochodu. Tutaj krajobraz wydaje się bardziej swojski w odróżnieniu od nadmorskich wzgórz porośniętych pinią czy wyschniętym pustym płaskowyżem bliżej centrum kraju. Docieramy w końcu do oznakowanego skrzyżowania i dalej już bardziej spokojnie jedziemy w kierunku granicy.

W pobliżu niej, w miejscowości Ayamonte, zatrzymujemy się dla rozprostowania kości na parkingu u podnóża starego fortu. Krótki spacerek, papieros w pojedynkę, zdjęcie fortu i sugestie, jakoby tutaj czuje się inne powietrze, bo Atlantyk blisko.

Przypuszczałem, że będziemy gnać ostro dalej, ale nic z tego. Niedaleko za miasteczkiem Grześ nagle zatrzymuje się na poboczu i każe wszystkim wysiadać. Stoimy pod przydrożnym drzewem… korkowym. Można dotykać, wąchać, obłupywać, fotografować i co tylko komu wpadnie do głowy. Jadąc dalej widzimy całe połacie plantacji tych drzew, w większym lub mniejszym stopniu święcących na biało-żółto, obdartymi z kory pniami i grubszym konarami. To jeden z podstawowych towarów eksportowych Portugalii.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o