Emeryt w Europie – cz. 29

0
52
Emeryt-w-Europie-29
REKLAMA

Utykając nabrzeżem zmuszony jestem obejść marinę żaglówek (przepływ) i podejść do pomnika od tyłu. Jest tutaj wejście do muzeum we wnętrzu pomnika, a przed nim ułożona mozaika marmurowa przedstawiająca świat Merkartora z naniesionymi datami portugalskich wypraw i zdobyczy terytorialnych.

Sam pomnik to skierowana na zachód postać Vasco da Gamy, a za nim po obu stronach monumentu rzędy napierających sobie na plecy postaci różnego autoramentu. Dalej jeszcze jedna marina, parkingi, w tym osobny dla kamperów, Museu de Arte Popular i Wieża Belem. Bastion z bajkowo rzeźbionymi krużgankami u ujścia do morza. Chcąc dostać się z Nadbrzeża Belem do głównej historycznej części dzielnicy muszę wrócić się pod pomnik, bo oddzielają mnie dwie trójpasmowe jezdnie i podwójne tory kolejowe oraz brak przejść dla pieszych.

REKLAMA

Jest tam proste, betonowe, bez sklepików i knajpek przejście podziemne, prowadzące na ogród żywopłotowy z wielką fontanną pulsującą wodotryskami na wysokość kilku metrów. Nie wracam do miniętego monumentalnego prostopadłościanu Centro Cultural Belem, a kieruję się przez ogród do długiego obiektu z wieżyczkami, kolumnami, bogato zdobionego, widać bardzo wiekowego. Noga, mimo zażytych środków przeciwbólowych, zaczyna mi coraz bardziej doskwierać. Do ogrodu zaczynają dopływać z podjeżdżających autokarów liczne grupy turystów azjatyckich. Rezygnuję od razu, gdy patrzę na bardzo, bardzo długą kolejkę do kas biletowych i dużą grupę kłębiącą się przy wejściu.

Krótka sesja zdjęciowa zespołu klasztornego Hieronimitów, jednej z atrakcji turystycznych, na co wskazuje potężna kolejka. Nie zobaczyłem grobu Vasco da Gamy oraz Henryka Żeglarza, który nigdy nie wsiadł na pokład statku czy okrętu.

Na ulicznym stoisku z owocami u młodej dziewczyny zamawiam koktajl owocowy w skorupie ananasa i prawiąc komplementy uzyskuję rabat, płacę zamiast 8, tylko 6 euro. Sącząc bardzo smaczny koktajl i coraz mocniej utykając, przechodzę obok Palacio de Belem z urzędującym prezydentem w środku i kieruję się już prosto do kładki dla pieszych przy przystani.

Gdy puszczam dymka przy kamperze, zatrzymują się pewnie po zauważeniu rejestracji samochodu dwa młode małżeństwa rodaków ze Szczecina. Przylecieli samolotem z Berlina na kilkudniowy pobyt. Są pełni uznania dla naszej wyprawy. Nie spodziewali się zobaczyć polskiego kampera na krańcu Europy. Ruszam z nimi w kierunku mostu do widocznej intrygującej budowli, określanej na planie jako MAAT. W obiekcie o opływowych kształtach, wysokim na około 10 m, mieści się muzeum architektury. Rezygnuję ze zwiedzania za 16 euro, ale z ogromnym wysiłkiem wdrapuję się na udostępniony do zwiedzania dach. Przede mną panorama czerwonych dachów gęstej zabudowy miasta, a za mną huczący most im. 25 kwietnia, zwany też mostem Vasco da Gamy. Mam dość. Powoli schodzę pochylniami dla wózków inwalidzkich na dół. Rodacy poszli dalej w kierunku Centrum Kongresowego i mostu.

Przechodzę obok miniętego wcześniej Muzeum Elektrotechniki, dopadam kampera i pierwsze co robię, to zzuwam sandały. Cudowna ulga, ale tylko chwilowa. Nagle czuję ogromne ssanie w żołądku i słabość jak przed omdleniem. Muszę coś wrzucić na ruszt. Wracam do sandałów, zamykam samochód i jak najspieszniej udaję się do ogródka gastronomicznego, gdzie w biegu zamawiam omlet i małe piwo. Dostaję jajecznicę w formie płaskiego o grubości 0,5 cm i średnicy około 20 cm placka złożonego na pół i salat, czyli 3 połówki małego pomidora z kilkoma strużynami marchewki. Całość za 4.5 euro plus 2 za piwo. Podczas konsumpcji dopada mnie Grześ, ponaglając koniecznością szybkiego wyjazdu. Gdy wchodzę do kampera zapuszcza silnik i ruszamy.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments