Emeryt w Europie – cz. 30

0
53
Emeryt w Europie 30
REKLAMA

Musimy przejechać całą Lizbonę i trafić na drogę prowadzącą wzdłuż wybrzeża na północ. Bob walczy z nawigacją, pokrzykują z Grzegorzem na siebie. Nie wtrącamy się, próbuję wyciągnąć z Kazimierza coś na temat ich trasy po Lizbonie.

Podobnie jak ja poszli nabrzeżem aż do Wieży Belem. Gdy zobaczyli kolejkę do zespołu klasztornego Hieronimitów odstąpili od odwiedzenia grobu Vasco da Gamy. Pojechali czerwonym tramwajem w kierunku centrum, spacerowali po Placu Handlowym i wdrapali się na Castello de St. Jorge, czyli Zamek św. Jerzego, przebudowywaną budowlę mauretańską, a może nawet wcześniejszą – celtycką lub rzymską. Podziwiali panoramę Lizbony z góry, a ja w tym czasie z dołu, z dachu MAAT. Spacerkiem wrócili do przystani. Kaziu przyznał się, że miał trochę stracha, kiedy sypali piach pod koła tramwaju na ostrych podjazdach i zjazdach pagórkowatych ulic. Śmiałem się, że gdyby miał 50 więcej na Peselu, to by go to bawiło, podniecało i nie czułby ani krztyny strachu. Zripostował, że taki kozak to on nie był.

REKLAMA

Było późne popołudnie i zapadła decyzja, żeby znaleźć nocleg w miasteczku Sintra, a następnego dnia zwiedzić przy okazji perłę portugalskiej architektury – Pałac Pena. Zjeżdżamy z góry główną ulicą wśród zabudowy nadmorskiego miasteczka, wszyscy pilnie wypatrują oznakowania parkingu. Dojeżdżamy do końca ronda przed pałacykiem – ratuszem i wracamy powoli z powrotem pod górę. Próbujemy wjechać w boczną uliczkę, trafiamy na ślepą i musimy zawrócić. Wreszcie dostrzegamy boisko sportowe, a na uliczce wzdłuż niego zaparkowane samochody, a dalej kampery. Jest nawet oznakowanie parkingu dla kamperów.

Na boisku trwają przygotowania do rozegrania meczu piłki nożnej i co chwilę podjeżdżają samochody z rodzicami przywożącymi młodocianych zawodników. Gdy powoli jadąc wypatrujemy miejsca, zatrzymuje nas drobna miejscowa kobieta i oferuje parkowanie na placu, na końcu ulicy, za 9 euro. Twierdzi, że jest ubikacja, umywalki i natryski.

Przyjmujemy ofertę i pniemy się ulicą pod gorę. Kończy się asfalt i dalej już droga ziemna z narzuconym luźno tłuczniem, bardziej stroma i dodatkowo z wąską bramą w kamiennym murze. Grześ wyrzuca nas z samochodu i ostro szarżuje, koła buksują, zarzuca dwa razy samochodem na boki, szczęśliwie przemyka przez bramę na ostrym gazie, podciąga około 50 metrów i skręca w lewo na spory plac, częściowo wysypany szlaką i tłuczniem, zakończony z jednej strony ponownie kamiennym murem. Za nim tylko drzewa. Koniec miasta.

Parkujemy na skraju placu, tuż przy krzewach i drzewach, aby nie biegać po zmroku do toalety w budynkach po drugiej stronie zakończonej drogi. Zabudowania mieszkalne składają się z trzech przyległych do siebie części. Pierwsza, najwyżej położona, to kilka schodów, drzwi wejściowe, na piętrze dwa okna i poddasze pod spadzistym dachem. Jest nowa, starannie wykończona, zapewne do wynajęcia, bo widzę wychodzącego starannie ubranego czarnoskórego mężczyznę. Druga, parterowa, z płaskim dachem i poblakłą farbą służy gospodarzom. Ostatnia to zamknięte pomieszczenie i otwarty węzeł sanitarny z podejściem. Bob z Kazimierzem od razu idą sprawdzić sanitariaty. Dwie umywalki, w tym jedna czynna, betonowe koryto osłonięte murkiem z kratką ściekową pod prysznicem i małe pomieszczenie mieszczce jedynie sedes. Świeże mury, żadnej terakoty, tylko zimna woda i instalacja, brak światła. Korzystamy tylko z toalety i umywalki. Na placu stoi też mini kolejka turystyczna, zapewne narzędzie pracy gospodarza. Do zmroku parkują jeszcze dwa kampery, zrywa się mocny wiatr i zaczyna padać deszcz.

Ranek wita nas chłodem, mgłą i mżawką. Po śniadaniu tylko Bob z Kazimierzem decydują się na jazdę do Pałacu Pena, Grzegorz wdrapuje się na górę kontynuować sen, a ja zajmuję się papierami, porządkowaniem folderów i fiszek. Wracają przed czternastą, przemoczeni od stóp do głów. Przebieranie łącznie z mokrymi slipami, gorąca herbata i mocny drink. W międzyczasie na gorąco zdają relację.

Autobusem miejskim (strefa metropolitalna Lizbony) podjechali dwa czy trzy przystanki, a pod sam pałac za drobną opłatą – dwuosobową przyczepką ciągnioną przez motocykl, taką niby rikszą. Mimo deszczu i mgły natknęli się na sporą kolejkę do kasy. Pochodzili wokół budynków pomalowanych kolorowo, bajecznie, pstrokato, czy nawet pop-art-owsko, próbując robić zdjęcia we mgle i zwiedzili kawałek parku pałacowego. Do autobusu wracali pieszo i wtedy dodatkowo zmoczyła ich gwałtowna ulewa. Gdy przeglądam zrobione zdjęcia, trochę żałuję, że nie odwiedziłem zamku mojego imiennika, „króla artysty„, Ferdynanda II.

Wyspany Grześ siada za kółkiem, jak zwykle mu się spieszy, przez co wyjeżdżając z parkingu zapominamy wycieraczki, przy boisku tankujemy 200 l wody, opróżniamy „kota” i zaczynamy ostatni odcinek drogi do celu – przylądka Coba da Roca.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments