Emeryt w Europie – cz. 4 [ZDJĘCIA]

0
173
Kolejka
REKLAMA

Jedziemy w Alpy. Chcemy je szybko przeskoczyć, aby dostać się nad ciepłe wybrzeże, zanurzyć się w słonej wodzie i wyłożyć na rozgrzanym piasku. Wcześniej planujemy zahaczyć o podalpejskie, 40-kilometrowe jezioro Como. Nigdy nie byłem w Alpach, a jedynie przejeżdżałem u ich podnóża z Freiburga do Wiednia. Nie ciągnęło mnie na zachód Europy, raczej Afryka i Daleki Wschód. Jedziemy wznoszącą się, wąską i coraz bardziej krętą drogą. Nawet nie zauważyłem /dopiero Bob krzyknął z kabiny/, jak przejechaliśmy wąski pas austriackiej ziemi, przekraczając dwie granice.

{Rzucam temat do dyskusji: ”wyjechaliśmy dzień po rocznicy 17 września, czy chcemy uczcić, zrekonstruować ucieczkę przed nawałą sowiecką, czy forpocztę pochodu ludzi radzieckich na zachód”. I rozpętała się dyskusja. Miałem lekką przewagę, bo przed wyjazdem czytałem dodatek do Polityki – 1939}

REKLAMA

Niemcy – Austria i Austria – Szwajcaria. Robi się szarówka, co jeszcze bardziej spowalnia naszą jazdę. Jest piątkowy wieczór. Nie mijamy, ani też nie wymijamy samochodów. W miejscowościach nie widać przechodniów. Zabudowa niska, jednorodzinna, rzadko 2-3-kondygnacyjna, ze sklepami lub usługami. W zachodzącym słońcu oglądamy przez szybę ostre, w kolorze piaskowo-złotym, kamienne szczyty pojedynczych stożkowych wzgórz, a u podnóży w różnych odcieniach zieleni – łąki i pola uprawne. Rozrzucone w przestrzeni szczyty na tle niebieskiego nieba mogą wzbudzić zachwyt. Szybko zapadające ciemności zmuszają nas do poszukiwania parkingu. Znajdujemy go na obrzeżach Zarnez, przed St. Moritz. Piaszczystą, utworzoną przez pojazdy drogą wjeżdżamy na spory kawałek łąki z żerdziowymi parkanami, rozdzielającymi ją na sektory. Parkuje już tutaj około dziesięciu camperów różnych marek, w większości na szwajcarskich i niemieckich rejestracjach. Na jednym skraju parkingu–łąki znajdujemy recepcję i węzeł sanitarny z ciepłą wodą. Opłata 23 euro. Zatrzymujemy się na drugim skraju przy nowo wybudowanym węźle bez ciepłej wody, ale za to przy wartko płynącym strumieniu alpejskim. Robi się zimno. W nocy ma być tylko 6-7 stopni C. Na kolację ponownie gulasz z wkrojoną papryką, ale tym razem z pieczywem oraz drinkami.

Obudziłem się zmarznięty przed szóstą. Nie mogąc ponownie zasnąć, a nie chcąc budzić kolegów, opatulony kocem włóczyłem się po parkinu. Przed ósmą zza gór wyszło słońce i zaczęło się robić cieplej. Poranna toaleta, śniadanie kanapkowe, kawa, tankowanie wody i wyjeżdżamy. Jedziemy serpentynowatą drogą po jednej stronie rzeki płynącej czasami kilkaset metrów poniżej. Nie ma już pojedynczych, stożkowych szczytów, ale zlewają się w wieloszczytowe pasma górskie. Na drugim brzegu widzę linię kolejową czasami znikającą w tunelach i pojawiającą się na licznych stalowych wiaduktach, przyklejonych do stromych ścian lub rozpiętych między stokami. W pobliżu szczytów rozpięto linię wysokiego napięcia. Wjeżdżając do Sankt Moritz widzimy urocze jeziorko u podnóża zaśnieżonych szczytów.

Zatrzymujemy się na dużym placu na wprost Grand Hotelu. Bob po rozpoznaniu proponuje przejazd za 25 euro kolejką liniową. O tej porze kasyno przy Grandzie zamknięte i brak przechodniów. Pusto.
Chociaż słońce zaczyna mocniej przygrzewać, my chcemy jechać dalej ku cieplejszym terenom. Prowadzi Bob. Mówi, że kręci go kręcenie serpentyn. Jedziemy brzegiem trzech kolejnych jezior. Na ostatnim, największym, żaglówki i surferzy. Pniemy się jeszcze w górę i z wysokości prawie 2000 metrów zjeżdżamy w dół. Pierwszy raz w życiu jadę czymś takim. Nawet Grześ, obieżyświat, który przejechał całe Włochy z Sycylią, wybrzeże Adriatyku i Grecję, kiwa z podziwem głową i mruczy co chwilę: „ja pierdzielę…” Kaziu próbuje robić zdjęcia, ale uniemożliwia mu to siła odśrodkowa, wciskając nas w siedzenia lub pcha na boki campera. Trzymając się stołu obserwujemy drogę i słuchamy piejącego z zachwytu Boba. Przez boczną szybę widać skalną ścianę, albo kilkusetmetrową przepaść i widok na przeciwległe zbocze z poprzecznie biegnącą drogą, którą będziemy przejeżdżać. Na wprost wąska droga mieszcząca dwa mijające się autobusy prawie na styk. Stumetrowy odcinek prostej w dół i „agrafka„ – zakręt pod kątem 180 stopni, 60 m prostej i agrafka, i powtórka – kawałek prostej i zakręt. Na prostej 20 km/h, a na zakręcie 5 km/h lub zatrzymanie się dla przepuszczenia pnącego się do góry samochodu. Szaleją tu na swoich wspaniałych maszynach motocykliści. Z mijanego campera kierowca pozdrawia nas wyciągniętym kciukiem. Zakręty robią się łagodniejsze, a zbocza gęściej porośnięte lasem. Zjechaliśmy różnicę poziomów ok.1500 m w czasie ok. 15 minut. Przy dłuższym odcinku prostej drogi zatrzymujemy się na poboczu. Wychodzimy z ulgą, śmiejąc się dla rozładowania napięcia i przekrzykując o swoich wrażeniach. Gratulacje dla Boba. Rzucam hasło „panowie, wytrząsać spodnie – hamulce campera wytrzymały, a Wasze? „Robimy pożegnalne zdjęcia miniętych Alp. Wysoko rozpięta między szczytami zapora wodna. Wokół nas inne ciepłe powietrze Lombardii.
Łagodniejszą już drogą zjeżdżamy do granicznej miejscowości Chiavenna i dalej nad Como.

Przy północnym brzegu jeziora Como, w miejscowości Colico-Piano zatrzymujemy się – jak to Grześ określa – na „normalnym kamperowisku”. Są tu podłącza energetyczne, Wi-Fi, ciepła woda, bar i wydzielone miejsca postoju.

Camping przylega do trawiastego terenu plażowego jeziora. W planach mamy jutrzejszy pobyt wypoczynkowy i wyjazd pojutrze rano. Przeciwległy brzeg to zabudowane wzgórza, a za nimi jeszcze szczyty Alp. To chyba ostatni ich widok. Będą się mi kojarzyć z marznięciem.

Na jeziorze żaglówki i surferzy, a na brzegu w promieniach zachodzącego słońca ostatni plażowicze. Rozkładamy dwa stoliki, krzesło-leżaki i ściągamy rowery. Popijamy polskie piwo puszkowe. Bob wziął hulajnogę elektryczną Grześka i pojechał zwiedzać miejscowość. Robimy kolację z zapasów. Leczo z przywiezionymi przez Boba bagietkami. Kupił też ponad kilogramowy chleb razowy. Nie zwrócił uwagi, że zapłacił za niego ponad 8 euro. Śmiejemy się, że będziemy jeść chyba najdroższy chleb w życiu. Po przeliczeniu wychodzi około 40 zł. Zobowiązał się, że więcej nie będzie kupował z eko-stoisk w marketach.

Jako jedyny odpowiadam na jego propozycję spaceru po miejscowości. Idziemy przelotową ulicą do centrum i skręcamy na nabrzeże. Przy przystani jachtowej duży, jasno oświetlony pub-restauracja, pełna kibiców obserwujących derby Lombardi – mecz piłki nożnej Inter – Genua. Podzielili się nawet na sektory, na przemian kibicując swoim zespołom. W nieoświetlonych zaułkach grupki nastolatków popijających i puszczających dymka. Z mijanej małej sali widowiskowej płyną dźwięki muzyki…

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o