Emeryt w Europie – cz. 5

0
71
Emeryt-część 5
fot. Ferdynand Wróbel
REKLAMA

W Mediolanie wstajemy wcześniej, aby zdążyć przed napływem grup turystycznych i nie stać w długich kolejkach do kas biletowych.

Idziemy pustymi ulicami między blokami mieszkalnymi. Całkowity brak sklepów. Mijamy jedyną, już otwartą kawiarenkę i wchodzimy na wiadukt nad torami kolejowymi. Przechodzimy przez duże skrzyżowanie, a za nim przez przystanek autobusowy i parking na pojazdy jednośladowe i po chwili jesteśmy na końcowej stacji żółtej linii metra Canosima. Tutaj bilety w odróżnieniu od Monachium są ważne na wszystkie środki komunikacji tylko przez 100 minut i kosztują 1,5 euro od osoby. Jedziemy prawie pustym metrem do Duomo (Katedra w Mediolanie), centralnej stacji, gdzie krzyżują się prawie wszystkie linie. Wyjeżdżam ruchomymi schodami ze stacji i po kilku krokach przystaję, sięgam po smartfona. Po przeciwnej stronie placu wielokolumnowy front słynnej gotyckiej katedry mediolańskiej.

REKLAMA

Podchodzimy bliżej, rzucając tylko okiem na mijany pomnik na koniu. Na placu nieliczni turyści, ale już formujący kolejki do kas i wejścia do katedry. Więcej jest niepłoszących się gołębi, stąpających leniwie po marmurowych płytach. Każda z kilkudziesięciu kolumn-wież zakończona jest figurą postaci. Wszędzie rzeźby, płaskorzeźby, ornamenty. Tylko stać i podziwiać z otwartymi ustami dzieło ludzkich rąk.

Zwiedzanie katedry kosztuje 3 euro, a wejście na wieżę i taras widokowy – 7 euro. Przed wejściem ochrona sprawdza plecaki. Prawa nawa zastawiona rusztowaniami prowadzonej konserwacji. Jak w każdej tego typu i stylu budowli bardzo wysokie strzeliste kolumny zwieńczone otokiem rzeźb i krzyżowymi łukami. W głębi, na wysokość i szerokość ściany, trzy wielobarwne witraże. Obchodzimy wnętrze dookoła podziwiając freski, obrazy i rzeźby. Ulotne chwile fascynacji kunsztem artystów z minionych epok.

Bob z Kazimierzem idą na dach katedry, Grześ już tam był, a ja mam dość schodów po Schwangau. Robimy z Grzesiem obchód całego placu. Mijając kawiarenki i pizzerie zapamiętuję ceny: espresso – 1 euro, cappuccino – 1,5 euro, pizza Margherita – 11-12 euro. Nie jest to Plac Pigalle, ale przed wejściem do pasażu kupuję na ulicznym stoisku dla spróbowania, za 5 euro kubek pieczonych kasztanów.

Całą czwórką wchodzimy do pasażu. Tworzy go skrzyżowanie ulic z odrestaurowanymi, średniowiecznymi kamienicami pod szklanym dachem. Fasady to cały włoski renesans. Zamiast ulicy i chodnika marmurowa mozaika. Pasaż ciągnie się jakieś 300-400 metrów. Po obu stronach sklepy jubilerskie i zegarmistrzowskie światowych marek, jak Versace, Prada, Seiko, a między nimi kawiarnie, restauracje, puby z wystawionymi ogródkami konsumpcyjnymi i tłum turystów. Ceny wygórowane, co najmniej o 50% wyższe niż w mieście. O tej porze są jeszcze wolne miejsca przy stolikach. Na końcu pasażu wejście do Galerii Leonarda – zamknięta.

Idziemy w kierunku La Scali. I tu przykra niespodzianka. Policja zablokowała uliczkę prowadzącą do opery. Grupki turystów bezskutecznie próbują przejść, więc idziemy dalej. Nie interesują nas przyczyny zamknięcia dostępu do La Scali. Zatrzymujemy się w wąskiej uliczce w pobliżu kilku barów i restauracyjek. Zanim podejmujemy decyzję, wokół nas wszystkie stoliki są zajęte, a przed wejściami do barów ustawiają się kolejki chętnych do zakupów na wynos. Pora lunchu. Większość to młodzi mężczyźni ubrani w obcisłe garnitury – marynarki zapięte na jeden guzik, wąskie spodnie obcisłe nawet w kostkach, biała koszula bez krawatu. Bob stanął w kolejce, aby zaspokoić naszą ciekawość, co oni wynoszą w papierowych torebkach. Przyniósł cztery porcje panezzone – słonego placka, coś pośredniego między naleśnikiem a omletem z nadzieniem serowym lub masą czekoladową typu nutella, zwiniętego na pół. Konsumujemy panezzone, siedząc na stopniach postumentu pomnika przy sąsiadującym placyku, na wprost wejścia do kościoła. Nie jesteśmy tu sami.

Wracamy przez pasaż. Tłum. Wszystkie stoliki zajęte. Ekipa Azjatów kręci reklamówkę. Na skrzyżowaniu grupki obserwatorów i chętnych do próby. Na mozaice przedstawiającej byka należy okręcić się na pięcie trzy razy na przyrodzeniu, aby mieć powodzenie w uprawianiu seksu. Chętnych nie brakuje. Wychodzimy na plac pełen turystów i gołębi. Kupują specjalną karmę i je karmią.
W drodze do metra znów mijamy pomnik. Rozszyfrowuję nazwę – Vittorio Emanuele Secondo. Nic mi to nie mówi. Idziemy do pobliskiego Zamku Sforzów. Mało ciekawe -ceglane mury, puste dziedzińce, pojedynczy turyści. Zamek został zdobyty i złupiony przez Napoleona i tak pozostał. Po drodze z metra do campera zauważam, że podobnie jak w Polsce są tu zapadnięte płyty chodnikowe, wyrwy i łaty w asfalcie ulic. Dużo zieleni. W mijanej kafejce pełno. Ruszamy ku morzu – do Genui.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o