Emeryt w Europie – cz. 6

0
64
Emeryt6
REKLAMA

Znowu poszukujemy parkingu dla camperów. Około godziny 21 znajdujemy takie miejsce przy obwodnicy Genui. Nie zdążyliśmy kupić pieczywa. Kaziu, naczelny kucharz wyprawy, robi na kamperowskiej kuchence makaron z wołowym gulaszem.

Przy butelce rozmowa schodzi na wspomnienia czasów studenckich w Krakowie. Różnica 5-6 lat robi jednak swoje. Kaziu i Bob nie uczestniczyli w wydarzeniach marca 68. Za naszych lat powstawały kabarety Anawa i Pod Budą, a w ich czasie były w pełni rozkwitu. Wspominamy dawne kluby, kawiarnie, knajpy i bary. Większości już nie ma i nie ma tej atmosfery. Rzadko bywam ostatnio w Krakowie, więc dopytuję krakusów o kawiarnię Rio obok DKF-u z Feniksem na piętrze, Hawełkę, bar Smok, Jaszczury, Jamę Michalika, SPATiF. Otrzymuję odpowiedzi „zapomnij” albo „to już nie to, co za naszych czasów”. Butelka szybko robi się pusta…

REKLAMA

Rano wstajemy o ósmej, szybko pałaszujemy śniadanie bez pieczywa i idziemy na przystanek autobusowy linii 17. Dopytujemy pasażerów – mamy wysiąść na Piazza Della Vittoria. Na placu łuk triumfalny, ale aby dojść do centrum musimy przejść całą długą ulicą Via XX Settembre. Muszę sprawdzić, co to za data 20 września w historii Włoch albo Lombardi. Bob wyczytał w przewodniku, że należy odwiedzić Galerię Garibaldiego i kultową Via Garibaldi, więc ciągnie nas tam dopytując przechodniów.

Idziemy szeroką, dwupasmową ulicą. Jest dziesiąta, pora otwierania sklepów. Kawiarenki funkcjonują od ósmej. Ciąg secesyjnych kamienic z niepowtarzalnymi, różnobarwnymi, finezyjnymi fasadami. Gdzieniegdzie, jak osadzone perły budynki włoskiego renesansu z XV i XVI wieku. Większość nie odbiega daleko od krakowskich, a nawet tarnowskich. I wszędzie okiennice lub czasami nowocześniejsze żaluzje. Większość ma podcienia. Fascynują mnie marmurowe mozaiki zamiast chodników i ubytki w krawężnikach wytarte latami przez rzesze przechodniów.

Spoglądam na ceny w witrynach sklepowych – nie na kieszeń emeryta w przeliczeniu na złotówki. W niektórych budynkach na wysokości 2-3 piętra są tarasy, a na nich kawiarnie wśród zieleni. Wchodzimy w jedną z bram, a za nią zadaszony dziedziniec. Targowisko owoców, warzyw, owoców morza, słowem cała spożywka i tłum mieszkańców robiących zakupy.

Dochodzimy do Piazza de Ferrari z trzema średniowiecznymi pałacami, w tym jednym o nazwie Andrea Doria. Kojarzę to z piosenką sprzed wielu, wielu lat, chyba Niebiesko-Czarnych z Kordą. Jest tu stacja metra, ale jedziemy zatłoczonym autobusem /na wcisk/ trzy przystanki pod Galerię Garibaldiego. Właściwie jest to szeroka ulica ze sklepami, ale my wchodzimy na równoległą, jak mówi Bob kultową, brukowaną uliczkę Via Garibaldi. Obustronny ciąg kamienic-pałaców, zwanych po włosku „palazzo” i między nimi szeregiem wąskich, bocznych uliczek. Gdy rozprostuję ręce brakuje mi 20-30 cm, aby dotykać obu ścian. Prawie w każdej, w odległości 200-300 m widzę ubraną na czarno, spacerującą w kółko dziewczynę. Na ścianach napisy informacyjne – jednogwiazdkowe hotele. Siadamy w trójstolikowym ogródku kawiarni w przyziemiu jednego z budynków na espresso i latte, podawane z drobnymi, kruchymi ciasteczkami. Tam i z powrotem spacerujemy słynną ulicą, podziwiając stawiane na przełomie XV – XVIII w. budowle, ich patia w stylu klasycznym, staro-rzymskim lub renesansowym. Zaglądamy do wnętrz kawiarenek i sklepików.

W jednym z pałaców, Palazzo Grimaldi, mieści się siedziba aktualnych władz miejskich. Wychodzimy na koniec ulicy Galeria Garibaldiego i idziemy na jej przedłużenie Via Balbi. Na wprost budynków Uniwersytetu Bob wciąga nas do zwiedzania Palazzo Reale. Musimy się spieszyć, bo zwiedzanie kończy się o 14.00. Szerokimi marmurowymi schodami wdrapujemy się na drugie piętro, tylko udostępnione do zwiedzania. Jak w każdym pałacu malowidła, rzeźby, arrasy i skompletowane pod epokę kolejne komnaty i sale. I jak zwykle – nie dotykać! Wychodzimy na spacerowy taras z widokiem na dachy z ceglanej dachówki, las anten i widok na port, a za nim nareszcie morze. Pod tarasem ogród z sadzawką graniczącą z nadmorską Via A. Gramsci, a nad nią estakadą Aldo Moro.

Po wyjściu decydujemy się spróbować przejść na skróty wąską uliczką w kierunku nabrzeża. Początkowo pusta, ale za załomem aż przystajemy z wrażenia. Uliczka zatłoczona jest czarnoskórymi, Arabami i Azjatami. Przez chwilę udajemy, że oglądamy ściany budynków i podejmujemy decyzję – idziemy dalej normalnym krokiem turysty. Grześ jedną rękę zaciska na ramiączku plecaka, chroniąc przed wyrwaniem. Po obu stronach uliczki w przyziemiu małe bary, kafejki, sklepiki, zakładziki usługowe. Mijamy fryzjera, samoobsługową pralnię. Wchodzę do małego sklepiku spożywczego, całego zastawionego różnorodnymi towarami, od owoców po chemię gospodarczą. Trudno się przecisnąć między regałami i rozstawionymi na podłodze skrzyniami. Przy stoliku z kasą siedzi w średnim wieku arabska kobieta w czarnej chuście na głowie. W mijanym sklepiku z kosmetykami widzę sprzedawczynię z zasłoniętą twarzą. Panuje tu zaduch, jest brudno, a każdy kawałek ściany pokryty gryzmołami. Nad nami na rozciągniętych między budynkami sznurach schnąca bielizna.

Wychodzimy bezpośrednio na Via A. Gramsci już z większymi i czystszymi sklepami. Przechodzimy przez nią na nadmorską, portową promenadę pod estakadą. Trafiamy na marinę pełną jachtów żaglowych i motorowych. Za nią Porto Antico z przycumowanym żaglowcem, który był wykorzystywany przy kręceniu filmu „Piraci„ Polańskiego. Jesteśmy na końcu zatoki w kształcie koła z całkowicie zabudowanym brzegiem, z wychodzącymi w jej głąb pirsami i przystaniami. Ta centralna część Genui nosi nazwę Metropolitan Area.

Idziemy pod estakadą, gdzie część chodnika to parkingi rowerowe, skuterów i motocykli. Między nimi duże kubły na śmieci i wydzielający się fetorek. Robi się gorąco. W słońcu dochodzi do 30 stopni. Jesteśmy już lekko zmęczeni i słońce też zaczyna robić swoje. Wleczemy się powolnym krokiem, szukając cienia pod estakadą.

Obok stacji metra San Giorgio siadamy przy ulicznym barze na kufelek piwa za 5 euro. Tutaj, podobnie jak przed Zamkiem Sforzów w Milano piwo podawane jest w oszronionym szkle, wyciągniętym z zamrażarki. Bob, pierwszy zwiadowca i pilot wyprawy, robi rozpoznanie powrotnej trasy. Z planu centrum miasta nie możemy doczytać, jak dostać się do campera pozostawionego przy obwodnicy. Ale kto pyta, nie błądzi. Ciekawe, lecz kierowcy autobusów linii nr 2, parkujących przy stacji metra, nie orientują się, jak znaleźć przystanek linii 17. Dopiero uczynny Genueńczyk doradził nam dojechać metrem do stacji Bringole, gdzie są przystanki kilkunastu linii. Faktycznie, jest tam też końcowa stacja kolejowa, duży dworzec, a na wprost liczne przystanki autobusów rozjeżdżających się w różne kierunki miasta. Płacimy za parking i żegnamy Genuę.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o