Emeryt w Europie – cz. 9

0
130
Emeryt9
REKLAMA

Nocne życie w Monte Carlo i Monaco to kolejne miejsca po La Scali, które jak na razie nie udało mi się zaliczyć. Ostrzyłem sobie zęby, ale okazuje się, że moi koledzy nie przepadają za nocnym życiem, klubami muzycznymi czy dyskoteką i są raczej domatorami.

Kolacja w camperze, flaszka, dyskusja typu „nocne Polaków rozmowy” i spać. Żadnych baletów. Rano z Ventimiglia pniemy się kilkanaście kilometrów w górę, przełęcz i zjazd serpentynami do granicznej miejscowości Menton. Tutaj zatrzymuje nas mundurowy patrol – po raz pierwszy od dnia wyjazdu. Nie sprawdza dokumentów, tylko lustruje nas wzrokiem. Grześ pokazuje cztery palce i mówi „Poland”. Mundurowy zagląda do łazienki i każe odsunąć drzwi do spiżarni pod legowiskiem Boba. Nie zagląda do łoża nad kabiną kierowcy. Widocznie sprawdzają, czy nie przewozimy dzikich emigrantów. Salutuje wychodząc i każe jechać dalej.

REKLAMA

Autostradą szybko przejeżdżamy zabudowania Monaco i wjeżdżamy do Francji, bezpośrednio do Nicei. W przydrożnym supermarkecie robimy zakupy. Ceny wyższe niż we Włoszech co najmniej o 10-15 proc. W dzielnicy Biot tuż przy drodze do Cannes znajdujemy bardzo ładny camping „Roma” i postanawiamy zatrzymać się na dłużej. Pogoda się wyklarowała – jest 26 stopni, drobne chmurki. Blisko jest stacja kolejowa, a za torami plaża, z której widać wieżowce Nicei. Z drugiej strony cypel przesłania widok na Cannes. Wieczór spędzamy leżakując, sącząc piwo. Toalety i prysznice niepłatne. Ciepła woda bez ograniczeń. Dopominam się o relacje z Monte Carlo. Pierwsze wrażenie to brak ludzi na ulicach (nie dziwię się, bo godziny przedpołudniowe). Nieliczni turyści i samochody gorszych marek. Cały ruch odbywa się w podziemnych, wielopoziomowych tunelach na ruchomych schodach i chodnikach. Są sklepy, restauracje, usługi. Trafili akurat na otwarcie targów jachtów motorowych. Te tańsze po 20 mln euro. Musieli okazać brak zainteresowania, bo nie otrzymali zaproszenia od Księcia na otwarcie. Poszli do Casino Monte Carlo, licząc na jakąkolwiek wygraną. Niestety, nie wpuszczono ich z powodu krótkich spodenek. Zdegustowani postanowili wrócić, jechać dalej i na pożegnanie Włoch wypić 5-litrowy karton włoskiego wina bianco.

Zawsze myślałem, że Lazurowe Wybrzeże to nizina lub ewentualnie pagórki, a tu tylko wąski pas przy plażach i Alpy przed oczyma, gdzieniegdzie schodzące do morza. Naocznie utwierdziłem się, że Hannibal musiał się jednak przedzierać przez góry.

Do Cannes jedziemy pociągiem. Kursują co pół godziny. O tej porze (ok. godz. 10) w piętrowych wagonach nieliczni pasażerowie. Po wyjściu z dworca kierujemy się w stronę morza. Dwie przecznice i wychodzimy na marinę jachtową. Ulice powoli zapełniają się turystami, w większości w grupach. W marinie też większość to jachty motorowe. W przycumowanych do nabrzeża trwa sprzątanie i uzupełnianie zaopatrzenia. Lustrujemy wszystkie – co jeden to ładniejszy. Żal serce ściska, że nie dorobiliśmy się w PRL-u i III RP czegoś takiego. Nawet nie stać nas na wynajem. Robimy wypad z przystani na rozpoczynający się słynny bulwar. Mijamy planszę z napisem „Boulevard” i zdjęciem z 1900 roku, a następnie po jednej stronie Casino (nie wpuszczają nas z powodu krótkich spodni), a po drugiej Notre Dame Du Bon Voyage. Przyklejony do Casino jest Pałac Festiwalowo – Kongresowy. Kręcimy się wokoło odczytując odciski dłoni słynnych gwiazd filmowych. Za nim mini lunapark dla dzieci, kioski i rozciągnięty czerwony dywan-chodnik. Prowadzi on wzdłuż ogrodzenia budowlanego – trafiliśmy na remont całego bulwaru. Stąpamy więc po nim, przyglądając się rozwieszonym na ogrodzeniu fotkom aktorek, aktorom i scenom ze znanych filmów. Po drugiej stronie hotele, apartamentowce. Coraz więcej mijanych turystów i słońce bardziej przypieka. Z wywieszonymi językami dochodzimy do końca ogrodzenia i zejścia na plażę zastawioną leżakami, stolikami z parasolami.

Przy skarpie, jeden obok drugiego, dość znaczne bary. Dopadamy do pierwszego wolnego i zamawiamy 4 piwa. Po trzech godzinach spaceru pełny relaks. Przyglądam się gościom baru – większość coś spożywa, popijając winem, bardzo rzadki widok piwa, kawa, lody. Prosimy o rachunek – 48 euro. Robimy duże oczy, a Bob wyciąga 50 euro i płaci z napiwkiem 2 euro. Po chwili sprawa się wyjaśnia. Wylądowaliśmy w barze plażowym hotelu z kasynem Marriott. Ładnie emerycie – piwo za 55 zł. Chyba najdroższe, jakie piłem. Upał i PESEL robią swoje. Powoli ciągniemy się ulicami w kierunku dworca. Wracamy wypełnionym pociągiem na stojąco. Na campingu mamy do wypicia 5-litrowy karton wina z Włoch.

Ferdynand Wróbel

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o