Gdy trafisz do Cienaga

0
363
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Moim ulubionym sposobem podróżowania jest jeżdżenie wbrew przewodnikom – z omijaniem znanych turystycznych atrakcji i zatrzymywaniem się w miejscach niewymienianych w poradnikach dla turystów. Nigdzie nie sprawdziło mi się to tak dobrze, jak w Cienaga.

REKLAMA

Plaża wśród błot
Cienaga to nieduże, postkolonialne miasto na kolumbijskim wybrzeżu. Nazwa znaczy tyle, co błoto lub bagno – miasto leży na podmokłych terenach, wśród mangrowców i różowych, mocno zmineralizowanych jeziorek. Związane z tym miejscem legendy opowiadają o czarach i o potworach wychodzących z wody. Na wybrzeżu stoją co najmniej trzy pomniki z krokodylami. Ale o tym potem.
W Cienaga, po pierwsze, zostałam porwana. Taksówkarz zażądał ode mnie – białej turystki – 10 tys. pesos (ok. 5$) za kurs do hotelu. Tak oburzyło to moją sąsiadkę z autobusu – pulchną dziewczynę imieniem Brenda, że taksówkarzowi kazała iść do diabła, mnie zaś wpakowała do rowerowej rikszy i powiozła do Casa La Paz – miejsca, gdzie w Cienaga zbierali się różni lokalni dziwacy, od malarzy i filmowców-amatorów po działaczy organizacji przeciw przemocy i przyjaciół Indian z Sierra. Niemal prosto stamtąd trafiłam do nadmorskiego cabana – domu z ogrodem, zasiedlonym przez kilkuosobową „komunę”: dwie ładne siostry, Loidę i Yubi, Catalinę, która wynajmowała drugi pokój, mieszkającego w ogrodowej altanie Davida, i paru okazjonalnych lokatorów, korzystających czasami z hamaków na werandzie. Grono domowników uzupełniali: pies imieniem Bambam, kot zwany Rumpelstilzkin, domowe gekony, ogrodowe iguany, dzięcioły, kolibry i inne ptaki.
Na plażę było stąd kilkadziesiąt metrów. Rybacką plażę, z brązowożółtym piaskiem i białymi czaplami, siadającymi chętnie – także podczas połowu – na drewnianych łodziach. Rano rybacy spychali łodzie na wodę, a ludzie z miasta uprawiali na plaży jogging. Woda była ciepła, brązowawa (w piasku Cienaga jest zawsze domieszka węgla, który w okolicy się wydobywa), ale dość spokojna, by w niej pływać – co na kolumbijskim wybrzeżu, które cechuje silny przybój i wysokie fale, jest rzadkością. Pies Bambam chadzał z nami na plażę i – gdy pływaliśmy – warował przy pozostawionych na piasku rzeczach.
Jakiś kilometr dalej, idąc wzdłuż plaży, docierało się do ujścia niewielkiej rzeki – miejsca niezwykle malowniczego, z panoramą gór Sierra Nevada w tle, z chmurami białych czapli i kluczami kormoranów w powietrzu. Woda morska i rzeczna mieszały się ze sobą, tworząc coś w rodzaju naturalnego jacuzzi. Zatrzymywali się tu rybacy, czyścili sieci i na porośniętej trzciną wysepce piekli na ognisku świeżo złowione ryby. Na gałęziach siedziały łowiące drobnicę kormorany. Dzieci z wioski chlapały się na płyciznach, udając syreny i rekiny.

fot. Marta Tutaj

Rynek pełen smoków
Samo miasto spodobało mi się już podczas pierwszej przejażdżki rikszą do Casa La Paz. Jechaliśmy powoli niemal pustymi uliczkami między niskimi, kolorowymi domami. Cienaga jest podobno miastem stutysięcznym, ale ponad połowa populacji mieszka w podmiejskich wioskach. Historyczne centrum to budynki jednopiętrowe lub parterowe, a samochody są tu rzadkością. W prowadzących na Plaza Mayor i w stronę morza uliczkach spotkać można głównie moto- i cykloriksze, przemierzające miasto w tempie spacerowym.
Cienaga ma rynek z białą glorietą, białym kościołem i zadrzewionymi skwerkami, których atrakcją są… miejskie smoki (!) Tak – wielkie, metrowe iguany wspinają się po gałęziach drzew, spacerują po suchej trawie, po chodnikach i ławkach. Przechodnie z respektem schodzą im z drogi. Bardzo poważny i starannie umundurowany młody policjant, pełniący wartę przed bramą pobliskiej Alcaldii (odpowiednik urzędu miasta), pilnuje, by nikt nie zaczepiał, ani nie krzywdził smoków. To część jego codziennej służby – iguany są pod opieką władz miasta. Obok jaszczurów na skwerku żyją także ptaki oraz rude wiewiórki – podobne do europejskich i równie oswojone, tylko trochę bardziej rude i mniej kudłate. Żyją na skwerku w zgodzie z ludźmi, smokami i ptakami, co wzmacnia poczucie prowincjonalnego spokoju, ogarniające tu człowieka.
Alcaldia, dodajmy, mieści się w postkolonialnym pałacu i ma fantastyczne patio z fontannami i tropikalną roślinnością. Na placu wokół ruchomych wózków sprzedaje się arepas i empanadas – nadziewane różnościami przekąski, tinto, czyli kawę z termosów (dobrą!), a także świeże owoce i raspao – kruszony lód z syropem w różnych smakach. Czekanie na załatwienie sprawy w Alcaldii nie jest w tych warunkach przykre. Na przykład raspao, gdy czekasz, powoli zamienia się w bardzo zimny drink…

O duchach i krokodylach
Kto woli zjeść lub napić się czegoś przy stoliku, może skorzystać z którejś restauracji/kawiarni/piwiarni przy rynku. Te droższe są klimatyzowane, ale moja ulubiona jest otwarta na rynek, ma dwa ciężkie, ozdobne wentylatory, mnóstwo postkolonialnych złoceń oraz wystawę obrazów miejscowego malarza-prymitywisty, Pedro Mendozy. Sok świeżo wyciskany z owoców kosztuje tu 2 tys. pesos, obiad złożony z zupy z pożywną „wkładką” oraz mięsnego dania z ryżem, sałatką i smażonymi bananami – najwyżej 3 dolary. Wieczorami przy rynku można też kupić krewetki w formie ceviche (na surowo z przyprawami i sosem), salchipapę (makaron z mięsem) i chichę (domowej roboty różowy napój alkoholowy).
W Cienaga jest też autentyczna, wciąż działająca loża masońska oraz Casa de Diablo – dom, w którym straszy (!). Ten ostatni to willa pozostała po lokalnym milionerze, który w latach dwudziestych XX w. wzbogacił się na handlu bananami. Cienagueros uznali, że tak szybko można zdobyć wielki majątek tylko z pomocą diabła. Trzeba dodać, że w okresie bananowego boomu w okolicach Cienaga miał miejsce strajk nieludzko traktowanych robotników z plantacji. Plantatorzy sprowadzili wojsko, które zmasakrowało strajkujących, a ciała wrzucono do morza. Kiedy wkrótce potem bananowy magnat z Cienaga splajtował, ludzie uznali to za normalne następstwo cyrografu z diabłem. Willę zlicytowano, ale nie było chętnych do mieszkania w niej – dziś świeci pustkami i niszczeje…
Cienaga ma też publiczną plażę z jasnym piaskiem, mnogością małych restauracji tłoczących się w cieniu oraz pomnikami krokodyli przy wejściu. Dlaczego krokodyli? Głównie dlatego, że Taniec Kajmana jest starannie kultywowaną tradycją miejscowego karnawału. I jest wiele legend o krokodylach. Przy plaży stoi np. monument z wielkim kajmanem i panienką w odświętnej sukni, z ozdobną parasolką. To panna Tomasita, którą – według ludowej pieśni – pożarł kajman. Dwie siostry poszły na brzeg rzeki, mówi pieśń, Juanita i Tomasita – a wróciła już tylko jedna…

fot. Marta Tutaj

U wód
Dwie siostry, w których domu mieszkałam – Loida i Yubi – poświęciły sporo czasu, by pokazać mi lokalne atrakcje i ciekawostki.
Zabrały mnie nad Lagunę – wielkie jezioro o kilka kilometrów od Cienaga, za którym zaczyna się Parque de Salamanca – rezerwat mangrowców, słonych błot i rozlewisk, ciągnący się wzdłuż drogi do Cartageny. Dodajmy, że z tym właśnie rejonem – plantacjami między cienagas a Sierra Nevada – związana jest magiczna akcja „Stu lat samotności” Garcii Marqueza.
Nad wielkim jeziorem patrzyłyśmy, jak rybacy rzucają misternie składane sieci z ciężarkami, rozkładające się nad taflą wody jak wachlarz. Potem Yubi dogadała się z rybakami wypływającymi na połów, by zabrali nas do łodzi. Prażyło słońce, rybacy wyciągali sieć, a Yubi wyplątywała z niej kraby i rybki…
Potem byłyśmy na karnawałowej fiesta w Baranquilla i na miejscowym festynie. Kolejnego dnia dziewczyny wysłały mnie mototaxi przez plantacje bananowców do pobliskich źródeł wulkanicznych, gdzie można skorzystać z gorącej, mineralnej kąpieli, masażu i okładów błotnych (duża sałatka owocowa wliczona w cenę masażu!).
Zatrzymałam się w Cienaga po drodze do Cartageny, i przystanek mi się przedłużał. Gdy już trafisz do Cienaga, nie warto się stąd ruszać.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o