Do Trujillo, miasta na północy Peru sławnego z kasyn i działalności karteli narkotykowych, dotarłam w stanie… nieświeżym. Od paru dni jechałam przez Peru metodą dzień na zwiedzanie/noc na podróż, a w moim ostatnim hotelu w Huaraz nie było wody. Była za to dobrze prosperująca populacja prusaków. – Nie gaś światła, nie będą wyłazić – poradził mi pogodnie właściciel hotelu.
Potem przebyłam Cordillerę rozklekotanym mikrobusem pełnym ludzi z górskich wiosek, kóz, psów i kur, z dachem uginającym się od wszelakich bagaży: worków z nawozami, plastikowych miednic, tobołków zawiązanych w kolorowe poncha. Tym razem jechałam w dzień, bo tak chciałam – by oglądać widoki. Widoki były tego warte, ale przez okna waliły też tumany kurzu. Na koniec wjechaliśmy do Chimbote, największego portu rybackiego w Peru – tak cuchnącego mączką rybną, że już parę przystanków przed miastem Leopoldo – mój 12-letni sąsiad w autobusie – poradził mi zatkać nos. Faktycznie, woń otaczała miasto gęstą, nasyconą chmurą.
Ciudad Trujillo
Na szczęście Chimbote udało mi się szybko opuścić dzięki Monice, pielęgniarce z Trujillo, jadącej w tę samą stronę. Wynajęła dla nas taksówkę, wybrała autobus („Tylko jedna linia tania i czysta!”), nadzorowała zapakowanie naszego bagażu („Nie daj się naciągnąć bagażowemu na napiwek!”).
Podczas drogi do Trujillo Monica radziła mi, co jeść, pić, co zobaczyć, gdzie nie chodzić, jakim autobusem jechać do granicy ekwadorskiej i gdzie szukać hotelu. Na dworcu w Trujillo rzuciła mi się na szyję i udzieliła ostatniego ostrzeżenia:
– Taksówka w Trujillo – nie więcej niż trzy sole!!
Za dwa i pół sola dotarłam więc do hotelu przy Calle Pizarro, mieszczącego się w imponującym kolonialnym budynku ze schodami jak z rewii, wewnętrznym dziedzińcem z fontannami oraz pokojami „con aqua friya y caliente” (z zimną i ciepłą wodą). Nareszcie wzięłam kąpiel!
Trujillo miało wówczas sławę miasta niebyt bezpiecznego, narkotykowego. Ja jednak trafiłam tam w porze „długiego weekendu” przed 1 listopada. Miasto było ciche i niemal puste. Panował nastrój niedzielnego popołudnia – po malowniczych ulicach wśród kolonialnych budynków leniwym krokiem spacerowały rodziny z dziećmi. Młodzież gromadziła się w salonach gier (w centrum najmniej kilka na każdej ulicy), które jednak dzięki dekoracjom na Halloween – lampionom z dyni, szkieletom, pajęczynom, manekinom w czerni i kartonowym nietoperzom – bardziej przypominały wnętrza ekscentrycznych dyskotek. Na Plaza de Armas stacjonowało kilku pucybutów, podsuwających usłużnie swoim klientom gazety do poczytania na czas polerowania obuwia. Zdarzało się, że proponowali i działki koki, ukryte w skrzynkach ze szczotkami, ale nie nalegali, gdy się grzecznie odmówiło.
Spacerowałam więc po ulicach, opychając się świątecznymi słodyczami – bakaliami w miodzie i karmelu. Wieczorem, wyrzucając sobie europejskie nawyki, w kawiarence z galerią dobrych obrazów wypiłam najlepszą chyba w życiu kawę po wiedeńsku, a w chifie (chińskiej restauracji) obok zjadłam sałatkę gigant ze świeżych owoców. Wtedy – po czterech dniach spędzonych w drodze – stwierdziłam, że w Trujillo marzenia się spełniają. Przynajmniej, jeśli dotyczyły ostatnio gorącej kąpieli i kawy z bitą śmietaną.
Duchy glinianego miasta
Następnego dnia zwiedzałam ruiny Chan Chan – rozległe miasto z gliny, główną lokalną atrakcję archeologiczną.
Chan Chan było kiedyś – ponad pięć wieków temu – stolicą Indian Chimu i największym w ogóle miastem Ameryki Południowej. Zbudowano je z glinianej cegły adobe – nie wypalanej, a suszonej na słońcu. I zbudowano bardzo ozdobnie, bo ściany domów w Chan Chan pokryte są ornamentem płaskorzeźb. Chciałam je zobaczyć, bo w przeciwieństwie do większości indiańskiej architektury – z wizerunkami bogów i ludzi – jest to głównie ornamentyka zwierzęca: ptaki, wiewiórki, ryby, lamy.
Gliniane miasto nie zachwyciło mnie przesadnie. Owszem, rozległe i ponad wszelką wątpliwość gliniane w każdym metrze tej rozległości. Ale nie tak malownicze jak wysokogórskie Machu Pichcu, nie tak wyraziste jak Sacsayhuaman. Co prawda, w czasie, gdy tam byłam, po sezonie, było częściowo zamknięte, a wiele glinianych ornamentów pilnie wymagało renowacji. Najlepsze lata Chan Chan jako atrakcji turystycznej miały dopiero nadejść. W 2018 roku w samym mieście i okolicach dokonano tu pewnych odkryć archeologicznych, po których gliniane miasto stało się sławne.
Pierwszymi byli podziemni wojownicy.
W przyziemiu jednej z budowli, zasypanym ziemią, po rozkopaniu znaleziono 20 regularnych wnęk, w których stały drewniane figurki o wysokości ok.70 cm. Wszystkie (prócz tych, które straciły głowy) miały na twarzach maski z glinki, barwionej na biały kolor odłamkami muszli i kości. Robiło to dość niesamowite wrażenie, i takie zapewne było zadanie tych „strażników” – mieli przerażać. Najlepiej zachowane figury trzymały w rękach różne rodzaje drewnianej broni.
Na podstawie badań drewna ustalono, że figury powstały ok. XI w. Chan Chan było stolicą ludu Chimu od połowy IX w. do XV w., kiedy to państwo zostało podbite przez Inków.
Kilka miesięcy po odkopaniu niszy z drewnianymi wojownikami, w Chan Chan dokonano znacznie bardziej makabrycznego odkrycia. Rozkopano teren wokół rytualnego ołtarza około pół mili od centrum, – kilka lat wcześniej znaleziono tam pojedyncze szkielety dzieci. Po staranniejszych wykopaliskach okazało się, że wokół ołtarza spoczywają szkielety ponad 140 dzieci (!) w wieku od kilku do kilkunastu lat, a także kości ponad dwustu młodych lam. Wszystkie nosiły ślady gwałtownej śmierci. Ułożenie kości i czerwony pigment, używany w indiańskich ceremoniach sakralnych, wskazują, że i dzieci, i zwierzęta złożono w masowej ofierze bogom.
W Chan Chan były świątynie Słońca i Księżyca, przede wszystkim jednak w glinianym mieście czczono bóstwa wody – od nich zależało zarówno rolnictwo, główne zajęcie Chimów, jak i bezpieczeństwo domów – w ulewnym deszczu suszona cegła gliniana nie jest trwała. W latach, gdy El Nino przynosi nad wybrzeże Peru gwałtowne opady, Chan Chan wpisanemu na listę zabytków UNESCO, zagraża gwałtowna erozja.
Archeolodzy przypuszczają, że dłuższy czas niepogody mógł doprowadzać Chimów do takiej rozpaczy, iż urządzali przebłagalne hekatomby z dzieci i młodych zwierząt. Ale to hipoteza, bo w sumie niewiele wiemy o kulturze ludzi z glinianego miasta, których imperium przestało istnieć jeszcze przed przybyciem na kontynent białych ludzi. W każdym razie obecnie Chan Chan – odrestaurowane i po odkryciu jego mrocznych tajemnic – jest na pewno odpowiedniejszym miejscem na spędzenie tam Halloween.
Po powrocie z glinianego miasta, w Trujillo zwiedziłam jeszcze dwie galerie ceramiki Mochica, ulokowane w prywatnych klubach, mieszczących się w kolonialnych domach. Gliniane naczynia ludu Moche – poprzedników Chimów na tych terenach – używane były m.in. w obrzędach pogrzebowych i zapewne dlatego też robią trochę niesamowite wrażenie. Okrągłe naczynia z cienką szyjką mają twarze ludzkie i zwierzęce, patrzą na zwiedzających glinianymi oczami…
Wieczorem ruszyłam w drogę – nocnym autobusem na północ, do granicy, by rankiem być już w Ekwadorze.



![Alarm pożarowy na budowie przy ul. bł. Karoliny. Na miejscu straż pożarna i policja [ZDJĘCIA]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/IMG_20260413_085024-218x150.jpg)



![Pożar domu w Woli Rzędzińskiej. 29 strażaków w akcji, jedna osoba ranna [ZDJĘCIA]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Pozar_na-Woli_Rzedzinskiej-3-218x150.jpg)
















