Hiszpańska ptasia jesień

0
54
Costa Blanca
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Costa Blanca to bodaj najbardziej popularne wakacyjne wybrzeże Hiszpanii. W sezonie są tu roje turystów, tłumy na plażach, kwitnie życie nocne. Tak się jednak złożyło, że na Costa Blanca spędzałam jesień – od września do połowy listopada.

Nic w tym ekstremalnego, bo nawet w zimie średnia temperatura na Costa Blanca bliska jest 20 stopniom, a śnieg pojawia się sporadycznie. Wieją jednak silne wiatry, czasem przynoszące ulewne deszcze, na morzu rosną fale, a kąpiele tracą na popularności. Z basenów przy willach spuszcza się wodę.

REKLAMA

Różowe jezioro

Nie ma jednak wysokich fal na Laguna Torrevieja – surrealistycznie różowym jeziorze o wodzie ciężkiej od soli. Z tej soli, wydobywanej z zasolonych jezior i zwanej tu „białym złotem”, żyły zresztą przez półtora wieku wioski na Costa Blanca – długo przedtem, nim wybrzeże stało się rajem turystycznym. W różowych, supersłonych wodach Laguna Torrevieja żyje jeden maleńki skorupiak, przystosowany do tego środowiska, a roślinność wokół zdominowała Salinaria marinara – czerwony krzew żyjący na słonej glebie. Brzegi jeziora pokrywa biała, skrystalizowana sól, przypominająca śnieg – w połączeniu z różową wodą i czerwonawą roślinnością jest to naprawdę nieziemski krajobraz.

Jezioro jest tak płytkie, że można je w zasadzie przebrodzić od brzegu do brzegu. Nie na bosaka jednak, bo dno pokrywają ostre kryształy soli. Płytkie wody i jesienią są dość ciepłe, zdarzali się amatorzy zdrowotnych kąpieli w solance.

Nad różowe jezioro chodziłam najchętniej wczesnym rankiem, obserwować ptaki. Zawsze było ich tu sporo. Po brzegu spacerowały siewki, czaple, a czasem i flamingi, mewy gromadziły się w wielkie stada, w gąszczu salinarii buszowały pokrzewki aksamitne, trznadle, szczygły, głuszki, dzwońce. Na drutach wzdłuż drogi siadały ciekawskie niebieskie sroki i jaskółki różnych odmian, po ziemi biegały dudki z fantastycznymi czubami, sondując dziobami glebę.

Na Costa Blanca zobaczyć też można dziko żyjące papugi – głównie nierozłączki i większe, zielone mnichy. To potomkowie ptaków hodowlanych, które – często wypuszczane po sezonie – zaaklimatyzowały się. Ich obecność wokół różowego jeziora zwiększa jeszcze poczucie nierealności krajobrazu.

Szczygieł o świcie
Szczygieł o świcie | fot. Marta Tutaj

Fale i muzyka

Celem moich jesiennych wycieczek było też skaliste wybrzeże w Rocio del Mar. Fale, wpadające z rozpędem w wydrążone skały, wyrzucały pionowo w górę gejzery wody. Morze wyrzucało też jesienią sporo brunatnych wodorostów, które może nie poprawiały wyglądu niewielkich, ukrytych między skałami plaż, ale przyciągały kraby i ptaki, które były wdzięcznymi obiektami obserwacji. Przy stertach trawy morskiej nieodmiennie gromadziły się ruchliwe kamuszniki, wędrujące stadami wśród wybrzeża. Między nimi spokojniej i poważniej kroczyły kuliki o łukowato wygiętych dziobach, które od czasu przystawały na jednej nodze, żeby… pospać. Czaple nadobne, białe o jaskrawożółtych stopach, wędrowały wzdłuż plaży, ale bardziej od trawy morskiej interesowały je ryby i kraby, szybkim ruchem dzioba wyciągane z wody. Wokół na piasku przysiadały czubate dzierlatki i świergotki morskie, a w suchych zaroślach na skraju plaży buszowały rudawe kląskawki. Były także mewy i rybitwy czubate, przysiadające na bojach wyznaczających kąpielisko. Nie zabrakło drapieżnych pustułek, polujących nad wybrzeżem na drobne ptaki, a w przerwie łowów przysiadające na palmach. Pierwszy raz obserwowałam pustułki w takim otoczeniu.

Mimo, że pogoda nie pozwalała już na kąpiele, na wybrzeże przyjeżdżało wciąż sporo ludzi, by spacerować, biwakować, patrzyć na morze. Poznałam Carlosa, który przyjeżdżał z gitarą i godzinami grał, siedząc na nadbrzeżnej skale. Nie robił tego zarobkowo i było mu wszystko jedno, czy ktoś go słucha. Twierdził, że improwizuje do morza, nieba i wiatru. Grał dobrze i w wędrówce wzdłuż wybrzeża chętnie zatrzymywałam się, żeby posłuchać jego muzyki.

Zielone jezioro

Był jeszcze ptasi rezerwat w La Mata, na zielonym jeziorze – wyznaczone ścieżki, wieże obserwacyjne i czatownie do obserwacji ptaków. Jezioro La Mata jest rozległe. W okresie, gdy tam byłam, na jego środku koczowało ogromne stado perkozków i zauszników, wyglądające z daleka jak wyspa na wodzie. Wokół chodziły niezbyt liczne, ale charakterystyczne i trudne do przeoczenia flamingi. Bliżej brzegu trzymały się szczudłaki o nieproporcjonalnie długich nogach i szablodzioby, szlamniki, brodźce, a także grupami siedzące czaple, siwe i białe. W zielonej wodzie łowiły spokrewnione z orłami rybołowy, a w drzewach i zaroślach porastających brzegi jeziora, w południe wciąż koncertowały cykady.

Więcej flamingów można było zobaczyć w Santa Pola, po drodze do Alicante. Santa Pola znana jest z kąpielisk, bo ma szerokie, piaszczyste plaże, a wodę daleko w morze płytką i stosunkowo ciepłą. Wzdłuż drogi do Alicante znajduje się tu też wiele jezior solnych, w większości wciąż eksploatowanych. Dwa najbliższe w Santa Poli nie służą już jednak produkcji soli, natomiast wśród wysokiej trzciny i czerwonych kęp salinarii ustawiono budki do obserwacji ptaków. Można ich tu zobaczyć sporo. Flamingi brodzą w wodzie czasem tuż przy ruchliwej drodze, towarzyszą im czaple i szczudłaki. Na wodzie roi się od kaczek – w tym charakterystycznych, czerwonodziobych oharów, a także łysek i kurek wodnych, perkozów i perkozków, siadających na wodzie mew. Nad wodą latają jaskółki, rybitwy, wróble trzcinowe. Wędrując między jeziorami można przy odrobinie szczęścia spotkać piżmaki albo wydry, a na pewno – króliki, które na hiszpańskim wybrzeżu zasiedlają wszelkie nieużytki, i których nory w zaroślach salinarii nie są nawet specjalnie ukryte.

W Santa Pola jest też duży port rybacki i największy chyba w tej części wybrzeża targ rybny, gdzie sprzedaje się codzienny połów. Wieczorami, w świetle lamp ulicznych wystawia się rozmaitość ryb i krabów, skrzynie pełne krewetek i małży. Jest wielu klientów. Hiszpanie jadają kolację późno, wieczór to akurat dobra pora, by kupić świeże owoce morza.

Pejzaż
fot. Marta Tutaj

Najmniejsza wyspa

Z portu w Santa Pola kursują łodzie na Tabarcę, moją ulubioną wyspę na Costa Blanca, a także najmniejszą zasiedloną wyspę Hiszpanii. Ma niewiele ponad półtora kilometra długości, mniej niż 500 m szerokości i ok. 30 ha powierzchni. Była kiedyś bazą piratów śródziemnomorskich. Potem, w XVIII wieku, król Carlos III osiedlił na niej wykupionych z niewoli beja Tunisu chrześcijańskich jeńców. Przez prawie dwa wieki, zanim wyspa stała się atrakcją turystyczną, tabarquinos żyli tu z rybołówstwa. Na wysepce zachowały się XVIII-wieczne królewskie fortyfikacje, wysoki kościół i domy, które król kazał wybudować dla osadników. Zabudowa przypomina bardziej stare włoskie miasteczka, niż najeżone wieżowcami wybrzeże Costa Blanca. Zurbanizowaną część wyspy w XX wieku uznano za krajobraz chroniony, zaś część niezabudowana to rezerwat przyrodniczy, chroniący m.in. lęgowiska mew i łowiska kormoranów. W historycznych murach obronnych gnieżdżą się jerzyki blade, a w niskich, kolczastych zaroślach porastających wysepkę żyje wiele ptasiego drobiazgu: pokrzewki aksamitne, muchołówki, piecuszki, trznadle. Wiosną i jesienią zatrzymuje się tu także wiele drobnych ptaków podróżujących między Afryką i Europą – ornitolodzy, którzy mają swoją siedzibę w starej latarni morskiej, prowadzą badania Na wodach przy wschodnim końcu wyspy utworzono też park morski, obejmujący podwodne łany traw Posidonia oceanica i żyjących w nich zwierząt. Jest to dobre miejsce dla nurków i amatorów pływania z maską. Jesienią jednak nad wyspą wieją silne wiatry i morze często jest wzburzone.

Tym niemiej Tabarca jest, jak dla mnie, magicznym miejscem. I, mimo położenia przy ruchliwym turystycznym wybrzeżu, cudownie odludnym. Mieszka tu w sezonie kilkadziesiąt osób, zwykle jednak populacja wyspy nie przekracza kilku osób (!) Spacerując wzdłuż starych murów, po wąskich uliczkach czy po rynku zwanym Karoliną, ma się wrażenie podróży w czasie.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments