Kilka maltańskich specjałów

0
35
Malta
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Najlepszym, moim zdaniem, upominkiem z Malty – jeśli już czasy zmienią się na tyle, że będzie można, jak kiedyś, swobodnie odwiedzić tę wyspę – jest butelka likieru harubba. Ten słodki, lekko ziołowy w smaku trunek jest w Polsce – od razu zaznaczam – praktycznie nie do dostania. Robi się go przede wszystkim na Malcie, a także w niektórych okolicach we Włoszech, gdzie znany jest jako likier karobowy, robiony z drzewa świętojańskiego.

Drzewo z rzymskich czasów
Podczas pobytu na Malcie skosztowałam likieru przede wszystkim dlatego, że w Xemxija – gdzie mieszkałam – rośnie najstarsze drzewo na wyspie. Jest to dobrze podobno tysiącletnie drzewo harubba właśnie – znane też jako drzewo karobowe, albo szarańczyn strąkowy albo ceratonia (łac. Ceratonia siliqua), albo jeszcze jako tzw. drzewo świętojańskie. Trudno się dziwić, że drzewo uprawiane od czasów starożytnych ma aż tyle nazw.

REKLAMA

W Xemxija, mniej niż pół kilometra od mojego hotelu, zaczynał się tzw. Szlak Rzymski, oprowadzający po ruinach rzymskich i fenickich osiedli. Są tam nie tylko domy farmerów, z wciąż istniejącymi kamiennymi ogrodzeniami, studniami i ścianami z dopasowanych kamieni, ale i domy urządzone w naturalnych jaskiniach, i starożytne appiaria – pasieki wykute w skale, z rzędami jednakowych otworów, w których kiedyś mieściły się ule. Właśnie przy jednym z appiariów, otoczone kamiennymi murkami i schodkami, rośnie ponadtysiącletnie drzewo świętojańskie. W 1989 roku napisano o nim długi poemat.

Nie jest wysokie – ten gatunek drzewa dorasta podobno do 15 m, ale ma szeroką koronę z rozłożystymi konarami, których u starych okazów główny pień nie może już udźwignąć. Rozkrzewiają się więc, rosną bardziej w dół, niż w górę, opierają się o ziemię, by znów odrosnąć w górę. Najstarsze drzewo na Malcie wygląda więc raczej jak gniazdo splecionych, grubych konarów, niż jak samotny olbrzym. Za to w obwodzie ma ponad siedem metrów. Próbując je sfotografować, z żadnej strony nie zdołałam zrobić dobrego ujęcia, pokazującego rozmiar czy kształt drzewa – tym bardziej że otaczają je zewsząd starożytne mury. Łatwiej było fotografować appiarium, domy w jaskiniach czy otaczające ruiny aleje wielkich opuncji… Albo widoki ze wzgórza na wybrzeże Malty.

Drzewo harubba. Jeden z konarów
Drzewo harubba. Jeden z konarów | fot. Marta Tutaj

Na wagę… klejnotów

Drzewo świętojańskie, karob, ceratonia czy szarańczyn to roślina bardzo w historii ludzkiej cywilizacji zasłużona. W regionie śródziemnomorskim drzewa te od czasów prehistorycznych rosły dziko, a już w społeczeństwach cywilizacji starożytnych były także często uprawiane. Owoce szarańczynu vel ceratonii – grube, ciemne strąki zawierające rzędy równych nasion – nazywane są chlebem świętojańskim. W okresach głodu mielono je i zjadano w formie podpłomyków jako „chleb świętojański”. W czasach dostatku natomiast mączki z nich używano do słodzenia – strąki drzewa świętojańskiego zawierają bowiem ok. 50 proc. cukru. Do dziś mączki karobowej dodaje się do ciast (a na Malcie lokalną specjalnością jest także ciasto karobowe), a tzw. guma karobowa, znana też jako mączka chleba świętojańskiego, jest popularną substancją zagęszczającą, do dziś stosowaną w różnych produktach.

Strąkami drzewa świętojańskiego żywił się podobno na pustyni św. Jan Chrzciciel (stąd zwyczajowa nazwa ceratonii). O ile nie jadł szarańczy… Interpretatorzy tekstów biblijnych nie są bowiem całkiem pewni, czy w zapisie o spożywaniu przez świętego szarańczy nie chodzi jednak o szarańczyn (!). Jest także całkiem prawdopodobne, że szarańczyn jadał syn marnotrawny z biblijnej przypowieści, w czasach, gdy jadał resztki pokarmu świń… Szarańczyn często traktowano także jako roślinę pastewną i jego strąkami karmiono zwierzęta domowe.

Nie dość tego. Owoców drzewa świętojańskiego używa się do produkcji dietetycznych i nieuczulających substytutów kakao i czekolady, bo w smaku przypominają słodkie kakao, nie zawierają natomiast kofeiny i mają niską zawartość tłuszczu. Natomiast z soku z tych owoców, zwanego kaftaan, robi się m.in. syropy używane w cukiernictwie, przetwórstwie owoców oraz… w produkcji likierów karobowych właśnie. Znakomitych.

Drzewo świętojańskie ma swoje zasługi także dla… sztuki jubilerskiej. Nasion wypełniających karobowe strąki, ze względu na ich niemal identyczny rozmiar i masę, używano bowiem jako jednostek wagi. Dzisiejszy jubilerski karat ma źródłosłów w greckim keration, oznaczającym właśnie szarańczyn vel drzewo karobowe.

Plaża Ghajn Tuffieha
Plaża Ghajn Tuffieha | fot. Marta Tutaj

O królikach, których nie ma

Czego jeszcze warto skosztować na Malcie? Na pewno lokalnych serów owczych i kozich, w zasadzie typu twaróg, a w smaku jakby lekko „dojrzewających”… Sprzedaje się je zanurzone w serwatce. Właściciel lokalnego obwoźnego straganu owocowo-warzywnego – czyli samochodu służącego do sprzedaży towaru – miał takie sery domowego wyrobu i sprzedawał je wprost z dużej, ceramicznej kadzi. Ale maltańskie „sery narodowe” można kupić nawet w supermarketach, w plastikowych miseczkach i hermetycznych opakowaniach. Znakomite z maltańskim chlebem – o każdej porze dnia i nocy świeżym i chrupkim, wypiekanym z różnymi ziołowymi dodatkami.

Osobna kwestia to narodowe maltańskie danie z królika. Nie skosztowałam go. Moim zdaniem, na Malcie nie ma już królików. Narodowe danie musi powstawać z królików… importowanych.

Polowanie na króliki to maltański „sport narodowy”. Ze Szlaku Rzymskiego można – idąc przez pola, gaje oliwne i krótki odcinek ruchliwej asfaltowej drogi wzdłuż klifów, z rozległymi i bajecznie pięknymi widokami na lazurowe morze – dotrzeć do plaż Golden Beach, Ghajn Tuffieha i Gnejna – moim zdaniem najpiękniejszych na wyspie. Dość często tamtędy wędrowałam, jako że podróżowanie autobusem czy samochodem po Malcie to zajęcie dla cierpliwych i wytrwałych. Choć tę niewielką (ok. 27 km długości, niespełna 15 km szerokości) wyspę przecina we wszystkich kierunkach sieć asfaltowych dróg, każdy ma tu kilka samochodów i jeździ nimi nawet do ogrodu po pomidory (!). W efekcie na drogach Malty czeka się w korkach, a rozkłady autobusów są mocno zawodne.

Wolałam więc chodzić na plaże pieszo. Plusem tych wycieczek były rozległe widoki ze szlaku, minusem – konieczność mijania ogrodów i nieużytków, gdzie stały kamienne chatki dla myśliwych i nieustannie huczały śrutówki. Teoretycznie wszyscy polowali na króliki. Tyle że… podczas wędrówki nigdzie nie widziałam nor, śladów żerowania czy tzw. króliczych bobków – nieomylnych śladów obecności królików.

Rok wcześniej, podczas wędrówek na południu Hiszpanii, niemal na każdym kroku widywałam króliki. Były w ogrodach, na placach budowy, na miejskich skwerach, żerowały nawet na skrzyżowaniach i parkingach – wszędzie, gdzie znalazło się miejsce dla jakiejś roślinności. Tam nauczyłam się rozpoznawać „królicze” miejsca. Na Malcie takich nie spotkałam. Króliki na tej wyspie albo wyginęły, albo dawno temu zeszły do najgłębszego podziemia. I nie wychodzą. W plenerze są nieobecne!

Mimo to w każdym niezabudowanym punkcie wyspy w dzień i w nocy słychać śrutówki… A Maltańczycy bardzo nie lubią być przy tym „narodowym sporcie” widziani. Wniosek był jeden – tak naprawdę strzelają do ptaków. Niestety, nie tylko takich, jak hodowlane bażanty – choć w okolicach Xemxija widziałam jedną czy dwie farmy tych ptaków. Wszystkie ptaki na wyspie – nawet te drobne, jak wróble i rudziki – uciekają z daleka na widok człowieka. Nawet w Polsce dużo łatwiej do nich podejść. Niestety, większość ofiar maltańskich śrutówek to nawet nie miejscowe ptaki, ale przelotne, zatrzymujące się na Malcie w drodze przez morze. Wyspa jest dla drobnych ptaków dogodnym – choć często, niestety, śmiertelnym – przystankiem w przelotach z Europy do Afryki.

Gdy już wracałam i jechałam na lotnisko, trafił mi się dobrze mówiący po angielsku kierowca (wielka rzadkość na Malcie!). Nagabywany, niechętnie przyznał, że pieczyste z drobnych ptaków: kosów, kwiczołów, skowronków itd. – jest także (choć nieoficjalnie) tradycyjnym specjałem maltańskiej kuchni.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o