Kolorowa wyspa

0
84
Kolorowa wyspa
REKLAMA

Na jeziorze Titicaca, leżącym w Andach na wysokości ponad 3800 metrów n.p.m., jest sporo wysp. Do najbardziej znanych należą Isla Del Sol (Wyspa Słońca, dawne święte miejsce Inków) i Wyspy Uros – sztuczne wysepki z trzciny tottora, budowane przez Indian Uru. Ja wybrałam się na wyspę mniej znaną, której specjalnością są… robótki ręczne.

Nazwa Titicaca oznacza podobno pumę polującą na królika, bo takich kształtów dopatrzono się w zarysie brzegów jeziora. Osobiście uważam to tłumaczenie za mocno naciągane, nazwa jest jednak dźwięczna, a jezioro niezwykłe. Jest największym wysokogórskim jeziorem świata i największym jeziorem Ameryki Południowej. Leży na granicy dwóch państw – Peru i Boliwii. Jest niezwykle piękne. I jak całe piękno tego świata zagrożone, bo nieustannie zatruwają je ścieki.

REKLAMA
Alpaka
Alpaka | fot. Marta Tutaj

Na wysokim jeziorze

Jezioro Titicaca było kiedyś morzem śródlądowym, zwanym Lago Ballivan i pokrywającym całe południowoamerykańskie Altiplano – wielki andyjski płaskowyż. Przez wiele tysiącleci – prawdopodobnie od epoki miocenu – ruchy geologiczne i parowanie wód sprawiło, że morze skurczyło się do rozmiarów jeziora. Nadal jest jednak akwenem nie do pogardzenia. Ma ponad 190 km długości, do 80 km szerokości i ponad 100 m głębokości.

Powierzchnia Titicaca ma ponad 8,3 tys. km kw. – jest więc dość miejsca na wybór wysp. Na Titicaca leżą Wyspy Słońca i Księżyca (Isla del Sol i Isla de La Luna), a także wyspy Taquile, Amantani i Suriqui – w większości zamieszkane. Indianie Uru, dla których najwyraźniej zabrakło wysp, postanowili zrobić je sobie sami. Z porastającej jezioro trzciny budowali pływające platformy, na których powstawały całe wioski trzcinowych chatek. Dziś Wyspy Uros to wielka atrakcja turystyczna. Odwiedziliśmy je więc, oczywiście, jak wielu innych turystów. Następnego dnia postanowiliśmy zobaczyć jakieś mniej tłoczne miejsce.

Na wyspę Taquile płynie się motorówką z Puno (największego miasta nad Titicaca, po peruwiańskiej stronie jeziora) ponad dwie godziny. Widoki po drodze są fantastyczne, a powietrze jak pełen blasku kryształ. Wysokogórskie powietrze – Titicaca leży przecież o ponad 1200 m wyżej, niż szczyt Rysów! – sprawia, że słońce jest tu mocne, a wszelkie kolory intensywne, jaskrawe i czyste. Wody Titicaca – choć zanieczyszczane i degradowane każdego roku ściekami z miast i turystowisk zarówno po peruwiańskiej, jak i boliwijskiej stronie – mają w porannym słońcu piękny, szafirowo-turkusowy odcień.

Gdy nasza łódka przecinała tę barwną taflę, Helen – Angielka na stypendium w Peru – opowiadała, że zasnęła kiedyś na kwadrans na dachu łodzi. Wieczorem miała gorączkę i powieki tak zapuchnięte, że nie mogła otworzyć oczu, a później skóra zeszła jej z całej twarzy. Marc, francuski fotograf, pospiesznie ukrył się – wraz z aparatem fotograficznym – pod czapką z długim daszkiem.

Z odległości Taquile przypominała mi skaliste wysepki u wybrzeży Grecji – strome zbocza nagich, brązowo-rdzawych skał. Trzeba było wysiąść, by nagle zobaczyć i zieleń, i inne barwy wyspy: wielkie czerwone kwiaty wychylające się ze skalnych szczelin, zagajniki biało i żółto kwitnących krzewów, rozćwierkane głosami zielonych papużek i innych drobnych ptaków. Do wioski podchodziło się stromą, kamienną ścieżką, wśród oddzielonych od siebie niskimi murkami terasowych poletek. Z góry, w stronę przystani, biegły, klepiąc bosymi stopami o kamienie, dziewczynki w różowych sukienkach i czarnych chustach. Kobiety niosące tobołki pozwoliły zrobić sobie zdjęcia, pozując bez uśmiechu, z nieruchomymi – jak przystało na Indianki z gór – twarzami. Za kobiecą forpocztą pojawili się malowniczo ubrani mężczyźni, promiennie już uśmiechnięci i pozdrawiający uprzejmie każdego z wchodzących. Na Taquile – podobnie jak na trzcinowych wyspach – turyści są pożądanymi gośćmi.

Brama do wioski
Brama do wioski | fot. Marta Tutaj

Być jak Hiszpan

Przy kamiennym łuku bramy do wioski stał Indianin w fantastycznej, czerwono-pstrej, wełnianej czapce na głowie. Koniec czapki sięgał właścicielowi niemal do szerokiego pasa, tkanego na przemian z białej i czarnej wełny. Fason takiej czapki to specjalność Taquile – jest to wersja inkaskiej wełnianej czapeczki, ale rozbudowana trzykrotnie i zakończona wielkim, barwnym pomponem. Na Taquile mężczyźni noszą czapki inaczej, niż Indianie na lądzie – od czoła, lekko na bakier.

Na swej dość odleglej od brzegów wyspie mieszkańcy Taquile zachowali odrębność. Jeszcze przed 20-30 laty ich kontakty ze „stałym lądem” były sporadyczne. Taquilańczycy zachowali oryginalną kulturę i strój, naśladujący – na tyle, na ile można to było zrobić domowym sposobem – ubiór hiszpański z epoki kolonizacji Ameryki Południowej. Hiszpanie, zwycięzcy najeźdźcy, rozkazywali potomkom Inków. Mieszkańcy Taquile, których Inkowie traktowali jak poddanych, woleli więc upodobnić się do Hiszpanów. Do dam w szerokich sukniach i ciemnych welonach. Do caballeros i torreadorów odzianych w… wełnę alpaki.

Do dziś mężczyźni na Taquile noszą wąskie, sięgające kolan spodnie, białe haftowane koszule i krótkie kamizelki, uzupełnione szerokim pasem w poprzeczne prążki. Dawniej ornament na pasie miał podobno istotną rolę informacyjną – mówił o tym, ile lat ma właściciel, czy jest żonaty i ile ma dzieci. Przy zmianie statusu lub składu rodziny mężczyzna zmieniał też pas… Obecnie nikt już podobno nie robi takich szyfrowanych pasów, ale mężczyźni nadal nie lubią pokazywać się publicznie bez pasa. Kobiety, w przeciwieństwie do peruwiańskich Indianek, nie noszą kapeluszy, lecz czarne wełniane chusty, zacieniające pół twarzy i opadające aż na plecy, jak kwefy hiszpańskich seniorit. Typowym dodatkiem jest bufiasta spódnica do kolan i sweterek w żywym kolorze. I szpulka z przędzą, bo kobiety z Taquile – zarówno młode, jak starsze – wykorzystują każdą wolną chwilę, by prząść i zwijać wełną.

Coś dla mężczyzn

Większość turystów przybywających na Taquilę spędza tu tylko dwie-trzy godziny i wraca. Ci, którzy lepiej chcą poznać wyspę i jej społeczność, przyjeżdżają z własnymi śpiworami i zapasem jedzenia, by zanocować i zostać parę dni. Zabrany zapas jedzenia zwyczajowo wręcza się gospodarzom. Na wyspie – przynajmniej w czasach, gdy my tam byliśmy – było sporo niedrogich restauracji, ale żadnych hoteli. Turystów przyjmował przy bramie wioski wójt i decydował, u której rodziny zatrzymają się goście. Za nocleg w glinianej chacie, pozbawiony przesadnych wygód, płaciło się ok. 2-4 dolary. Wójt powinien tak rozdzielać gości, by nikt nie „zmonopolizował” źródła dochodu, jakimi są turyści, i by każda rodzina raz na jakiś czas miała możliwość zarobku.

Francuski fotograf, który planował zostać kilka dni, dostał „przydział” do rodziny pulchnej mamity w czarnej chuście, i oddalił się, otoczony grupką rozradowanych dzieci. My mieliśmy mniej czasu, wypiliśmy więc mate de coca w jednym z glinianych domów, a potem wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy – lokalnych ruinas, cmentarza i farmy alpak. Wróciliśmy wreszcie na centralny placyk wioski. Gdzie, w cieniu pod ścianą domu, stało rządkiem kilku mężczyzn, oddających się prawdziwie refleksyjnej czynności.

Taquile to chyba jedyne miejsce na ziemi, gdzie zobaczyć można taki widok – kilkunastu mężczyzn, starszych i młodszych, w kolorowych wełnianych czapkach i ozdobnie tkanych pasach, stojących na głównym placu i… zapamiętale dziergających na drutach lub szydełkach (!).

Robienie na drutach – wyjaśnił nam z całą powagą nasz przewodnik – to na Taquile właściwie zajęcie dla mężczyzn. Przynosi pieniądze i pomaga myśleć. A jest wiele do przemyślenia. Wyspa Taquile jest gminą rządzoną przez radę mężczyzn. I ta wyspiarska rada obraduje sprawniej, niż parlamenty w „reszcie świata”. Mężczyźni schodzą się i każdy krótko mówi, jak jego zdaniem należy postąpić. Wójt albo większość zebranych decyduje, czyj pogląd wybrać. Nie ma kłótni ani próżnego gadania, bo wszyscy przemyśleli wszystko wcześniej. Pewnie podczas ułatwiającego skupienie dziergania…

Może wszystkim obradującym tego świata należałoby wprowadzić takie ćwiczenia…

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments