Kraniec Arabii (3)

0
Kraniec Arabii (3)
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Oman to kraj leżący na południowo-wschodnim skraju Półwyspu Arabskiego, składający się głównie z pustyń i nagich, skalnych gór. Jego stolica – Maskat, miasto rozciągnięte wzdłuż pustynno-skalistego wybrzeża – sprawiła nam jednak parę niespodzianek. Na przykład… okazała się miastem fontann. Gdzie prawie nie pija się kawy…

Woda na pustyni

Stolica Omanu nie jest miastem w typie arabskich metropolii, jak Dubaj czy Abu Zabi. Choć nie brak w nim nowych budynków, banków, galerii handlowych i nowoczesnych dróg, to nie jest aglomeracją z drapaczami chmur i lśniącymi biurowcami. Większość zabudowy nawet w biznesowej dzielnicy Ruwi nie przekracza wysokości paru pięter, a mieszkalne dzielnice Maskatu to raczej morze jednopiętrowych domków, otoczonych ogrodzeniami i niewielkimi ogródkami. Reprezentacyjne budynki, które oglądałyśmy – jak Uniwersytet, Wielki Meczet czy biały szpital wybudowany na samym wybrzeżu – rozpościerają się raczej wszerz i wzdłuż niż w górę. Najwyraźniej koszty gruntu nie są dla Omańczyków problemem.

A przy głównej drodze, biegnącej wzdłuż pustynnego wybrzeża od lotniska i dalej za miasto, widziałyśmy wiele rozległych, sztucznie nawadnianych skwerów. A także okazałych fontann, wyrastających dość nieoczekiwanie z pustynnego pejzażu lub zbocza jałowej skały. Czasem miała formę skupiska wielkich dzbanów, z których wylewała się woda, kiedy indziej – ogromnej kurtyny wodnej, spadającej z kamiennej ściany nad drogą. A przy wjeździe do miasta od strony lotniska był to np. zielony park z trawnikami, sztucznymi pagórkami i kaskadami. Welcome in Maskat.

REKLAMA (2)

Nie umiem sobie wyobrazić, ile kosztowały wysokościowce w Dubaju, stolicy sąsiednich Emiratów Arabskich. Ale wyobraźnia zawodziła mnie podobnie, gdy patrzyłam na okazałe wodotryski na kompletnej pustyni i na sztucznie nawadniane zieleńce. Być może były bardziej kosztowne niż emirackie drapacze chmur.

Fontanny
Fontanna | fot. Marta Tutaj

Atrakcje wybrzeża

Pomijając minarety meczetów, wysokiej zabudowy nie było też w centralnej, starej części miasta, gdzie był port, Stary Suk (hala targowa) i targ rybny, a także nadmorski bulwar spacerowy. Wzdłuż obiegającego zatokę chodnika co kilkadziesiąt metrów stały wykładane marmurem altany z mozaikowymi podłogami, które służyły tylko temu, by spacerowicze mogli w nich usiąść w cieniu, odpocząć i napić się herbaty. Zdecydowanie herbaty, i to zwykle ziołowej. Z jakichś względów kawa nie jest w Omanie napojem popularnym. Być może więcej pito jej w Ruwi, ale w starej części miasta trudno było dostać filiżankę kawy. Nasi polscy gospodarze jeździli specjalnie do dość odległej galerii handlowej, gdzie była kawiarnia brytyjskiej sieci Costa Coffee.

Poza tym jednak w starej części Maskatu nie brakowało bardzo rozmaitej gastronomii. W stolicy Omanu ponad 40 procent mieszkańców to obcokrajowcy, w mieście były więc restauracje arabskie, indyjskie, angielskie, francuskie, filipińskie i indonezyjskie… aż po Pizza Hut i McDonald’s.

Mieszkałyśmy u krewnych mojej przyjaciółki, przebywałyśmy więc głównie w Maskacie i najbliższych okolicach miasta. Nie był to jednak obszar mały, bo stolica Omanu rozciągnięta jest wzdłuż wybrzeża, a wiele dzielnic prawie półtoramilionowego miasta było wcześniej odrębnymi miejscowościami. Dotyczy to np. handlowej portowej dzielnicy Mutrah (w dawnych dokumentach Mutrah i Maskat to dwa różne porty i miasta), Starego Maskatu z pałacem sułtańskim czy nowoczesnej dzielnicy biznesowej Ruwi, która była kiedyś osobną wioską. W granicach miasta można znaleźć kompletnie puste plaże z białym piaskiem i skalnymi klifami, na których wznoszą się tu i ówdzie białe nadmorskie wille, a omańska Marina – przystań jachtowa, przy której znajdowało się kilka klubów – miała własną zatokę, plaże i funkcjonowała w zasadzie jak osobna miejscowość.

Willa na wybrzeżu
Willa na wybrzeżu | fot. Marta Tutaj

O jeżowcach i kawie

Do Mariny trafiłyśmy, bo moja przyjaciółka niedługo wcześniej zrobiła licencję nurkową i chciała w Omanie ponurkować. Nie było to trudne (choć dość kosztowne), bo przy wybrzeżach zatok w samym Maskacie i okolicach nie brakuje raf koralowych. Pierwsze nurkowanie odbyłyśmy całkiem niedaleko centrum miasta, wystartowawszy z plaży przy hotelu Hyatt. Nasz rejs zaczął się dość dziwacznie, bo najpierw załadowano nas ze sprzętem i bagażem na motorówkę, która stała na… wózku transportowym. Potem na tym wózku dotoczono łódkę na wybrzeże, gdzie zwodowano ją… wraz z nami.

Gdy przyjaciółka nurkowała, ja pływałam nad rafami z maską i rurką. Nawet niedaleko od miasta było wiele kolorowych ryb – w tym duże, białe mureny w brązowe plamy oraz manty. Te na mojej głębokości były stosunkowo niewielkie. By zobaczyć większe, trzeba było zejść niżej.

Plaża przy marinie
Plaża przy marinie | fot. Marta Tutaj

Na drugie nurkowanie pojechałyśmy do hotelu w okolicach Mariny. Leżał w nieprawdopodobnej zatoce z gładkim morzem i białą plażą, otoczonej pustynnymi, skalnymi wzgórzami. U stóp wzgórz, na skraju plaży, stało kilka bungalowów – prostych z zewnątrz, wewnątrz luksusowych. Zatrzymałyśmy się w jednym z nich. Pamiętam poranek następnego dnia, gdy w świetle świtu skały były niemal czerwone, woda ciemnoturkusowa, a niebo wydawało się tak przejrzyste jak nigdzie indziej na świecie.

REKLAMA (3)

Do miejsca, skąd miała wypłynąć nasza łódź, było 200-300 m, ale przez plażę przewieziono nas dżipem z napędem na cztery koła. Ponieważ rok wcześniej uczestniczyłam w nurkowaniu w Indonezji, gdzie do wybrzeża szło się pieszo, a ciężki sprzęt przenosili miejscowi tragarze, uznałam to za dość dziwne. Ale być może tutaj hołdowano przekonaniu, że biali w Omanie nie chodzą pieszo.

Jako nurek nielicencjonowany i tym razem ograniczyłam się do pływania z maską. Pływaliśmy w zatoce pełnej skalnych wysepek i sterczących z morza skał. Oddaliłam się od łodzi na tyle, że udało mi się w tym morsko-skalnym krajobrazie zgubić i znaleziono mnie dopiero po kilku godzinach, już po nurkowaniu. Z tego kilkugodzinnego pływania wśród raf, skał i kolorowych ukwiałów zapamiętałam wielkie mątwy – które nie bały się ludzi i można było do nich podpłynąć na kilkanaście centymetrów – węże morskie i żółwie. I jeżowce z kolcami wysokimi na pół metra, które starałam się omijać jak najdalej, choć w skalnych przesmykach nie było łatwo.

Port w Maskacie
Port w Maskacie | fot. Marta Tutaj

Gdy znalazła mnie moja łódź i gdy mnie wyłowiono, dowiedziałam się, że nurkująca grupa miała w tej w kwestii mniej szczęścia. Podczas przepływania przez podwodną jaskinię tęgi Anglik niechcący popchnął młodego Holendra, który oparł się ręką o ścianę. Na ścianie był jeżowiec.

Wijącego się z bólu Holendra wyciągnięto na łódź. Gdy wróciłam, właśnie polewano mu pokłutą dłoń… czarną kawą z termosu. Organizatorzy zaopatrzyli się w kawę, ale tego dnia nikt jej nie pił. Podobno kawa neutralizuje toksynę z kolców jeżowca. Nie wiem, jak to działa, ale Holender istotnie poczuł się lepiej. Po południu odwieziono go do szpitala, gdzie oczyszczono mu dłoń z odłamków kolców, podano leki i zrobiono opatrunek. Wieczorem, już całkiem spokojny, dołączył do grupowej imprezy w restauracji przy Marinie. Przy szampanie nadaliśmy chłopakowi przezwisko Urchin Man (ang. urchin – jeżowiec) i tak wypadek przy nurkowaniu rozszedł się może nie tyle po kościach, co gdzieś w krwiobiegu…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
0
Napisz komentarzx