Kreteńskie plaże

0
57
Jaskinie
Jaskinie w klifie Loutro | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Grecy, których spotkałam w podróży przez Indonezję, upierali się, że na Bali nie ma naprawdę dobrych plaż – w Grecji znają lepsze. Toteż na Krecie odwiedziłam sporo plaż. I wcale nie te w znanych miejscowościach turystycznych, jak Chania, Rethymno czy Sitia spodobały mi się najbardziej.

REKLAMA

Kajakiem wzdłuż klifu

Pierwsza, w której się zakochałam, znajdowała się w miejscu w zasadzie… pozbawionym plaży. W każdym razie takiej, do jakiej przywykli turyści: rozległej, piaszczystej, z łóżkami do opalania i parasolami. Miejscowość Loutro na Krecie odkryłam przypadkiem, podczas wycieczki do wąwozu Samaria. Prom płynący z Agia Roumeli, gdzie kończy się zejście wąwozem, zatrzymuje się po drodze w Loutro – miasteczku zbudowanym tarasowo na ścianie półkolistej, skalnej zatoki. Domy wznoszą się tam jedne nad drugimi, od poziomu morza w górę, a woda w zatoce jest przejrzysta i ma kolor głębokiego turkusu. Brak dróg dostępnych dla samochodów (a przynajmniej tak było podczas mego pobytu!). Do Loutro docierał tylko prom i taksówki wodne. Plaża w centrum miasteczka była maleńka – spłachetek piasku nad przejrzystą głębią. I tam właśnie przybijał prom.

Przy plaży była jednak wówczas wypożyczalnia kajaków morskich – plastikowych, jednoosobowych łódeczek prawie okrągłego kształtu, którymi kierowało się za pomocą podwójnego wiosła, siedząc na zanurzonej w wodzie rufie. Taki „kajak” można było po sezonie (trafiłam tam w listopadzie) wypożyczyć na cały dzień za równowartość kilku euro.

Na dno łódki wrzucałam butelkę wody, płetwy i maskę z fajką, i ruszałam wzdłuż rzeźbionych przez erozję brzegów zatoki. Po drodze wyciągałam łódkę na wąskie plaże z drobnych kamyków, które ceniłam znacznie wyżej od plaż piaszczystych – podczas pływania z maską unoszący się w wodzie piasek nie psuł widoczności, a po długim pływaniu na rozgrzanych kamykach wysychało się i wygrzewało w słońcu idealnie! Po skałach nade mną biegały kozy, a na występach skalnych nad wodą przysiadały kormorany i czaple. W wodzie roiło się od drobnych krabów, krewetek, ośmiornic, kolorowych ryb; w drobnych otworkach w skalnej ścianie żyły tęczowo ubarwione małe ślizgi, a z nieco większych jamek wychylały się płochliwe wstążkowe węgorze. Zbadawszy plażę, wracałam do łódki i płynęłam dalej, do ciągnących się tuż nad wodą skalnych jaskiń – i tu były niewielkie plaże, z drobnych kamyków i piasku, ukryte w jaskiniach, w połowie zacienione – idealne miejsce na odpoczynek w samo południe, kiedy greckie słońce – choć listopadowe – stawało się naprawdę gorące.

Jaskinie2
Jaskinie w klifie Loutro | fot. Marta Tutaj

Lunch po grecku

Wczesnym popołudniem docierałam do ostatniego domu w zachodnim końcu zatoki. Był to prosty, niski budynek, przypominający bunkier, z betonowym tarasem wychodzącym w morze. Na tarasie zawsze stało krzesło, na nim zaś przesiadywała wiekowa, na czarno ubrana Greczynka – Maria, ponad osiemdziesięcioletnia gospodyni tego domu. Spędzała dni, obserwując morze przez lornetkę niemal równie starą, jak ona sama. Radosnym, choć prawie bezzębnym uśmiechem witała wszystkich, którzy jakimkolwiek transportem – kajakiem, kutrem, taksówką wodną – przybijali do nadbrzeża. Syn Marii, Georgos – także już siwowłosy – prowadził skromną tawernę. Wieczorami bywała tu zwykle grupka gości, wczesnym popołudniem jednak – gdy mój żołądek zaczynał domagać się obiadu – nie było nikogo, poza Georgosem i jego matką. Grecy nie jadają obfitych posiłków w porze naszego obiadu – przygotowuje się go wieczorem. W połowie dnia jada się najwyżej przekąski. W tawernie Georgosa byłam jednak zawsze mile widziana.

– Grek salad? – pytał właściciel, wynurzając się z wnętrza domu. Zamawiałam sałatkę grecką z podwójnych serem, ze świeżą bagietką i kawą po grecku – maleńka filiżanka i szklanka wody. Gdy kończyłam pospiesznie pochłaniać to „przekąskowe” danie, Maria dawała znak Georgosowi, który wynosił – już jako poczęstunek, nie zamówienie – świeże owoce i wino.

Po oszczędnej, lecz zadowalającej wszystkie strony konwersacji – Georgos znał tylko parę słów po angielsku, Maria zadowalała się radosnym potakiwaniem – wsiadałam do łódki, by szukać nowych jaskiń, plaż, malowniczych skał na wybrzeżu i miejsc do pływania. Do Loutro wracałam wieczorem. Po zmierzchu wypożyczalnia kajaków była już „zamknięta” – czyli właściciel poszedł do domu. Stali klienci znali jednak zasady – łódkę należało wyciągnąć na piasek, wylać z niej wodę, a wiosło wrzucić do ogrodzonej siatką „zagrody” na skraju plaży. Wszyscy wracający tak robili.

Kolację jadałam w małej restauracji, której stoliki stały tuż nad basenem portowym. Jedząc, dokarmiało się resztkami ryby, których roje pływały w podświetlonej wodzie niecały metr niżej. Na nocleg wspinałam się stromymi uliczkami w górę. Miałam maleńki pokoik w ostatnim rzędzie domów, tuż przy skalnej ścianie. Chciałabym kiedyś wrócić do Loutro. Może się zbytnio nie zmieniło.

Agios
Agios Stefanos koło Makrigialos | fot. Marta Tutaj

Kamienie i granaty

Drugi mój ulubiony punkt na Krecie był w miejscowości posiadającej podobno największą piaszczystą plażę na wyspie. Ale to znowu nie była ta, z której słynęło Makrigialos. Nazwa tej miejscowości na południowym wybrzeżu znaczy, ni mniej ni więcej, tylko wielką plażę.

I taka plaża tu była – ponad trzy kilometry piasku, turkusowa woda, łóżka plażowe i parasole, restauracje i bary, skutery i rowery wodne, motorówki, paralotnie, masażyści i sprzedawcy pamiątek… Tyle, że mnie ani ceny przy tej plaży, ani – jeszcze bardziej – jej charakter, nie odpowiadały.

Jeśli się jednak wysiadło z autobusu jadącego wzdłuż wybrzeża o jeden przystanek wcześniej, krótka uliczka prowadziła na inną plażę w kamienistej zatoce. Nie było tu wypożyczalni sprzętu wodnego, łóżek plażowych ani barów, ale było kilka prywatnych pensjonatów i domków do wynajęcia – w listopadzie w większości zamkniętych. Udało mi się jednak znaleźć nocleg – młoda rodzina, mieszkająca na parterze, wynajmowała kilka pokoi na piętrze. Negocjować w sprawie wynajmu przyszło mi z jedenastoletnim chłopcem imieniem Mihaly, który okazał się głównym (i jedynym) poliglotą w rodzinie. Znał kilka zwrotów po niemiecku (z dumą tłumaczył, że niemieckiego uczy się nie w szkole, ale prywatnie, na dodatkowych lekcjach) i kilkanaście słów po angielsku. Był jednak bystry i dobrze radził sobie nawet z tak skromnym słownikiem. A pokój spodobał mi się od razu – z balkonem obrośniętym winoroślą, wychodzącym wprost na plażę i morze, i z małym gekonem, mieszkającym w łazience. Dodatkową atrakcją była domowa grecka kuchnia – Mihaly zaproponował mi za niewielką dopłatą dwa posiłki dziennie, przygotowywane przez jego matkę.

Plaża była z drobnych, gładkich kamyków, w tygodniu całkiem pusta. Otaczające ją skały okazały się prawdziwym rajem do pływania z maską – były tu roje kolorowych ryb, małe mątwy i krewetki, liliowce i ukwiały oraz wybór większych i mniejszych krabów. A rankiem lub wieczorem, przekroczywszy drogę, wchodziło się na ścieżki, wiodące na malownicze wzgórza, gdzie były gaje oliwne i sady drzew granatowych. Granaty w listopadzie właśnie dojrzewały – jeśli pękały na drzewach, wolno było je każdemu zrywać i zjadać, bo nie nadawały się już na sprzedaż. A takie właśnie, dojrzałe w słońcu, nie na straganie czy w ładowni statku granaty, miały nieprawdopodobny smak i soczystość, których brak owocom dostępnym w handlu. Dowiedziałam się, że naprawdę świeży granat nie ma miąższu w kolorze ciemnoczerwonym (takiej barwy nabierają granaty przeleżałe), ale bladoróżowy. Dzięki tym krótkim wycieczkom zawsze miałam na plaży świeże, soczyste owoce.

Makrigialos z drzewami granatowymi i małą, kamienistą plażą po sezonie – czasem wciąż mi się śni.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o