Strona główna Rozmaitości Podróże Kwitnąca Karyntia. Kraina nieskoszonej trawy

Kwitnąca Karyntia. Kraina nieskoszonej trawy

0
Kwitnąca Karyntia - Kraina nieskoszonej trawy
REKLAMA

Wysokie kwitnące łąki widywałam w Karyntii w centrum miast, na poboczach dróg i ścieżek rowerowych. Przydomowe podwórka i boiska szkolne pełne były kwiatów i wysokiej trawy. Czy to nie przeszkadza z nich korzystać? – pytałam. Ależ nie, odpowiadano. Jak jest mecz, to się trawę wykasza, odrośnie razem z kwiatami…
Także pola karynckie i nieużytki kwitły kwiatami. Na podmokłych terenach z wysokiej trawy wychylały się dzikie storczyki. Nawet w płytkiej strefie karynckich jezior – m.in. dużego, długiego Ossiachsee, przez które kursował prom – rosły łąki. Zatoki kwitły rdestem ziemnowodnym albo pokryte były listkami kotewki orzecha wodnego – rośliny, której owoce kiedyś jadano.

Łąki, które żyją

Grethe, moja gospodyni, ze swojego domku na stoku, przy zmywaniu czy gotowaniu, oglądała przez szerokie okno kuchenne skalny masyw Mittagskogel. Była z tego widoku dumna, podobnie jak ze swojego piętrowego, na stromym terenie, przydomowego ogródka. Najlepszą jego część, na spłachetku żyznej ziemi poniżej domu, przeznaczyła na zioła, których używała w kuchni.

Były tam lubczyk, melisa, bazylia, kolendra, trzy rodzaje mięty, był koper włoski i ogrodowy, był majeranek i kminek (dzięki czemu dowiedziałam się, jak wygląda jako roślina!), była szałwia i rozmaryn, ale także np. piołun i bylica pospolita – niezbędne podobno do mięsa i sałatek. Na skraju grządki nie zabrakło krzaczków dzikiej róży i jałowca. Grethe podkreśliła, że inne rośliny – jak tymianek, szczaw, rumianek czy dziurawiec – woli zbierać na łąkach. Dziko rosnące są podobno bardziej aromatyczne, intensywne w smaku albo skuteczniejsze leczniczo. Pytała, jakie zioła najczęściej rosną w Polsce. Niewiele umiałam jej powiedzieć.

REKLAMA (2)

Świat ukryty w trawie

W Polsce to jakoś nie wychodzi. Od dawna mówi się i pisze o pożytkach z łąk, obowiązują u nas dyrektywy unijne dotyczące wysokich zatrawień, od kilku lat zdarzają się nawet protesty w sprawach nieustannego w sezonie koszenia trawników… W kampanii na rzecz utrzymania łąk podkreśla się, że kosiarki do trawy produkują dodatkowy hałas i spaliny, że wysokie trawy i drzewa produkują znacznie więcej tlenu niż niskie trawniki, chronią też przed pyłem, zanieczyszczeniami powietrza. Wpływają na klimat, obniżają latem temperaturę w miastach, i są bardzo, bardzo potrzebne pszczołom, których z kolei my potrzebujemy… Ale nic z tego nie wychodzi. My, Polacy, kochamy beton, bo nie zrzuca nasion i liści (!).

REKLAMA (3)

Kiedy byłam młodsza, spędzałam wiele czasu na łąkach. Wystarczyło usiąść w trawie i patrzyć uważnie dokoła, a człowiek czuł się jak na safari. Było to safari miniaturowe, ale tym niemniej fascynujące. Motyle sondowały długimi trąbkami kwiaty, obok pszczół z ciężkimi koszyczkami na nogach, pełnymi pomarańczowego pyłku. Przyłączały się dziwaczne muchy o białych twarzach i kolorowych odwłokach albo drobne, wyglądające jak klejnoty złotolitki. Ważka o oczach jak płynne światło konsumowała obok jakąś muchę, która mniej miała szczęścia… Na białe baldachy kminku czy marchwi wspinały się jaskrawoczerwone, czarno nakrapiane strojnice, jak postaci z karnawału. Cytrynowozielony pająk kwietnik złapał rudą, większą od siebie pszczołę, ale zanim zdołał ją obezwładnić, zdobycz opadły drobne, ciemne muchy-szakale… Niezrażone tym pasikoniki grały jak szalone na każdej łodydze, pocierając nogami wibrujące skrzydła.

Roślinna arystokracja i ziele czarownic

Były też spotkania z roślinami. Na przykład znajdowałam gąszcz przytulii z drobniutkimi, białymi lub żółtymi kwiatkami. Jeszcze z czytanych w dzieciństwie baśni wiedziałam, że to roślina magiczna, bardzo nielubiana przez topielców i demony wodne – dzieciom wplatano ją we włosy lub zaszywano w ubraniu, by chronić je przed utonięciem. A roślina z niewielkimi kwiatkami o intensywnej granatowo-fioletowej barwie to farbownik lekarski. Naparem z niej leczono kiedyś choroby skóry, złamania i stłuczenia, a także barwiono alkohole i konfitury. A niepozorna roślina z dolnego piętra łąki, z fioletowymi kwiatkami, to bluszczyk kurdybanek – kiedyś w kuchni polskiej jedna z podstawowych przypraw: do kartoflanki, jajecznicy, mięs, twarogów, nawet do masła… Dziś jeszcze jest obowiązkowym dodatkiem np. do tradycyjnych dań wielkanocnych w Czechach. Jeszcze bardziej niepozorna lebiodka to nic innego, jak niezbędne w kuchni włoskiej, francuskiej czy meksykańskiej oregano. Ale także roślina lecznicza i magiczna – jedzenie jej miało m.in. poprawiać dobry nastrój oraz… zapewnić miłość ukochanej osoby.
Szałwia czy dziurawiec to już w ogóle roślinna arystokracja – od starożytności nie tylko leczono nimi prawie wszystko, od wypadania włosów po choroby serca, nerek czy wątroby… A moją ulubioną, stojącą wśród trawy jak kwitnąca świeca dziewannę, „ziele czarownic”, dodawano do jedzenia zwierzętom gospodarskim, by nie chorowały na płuca…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
0
Napisz komentarzx