W podróży łazienki bywają różne. W obozie na skraju kaldery Ngoro-Ngoro, w Afryce, kabina prysznicowa miała postać glinianej chatki, z której dachu – wprost ze strzechy – sterczała rurka prysznica. Niżej było wysypane piaskiem klepisko, dwa płaskie kamienie do złożenia odzieży i… sporo jaszczurek o złotych oczach, spoglądających ze ścian i sufitu. Ciepłą wodę zapewniał piec na węgiel drzewny, w którym palił pracownik pola namiotowego. To był mój pierwszy kontakt z egzotyczną łazienką.
Patent indonezyjski
Jedną z nietypowych łazienek, jakie poznałam potem, było indonezyjskie mandi. Beata Pawlikowska nazywała je „arabską łazienką” – moim zdaniem niesłusznie. Mandi to patent indonezyjski. Jest to po prostu łazienka zorganizowana bez bieżącej wody (nawet, jeśli obecnie bywa tam bieżąca woda). Główną częścią jest pionowej budowy zbiornik, napełniony wcześniej wiadrem, gumowym wężem albo za pomocą umieszczonego w dolnej części kranu. Zbiornik ma zwykle postać cementowego, czasem wykafelkowanego szybu, mniej więcej wzrostu człowieka. Niezbędnym dodatkiem jest plastikowy czerpak na długiej rączce, którym nabiera się stamtąd wody, zarówno do ablucji (oblewasz się wodą, namydlasz i spłukujesz), jak i ewentualnego spłukania toalety. Całość uzupełnia niewielka platforma, na której odbywa się kąpiel – może to być kafelkowa podłoga albo zwykły cement, byle nie tworzyło się błoto. Pozostałe części mandi są już opcjonalne – mogą tam być ściany i dach, albo wcale nie. W okolicach wyspy Flores, na przykład, mandi było całkowicie odkryte, na placyku pośrodku wsi. Tubylcy myli i kąpali się tam bez oporów, bo to przecież człowiek robi w mandi…
Na wyspie Rinca z takiej łazienki na świeżym powietrzu korzystały także warany olbrzymie, czyli smoki z Komodo, największe jaszczury świata. Przychodziły tam pić. Na małych wysepkach Nusa Tenngara, gdzie źródeł słodkiej wody nie było albo były daleko, zbiorniki w mandi napełniano zwykle deszczówką. Budowano przemyślne konstrukcje z rynien i rur, mających zbierać z dachu jak najwięcej wody opadowej.
Nie samą wodą…
W gruncie rzeczy uważam mandi za bardzo praktyczne rozwiązanie i wielokrotnie z takich łazienek korzystałam, nawet jeśli były na zewnątrz albo gdy w zbiorniku pływały nie tylko liście czy nieostrożne owady.
Najbardziej interesujący dodatek do wody w mandi trafił mi się chyba na wyspie Bunaken, gdzie w zbiorniku znalazłam stworzenie bardzo podobne do skorpiona, tylko bez kolca jadowego na końcu odwłoka. Był to spawęk, pajęczak spokrewniony ze skorpionami, ale niegroźny. Ten w mojej łazience był zresztą podwójnie niegroźny, bo, niestety, utopił się, zanim go znalazłam.
W Indonezji i Malezji także w lepszych i droższych hotelach łazienki często znajdowały się na zewnątrz domu czy bungalowu, od świata zewnętrznego oddzielone tylko lekkim przepierzeniem. Na malezyjskiej wysepce Perhetian po ścianach takiej łazienki pięły się kwitnące pnącza, do których w dzień przylatywały drobne ptaki – nektarniki, a w nocy – nocne motyle i żywiące się pyłkiem nietoperze. Na wyspie Tioman pod daszkiem mojej łazienki mieszkał stale niewielki nietoperz. Nie sprawiał kłopotu – w dzień spał, w nocy leciał na łowy, trzeba było tylko co jakiś czas zamieść trochę owadzich odnóży i skrzydeł, które pozostawały po jego posiłkach. Dużo bardziej uciążliwym sąsiadem był duży nietoperz owocożerny, który sypiał u szczytu dachu nad werandą – jego odchody z fermentujących resztek owoców woniały straszliwie i… przeżerały deski. Gdybyście mieli kiedyś zamieszkać z nietoperzem, wybierzcie owadożercę…
W łazience nadmorskiego bungalowu w Trincomalee na Sri Lance jakiś czas przede mną osiedliły się duże czarnoczerwone osy. Były nawet w klimatyzacji. Właściciel nie odważył się ich eksmitować, zaproponował mi inny pokój. Z kolei w Kalpitiya, w hoteliku leżącym wśród słonych jezior, dostałam prosty, kryty palmową strzechą domek z łazienką pełną… istot. Po ścianach, jak i po muszli toalety, wspinały się tam długonogie i wielkookie żabki, w kątach siedziały (i grały!) świerszcze, po podłodze wędrowały imponujących rozmiarów pająki, ślimaki, stonogi i gąsienic różnych kolorów i rozmiarów. Nie przeszkadzało mi to specjalnie, choć starałam się nie wchodzić do łazienki po ciemku, by niczego nie rozdeptać.
Jaszczury i kondory
Była to fauna drobna w porównaniu np. do dużej agamy zmiennobarwnej, która w innym miejscu na Sri Lance, w rezerwacie leśnym Kaneliya, uznała moje drzwi za swój teren łowiecki. Dyżurowała tam w dzień i w nocy. Czasem, gdy udało jej się złapać smakowity kąsek, zmieniała kolor z zielonego na intensywnie czerwony. Początkowo sądziłam, że to inna jaszczurka – tak bardzo się zmieniała.
Oczywiście częstymi lokatorami moich łazienek były gekony. Czasem maleńkie, półprzezroczyste, czasem w kontrastowy wzór, jak małe smoki, czasem duże gekony toke, nakrapiane lazurowo, krzyczące i kaszlące po nocach. Nawet te hałaśliwe były akceptowanymi sublokatorami jako nieustępliwi łowcy owadów. Na Madagaskarze prócz gekonów były także felsumy – śliczne, zielone, ruchliwe jaszczurki, aktywne także w dzień.
Wszystkie te drobne i niepozbawione wdzięku gady starały się schodzić mi z drogi, gdy wchodziłam do łazienki. Kiedyś jednak w hotelu w Tamatave znalazłam pod prysznicem gekona mniejszego niż paznokieć. Przeniosłam go ostrożnie na okno, by nie spłynął z wodą.
Najbardziej chyba nietypową łazienkę hotelową miałam na Sumatrze. Pokój też zresztą był niezwykły – bez przedniej ściany, jak balkon typu loggia, z widokiem na dżunglę wprost z łóżka. Owszem, małpy wchodziły czasem nieproszone i obsługa musiała je przeganiać.
Łazienka znajdowała się natomiast trzy schodki niżej; była pokoikiem z kamienną podłogą, przez który przepływał po prostu – wypływając ze ściany nad kamienną umywalnią-wanną i znikając w otworze w rogu – leśny strumień. Przez odpływ wchodziły tam wieczorem duże ropuchy o złotych oczach i drobne wspinające się żabki. Nocny żabi koncert w łazience był codzienną atrakcją i dziwiłam się, że nie wyszczególniono tego w reklamie hotelu.
W Wenezueli, w krainie tepuis – skalnych płaskowyżów – nocowaliśmy w dżungli, w hamakach pod wiatą. Była tam łazienka w betonowej budce, ale nie było w niej wody.
Wykąpałam się więc w płytkiej, piaszczystej zatoczce rzeki Carrao, którą przypłynęliśmy. I było cudownie. Rzeka Carrao jest piękna – jej burzliwy i malowniczy nurt tworzy woda, która z daleka wydaje się szafirowa, z bliska ma niezwykły, pomarańczowy kolor. Fale omywające brzeg mają oranżowy odcień. Słońce świeciło na skale masywy tepuis, wyłaniające się z mgły. Na drzewach po drugiej stronie rzeki rozsiadły się wielkie ptaki: kondor królewski, o eleganckim biało-czarnym upierzeniu i pomarańczowogłowe urubu. A nade mną latały wielkie motyle i czerwone ary.
Czasem lepiej jest nawet bez łazienki…
![Trwają prace przy ul. Lwowskiej [ZDJĘCIA] Lwowska remont marzec](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Lwowska-remont-marzec-3-218x150.jpg)
![Elektryczny autobus pojedzie ul. Wałową? [ZDJĘCIA] Autobus elektryczny ul. Wałowa Tarnów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/IMG_20251205_125959-218x150.jpg)
![Postępują prace przy ul. Batorego [ZDJĘCIA] Remont Batorego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/Remont-Batorego-7-218x150.jpg)
![Rozpoczął się Kaziukowy Jarmark na tarnowskim rynku [ZDJĘCIA][WIDEO]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/03/DSC0008-218x150.jpg)









![Maksymilian Kwapień wrócił na scenę w Tarnowie [ZDJĘCIA] Maksymilian Kwapień](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/02/Koncert-13-218x150.jpg)










