Mała wyspa po drodze

0
85
Przystań - archipelag Taka Bonerate
Przystań | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

O zmierzchu, po kilkugodzinnym obijaniu się o fale, dotarliśmy do wyspy Kayuadi. Łódź Mohammeda Alego – szypra, z którym uzgodniłam ten transport – stanęła w płytkiej wodzie po zawietrznej wyspy. Kto żyw na pokładzie, chwytał swoje bagaże, dzieci, kozy, kurczaki, i po pas w wodzie biegł do brzegu. Prócz mnie, oczywiście, bo ja nie wysiadałam na Kayuadi – ustaliliśmy z Mohammedem Alim, że zawiezie mnie na Tinabo, jedną z wysp archipelagu Taka Bonerate.

Miss, please!

REKLAMA

Jednak sternik chwycił mój plecak i rzucił się z nim przez płytkie morze do brzegu. Nim zdążyłam podnieść alarm, u moich stóp przy burcie łodzi zmaterializował się sam Mohammed Ali – dość okazały mężczyzna, jak na Indonezyjczyka – stojący w zmurszałym, chybotliwym sampanie (czółnie).

– Miss, please! – zakrzyknął, wyciągając rękę.

A więc wysiadam. Ostrożnie zstąpiłam do sampanu. Wyskoczywszy na brzegu, pędem rzuciłam się za moim plecakiem, który na czyichś bliżej niezidentyfikowanych plecach – nasz sternik witał się z oczekującą na brzegu rodziną – właśnie znikał między chatami.

– Miss, please! – wołał za mną Mohammed Ali.

Okazało się, że plecak jest w drodze do jego domu – sporej chaty na palach w centrum wsi, gdzie miałam nocować. Ładna, pucułowata żona Mohammeda machała już do mnie z werandy, a on sam wypróbował po raz trzeci kwestię „Miss, please!”, zapraszając mnie do mandi – indonezyjskiej łazienki.

Typowe mandi składa się z większego lub mniejszego pojemnika (czasem jest to murowany kwadratowy zbiornik, czasem tylko plastikowa beczka), w którym stoi woda, oraz z czerpaka, którym tę wodę się nabiera i na siebie wylewa. W wiosce na Kayuadi mandi mieściło się na betonowej platformie w centrum wsi – z każdej strony odsłoniętej. Dla Indonezyjczyka to nie problem, bo niepisany obyczaj każe zażywającą kąpieli osobę omijać wzrokiem – niezależnie od tego, czy mandi jest otwarte czy zamknięte. Ja jednak byłam białą turystką – być może pierwszą perempuan putih (białą kobietą) na Kayuadi. Podczas mojej kąpieli wokół mandi zebrała się większa część populacji wioski. Wszyscy – wspinając się na palce i wypychając dzieci do przodu – uważnie mnie obserwowali.

Na szczęście Indonezyjczycy wynaleźli też sarong – kawałek materiału w batikowy deseń, który równie dobrze może służyć jako kołdra, plażowa mata, kompletny strój albo ręcznik. Sarong to jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę warto mieć w bagażu podczas podróży przez Indonezję – i w moim plecaku był także, na samym wierzchu. Manewrując sarongiem, udało mi się całkiem nieźle wykąpać. Następnie dość liczne dzieci Mohammeda Ali – które także były w tłumie wokół mandi – zabrały mnie do domu na kolację.

Dom w ogrodzie
Dom w ogrodzie | fot. Marta Tutaj

W chacie na palach

Dom Mohammeda – jeden z okazalszych w wiosce – składał się z centralnego pomieszczenia, oddzielonego przepierzeniem z desek od prostej kuchni i trzech maleńkich sypialni, do których prowadziły wąskie drzwiczki w bocznych ścianach. Najbardziej reprezentacyjną sypialnię przydzielono mnie: mieściła łóżko z haftowaną pościelą, wiszące lustro, ślubny portret gospodarzy domu – w błyszczących strojach i ozdobnych nakryciach głowy – oraz dwie fotografie Mohammada, pozującego dumnie przy swej łodzi.

Z zewnątrz do domu wchodziło się po przypominających drabinki drewnianych schodkach – od frontu przez dużą werandę, albo od kuchni, z drugiej strony. Niżej, pod podłogą na palach, rozpięty był hamak, stało też kilka drewnianych ław, bo zacieniony i osłonięty od deszczu teren pod domem był w dzień miejscem pracy i towarzyskich spotkań. Na górze, w centralnym pokoju, który pełnił rolę salonu, stał kredens z chińskimi talerzami i zupełnie współczesny „wypoczynek”: dwa fotele, stół typu ława i kanapa, głęboko zapadnięta w środku. Licznie ściągającym do domu Muhammada gościom nie przeszkadzał jednak jej szczególny kształt – lokowali się w zagłębieniach kanapy z promiennymi uśmiechami, a gdy zabrakło miejsca, siadali kręgiem na drewnianej podłodze. Sączyli podaną przez żonę Mohammada herbatę i patrzyli, jak jem. Gospodyni zastawiła bowiem kolację dla mnie i dla swego męża – z ryb, ryżu i gotowanych warzyw – nie na stole, ale, lokalnym zwyczajem, na podłodze.

Po kolacji mój szyper, owinięty w sarong i rozparty w jednym z dwóch foteli (drugi przeznaczono dla mnie), z godnością witał wciąż przybywających gości i pełnił honory domu, częstując papierosami. Tego wieczora przez „salon” Muhammada przemaszerowała chyba cała populacja wsi. Po co najmniej dwóch tuzinach mężczyzn, którzy asystowali przy kolacji, przyszły kobiety – posadziły mnie między sobą, częstowały przyniesionymi ciasteczkami i owocami, przekonywały, że nie warto jeszcze iść spać. Wymknęłam się do sypialni dopiero po północy – nauczywszy się tylu imion, ile tylko zdołałam powtórzyć.

Rośliny przy drodze
Rośliny przy drodze | fot. Marta Tutaj

Ranek na zwiedzanie

Rankiem, po śniadaniu złożonym z kawy i zapiekanych warzyw, czekały mnie lokalne atrakcje: najpierw sesja w mandi (przy równie licznej publiczności), potem gromada dzieci oprowadziła mnie po plażach wokół wioski. Mohammed Ali zaproponował mi też „looking-looking island”, a gdy wyraziłam zainteresowanie, dał znak swojej pulchnej, roześmianej żonie. Ta chwyciła półlitrowy blaszany garnuszek, i pobiegła do sąsiadów. Nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje, wyjrzałam na zewnątrz – akurat w porę, by zobaczyć dzieci Mohammeda Alego, rozchichotane i wytaczające wspólnym wysiłkiem spod chaty ciężki, staromodny motocykl. Żona gospodarza podbiegła z kubkiem, zawierającym – jak się okazało – pożyczoną od sąsiadów benzynę. Wlała ją do baku, po czym – z błyskiem w oku – przerzuciła nogę przez siodełko i przekręciła kluczyk w stacyjce.

– Miss, please! – zakrzyknął Mohammed Ali.

Usadowiłam się w siodełku za jego zmotoryzowaną małżonką i wyruszyłyśmy.

Zwiedzanie obejmowało dwie wioski z chatami na palach – całkiem podobne do tej, którą znałam, i kilka odleglejszych plaż – piaszczystych, pełnych białych krabów albo pokrytych porowatymi głazami, aż ruszających się od ciemnych krabów skalnych. Gwoździem programu był widok na lekko zamgloną, niedaleką wyspę Jampea.

– Kayuadi good? – pytał mnie Muhammed, pakując znowu mój plecak na drewnianą łódź.

Po porannym deszczu niebo wypogodziło się i słońce złociło szczyty fal – turkusowych, choć wciąż wysokich. Ku Taka Bonerate prowadziły nas latające ryby – zrywały się ze szczytów fal i szybowały na sztywno rozpiętych płetwach kilkanaście metrów, by opaść na inną falę. W locie przypominały trochę wróble. W połowie drogi pojawiły się delfiny, połyskując ciemnymi grzbietami w naszym kilwaterze. Mohammed Ali wskazał na nie z szerokim uśmiechem. – Na szczęście! – wyjaśnił.

Godzinę potem Kayuadczycy wskazali mi na horyzoncie pierwszą z wysp archipelagu Taka Bonerate. Spojrzawszy we wskazanym kierunku, nie zobaczyłam w zasadzie nic – poza cętką jakiejś palmy, tuż nad falami. Z widokiem górzystych, zielonych wysp, miałam się na jakiś czas pożegnać.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o