REKLAMA

Czy ktoś jeszcze nie był w Łańcucie? Pewnie tak, ale przypuszczam, że takich osób jest mało. Przed laty łańcucki zamek był stałym punktem programu wycieczek szkolnych w całej Polsce. Dzisiaj jest zapewne inaczej, może więc dlatego warto znów wspomnieć o Łańcucie. Ale o innym od tego, który znany jest z dawnych uczniowskich podróży.

Wiadomo, w jakim celu jeździło się i jeździ do Łańcuta. Od Tarnowa dzieli go 100-kilometrowy odcinek autostrady A4. Zespół zamkowy Potockich przyciąga turystów z kraju i z zagranicy. Barokowa rezydencja magnacka jako muzeum, wnętrza pełne interesujących zbiorów, powozownia, piękny park krajobrazowy i kilka towarzyszących im atrakcji. To popularny kanon łańcuckiej turystyki, zastygły w ciągu lat z trudnością poddaje się zmianom.
Wreszcie znalazły się fundusze na odrestaurowanie całego zespołu wraz z parkiem krajobrazowym. Tempo robót nie jest zawrotne, lecz najważniejsze, że jest. W odnowionym wcześniej maneżu znajduje się centrum obsługi turystów, tu się kupuje bilety wstępu, jest także niewielka restauracja, która stara się serwować regionalne dania. Jest też punkt informacji turystycznej, ostatnio ciągle zamknięty.
Od kilku lat stoi opustoszały Zameczek Romantyczny z charakterystyczną ceglaną basztą, usytuowany na skraju parku, obok bocznej bramy, prostopadle do drogi do Leżajska. Prawdopodobnie czeka na remont i na lepsze czasy. W pałacu zaś nie ma już hotelu ani restauracji „Zamkowej” – wyprowadziły się, ale może powrócą po zakończeniu robót konserwatorskich. Za to w znanej parkowej storczykarni od pewnego czasu prosperuje kawiarenka.

REKLAMA

Muzealne kapcie
Przetrwały sławne wielkie kapcie, które każdy turysta musi obowiązkowo założyć, jeśli chce zwiedzić pałacowe wnętrza. Chociaż już wielokrotnie bambosze krytykowano na forach ogólnopolskich, dyrekcja muzeum wciąż się przy nich upiera, argumentując, że w ten sposób chroni się historyczny parkiet w Sali Balowej. Tak więc trzeba ciągle uważać, aby w rozczłapanych kapciach nie zawadzić o coś i nie przewrócić się podczas zwiedzania.
Co jeszcze się zmieniło? Ano to, że za wstęp do parku przyzamkowego i ogrodów położonych w najbliższym otoczeniu rezydencji trzeba już płacić! Dwa złote, złotówkę za bilet ulgowy. Spacer po reszcie 30-hektarowego parku – najpiękniejszym, gdy kwitną magnolie albo teraz, jesienią – wciąż jeszcze gratis. Aha. Nie ma już słynnej zamkowej powozowni Potockich. To znaczy jest, ale teraz nazywa się ją oficjalnie wozownią. Nie wiem, czemu ma służyć ta zmiana. Może to nawiązanie do historycznej nazwy? W każdym razie ciągle jest mowa o eleganckich powozach, a nie wozach konnych.

Wyprawa na 102 (kilometry): ŁańcutNajdroższe skrzynie świata
Łańcut ma ulicę, której patronem są Potoccy. Ale z czasem dochodzę do wniosku, że miasto więcej zawdzięcza Potockim teraz, po ich śmierci, gdy ich dawna rezydencja rozsławia Łańcut na całą Europę, niż kiedyś, jeszcze za życia właścicieli. Wprawdzie Potoccy przyczynili się do rozwoju gospodarczego i budowlanego Łańcuta oraz okolic, lecz przeszłość choćby ostatniego ordynata od dawna budziła wątpliwości. Nie pamiętam już, czy mówiło się o tym na szkolnych wycieczkach. W dawnych publikacjach PRL-owskich Potoccy, rzecz jasna, mocno wyzyskiwali chłopów, chłopi się buntowali, ale Alfredowi III Potockiemu wypominano też inne mało chlubne historie. Po pierwsze, władza ludowa miała mu za złe, że tuż przed wkroczeniem do miasta Armii Czerwonej latem 1944 roku, z łańcuckiego pałacu wywiózł koleją do Lichtensteinu około 700 skrzyń, w których znajdowały się arcydzieła klasy światowej: obrazy (m. in. Goi, Belliniego, Bouchera, Carriery, Fragonarda, Lampiego, Sheffera, Snydersa, Watteau), rzeźby, porcelana, gobeliny i kobierce, meble, bezcenne powozy, zbiory biblioteczne.

Utracony majątek
Tak, to prawda, to, co dzisiaj podziwiamy w pałacowych komnatach stanowi tylko „marną”, pozostawioną przez Potockich resztówkę, coś, czym, zdaniem hrabiego Alfreda, nie warto było już zawracać sobie głowy. Ale chyba decydujące zdanie w tej kwestii mieli specjalnie zatrudnieni przez Potockiego historycy sztuki, których polecili mu okupujący miasto Niemcy. Alfred Potocki utrzymywał z Niemcami poprawne relacje, jeszcze przed wybuchem wojny. Jako człowiek światowy bywał na śniadaniach w podberlińskich rezydencjach u Ribbentropów, na herbatkach u pani Goebbels, spotkał się również – może przypadkowo? – z Goeringiem i Himmlerem, znanymi hitlerowcami. Autorzy powojennych publikacji, gdy obowiązywała zasada gnębienia dawnych panów, nie darowali tego Alfredowi Potockiemu, w nowych opracowaniach, w których o przedwojennych, „bezwzględnych obszarnikach” pisze się już z wyczuwalną atencją, trudniej doszukać się owych informacji… Niektóre jednak podają, że z powodu skłonności do wystawnego trybu życia, który przecież kosztuje, hrabia osiadłszy po wojnie w Szwajcarii, majątek wywieziony z Łańcuta zwyczajnie przehulał.

Szlakiem starych willi
Ale miało być o Łańcucie także innym niż tylko zamkowy. Miasteczko liczące dzisiaj ponad 17 tysięcy mieszkańców, jak kiedyś przycupnęło obok magnackiej rezydencji, tak do dzisiaj wydaje się z nią ściśle związane. Łańcut żyje w cieniu opromienionego sławą zamku, wielu jest przekonanych, że nic innego nie ma tu do zwiedzania, może poza ukrytym w zaułku kościołem farny (krypta grobowa z prochami dawnych właścicieli Łańcuta). Niektórzy jeszcze wspomną ocaloną z wojennej pożogi synagogę, która swoim obecnym widokiem przypomina o konieczności szybkiego remontu.
Warto ruszyć urokliwymi uliczkami miasta, które doprowadzą nas do pięknych willi i domów położonych w gęstych ogrodach. Różne style, lokalizacje, często małe architektoniczne perełki z niezwykłym klimatem. Myślę, że śmiało można byłoby wytyczyć specjalny szlak, na którym znalazłyby się te obiekty. Sadzę też, że skoro od dziesięcioleci wydaje się liczne albumy poświecone zamkowi, tak warto byłoby przygotować album poświecony wyłącznie najpiękniejszym domom Łańcuta. Jest w czym wybierać!
Do najokazalszych starych willi w mieście należą dom położony przy ul. Piłsudskiego, tzw. Duża Reichardówka z wieżyczką, i dom Pelców przy Kraszewskiego. A willa Kuliczkowskich z cebulastym hełmem wieżyczki przy ul. Bohaterów? Ona zapewne też. To również niepowtarzalny styl wywodzący się z początku XX wieku. Podobnie jest w przypadku willi „Pałacyk” przy ul. Paderewskiego i domu Tekielskich przy Grunwaldzkiej. Z 1918 roku pochodzi imponująca willa Stanisława Cetnarskiego, byłego burmistrza i budowniczego Łańcuta, usytuowana w ogrodzie przy ul. Konopnickiej.

„Wstydliwa” atrakcja
Z okresu międzywojnia też można doliczyć się kilku perełek rozsianych w różnych punktach miasta; warto wymienić willę Oleńskich (ul. Żardeckiego), willę lekarza Jedlińskiego (ul. Mickiewicza), czy położone przy ul. Sokoła dom lekarza Majewskiego oraz dom Bauerów.
Nie brakuje też interesujących obiektów przynależnych architekturze drewnianej; wrażenie robią na przykład dom „Pod Bocianami” (ul. Paderewskiego) i dom Czopa (ul. Grunwaldzka) jako przykład mistrzostwa w sztuce ciesielstwa.
Łańcut ma jeszcze pewną osobliwość, można rzec nawet, że w kraju, w którym nie wolno reklamować choćby piwa w obawie przed rozpiciem narodu, trochę „wstydliwą”. To bodaj jedyne w Polsce Muzeum Gorzelnictwa. Znajduje się w dworku położonym na terenie dawnej likierni (po wojnie zakładów przemysłu spirytusowego i Fabryki Wódek) należącej do hrabiego Potockiego. Zawodowe życie w tejże fabryczce znakomicie opisał łańcucki pisarz, Roman Turek, w książce Palacz z hrabiowskiej likierni.
Muzeum posiada interesujące zbiory, łącznie z zabytkowymi urządzeniami przemysłowymi, prezentuje dzieje głównie lokalnego gorzelnictwa. Jak łatwo się domyślić, tu szkolne wycieczki raczej nie zaglądają…

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o