Miasto na Bałtyku

0
46
Łodzie
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Najpopularniejszym przewodnikiem po Szwecji jest książka dla dzieci – „Cudowna podróż” Selmy Lagerlof. Nie jest to takie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że historia Nilsa Holgerssona, chłopca rozmiaru krasnoludka, podróżującego ze stadem wędrownych ptaków, napisana została jako fabularny podręcznik do nauki geografii i ojczystego języka dla szwedzkich dzieci. Książka uczy też o konieczności szacunku dla natury i dobroci dla zwierząt. Taki podręcznik powstał w Szwecji ponad sto lat temu (!).

W Karlskronie jest pomnik Nilsa Holgerssona – chłopca wybiegającego z książki. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie go szukać, bo jest to jeden z najmniejszych pomników świata. W zasadzie ma rozmiar dużego talerza. Odsłonięto go w 2006 roku – w setną rocznicę wydania książki Selmy Lagerlof – na skwerku niedaleko Kościoła Admiralicji.

REKLAMA

Do Karlskrony podróżowałam nie ze stadem ptaków, ale wielopokładowym promem, przypominającym pływające miasto. Było tam kino, basen, spa, restauracje serwujące różne rodzaje kuchni i muzyki, sklepy wolnocłowe. Pływałam już wcześniej promami, jednak pierwszy raz zdarzyło mi się przybijać miastem na wodzie do miasta… na wodzie.

Karlskrona jest miejscem, które – gdyby nie istniało – należałoby na użytek beletrystyki wymyślić. Leży bowiem na 33 wysepkach bałtyckiego archipelagu Blekinge. Położenie na wyspach zawsze daje miastu niepowtarzalny klimat. Jest tu np. wyspa z nowoczesnymi blokami, z których schodzi się – jak w Polsce na parking – wprost do przystani, gdzie czekają prywatne jachty i łódki wiosłowe. Jest niezabudowana Wyspa Róż – rodzaj parku dla spacerowiczów i zakochanych, porośnięta kwitnącymi do późnej jesieni krzewami róży pomarszczonej. Jest wyspa, która w całości stanowi Muzeum Morskie. Tuż przy centrum jest wysepka, zabudowana ciasno kolorowymi, drewnianymi domkami, niewiele wyższymi, niż wzrost człowieka. To zabytkowa zabudowa miejska, pamiętająca XVII wiek i czasy powstania miasta. Dziś, starannie odnowiona, jest bazą „służbowych” mieszkań dla pracowników biur w centrum Karlskrony.

Król Karol
Król Karol | fot. Marta Tutaj

O pomnikach

Nazwa miasta znaczy Korona Karola – na cześć króla Karola XI, który w 1680 roku uczynił Karlskronę główną bazą szwedzkiej królewskiej marynarki wojennej, co spowodowało, że w miejscu osady rybackiej powstało miasto. Okazały pomnik Karola XI stoi dziś na głównej wyspie Trosso, która jest ścisłym centrum miasta. Postawiono go jednak dopiero w XIX wieku. Król Karol nie postawił sobie pomnika w Karlskronie. Jego pomnikiem było miasto.

Najbardziej znane wśród pomników Karlskrony są jeszcze dwa – żaden nie przedstawia króla czy dostojnika. Jeden to figura handlarki ryb, upamiętniająca miejsce, gdzie niegdyś znajdował się targ rybny – a dokładniej nadbrzeże, gdzie przybijały łodzie rybaków tuż po połowach. Drugi to drewniana figura żebraka Rosenboma przed Kościołem Admiralicji. Ta ma swoją historię.

Matts Hindiksson Rosenbom pracował w stoczni w Karlskronie, z powodu choroby stracił pracę i został żebrakiem. W noc sylwestrową 1717 roku dostał szczególnie hojny datek od kapitana jednego ze stojących w porcie statków. Rosenbom w podzięce pokłonił się tak nisko, że spadł mu z głowy kapelusz. Kapitan podniósł go i zażartował, że kto chce usłyszeć podziękowanie od Rosenboma, musi mu podnieść kapelusz. Ta anegdotka trafiła do miejscowego rzeźbiarza, któremu nasunęła pomysł wykonania oryginalnej skarbony na datki, jaką ustawiono potem pod Kościołem Admiralicji. Jest to figura przedstawiająca Rosenboma – żeby wrzucić datek, trzeba jej podnieść kapelusz.

Niestety, żebraka Rosenboma, wzór rzeźby i bohatera anegdoty, znaleziono zamarzniętego pewnej mroźnej nocy niedaleko Kościoła Admiralicji. Jego historia kończy się jak baśń o dziewczynce z zapałkami – smutno.

O zwiedzaniu

Będąc w Karlskronie, wrzuciłam oczywiście datek pod kapelusz Rosenboma, spacerowałam po Wyspie Róż i byłam w Muzeum Morza, gdzie zobaczyć można historyczne statki, zacumowane u brzegów muzealnej wyspy albo sceny z życia na okrętach, przedstawione w makietach z figurami naturalnej wielkości. Muzeum spodoba się też miłośnikom modeli żaglowców czy okrętów podwodnych. Jest tu efektowna kolekcja galionów, czyli okrętowych figur dziobowych, prezentowana w specjalnie dla nich wybudowanej sali. Mnie natomiast najbardziej zajął tunel podwodny – za jego szybami można zobaczyć „na żywo” bałtyckie meduzy i drobne ryby, a także – prezentowane w rozciętych kawałkach drzewa – robaki, toczące kadłuby statków (!). Drobny ukłon w stronę morza w typowo poza tym zorganizowanym muzeum.

Wizyta w Karlskronie była także dla mnie okazją do zauważenia kilku rzeczy, które Szwedzi rozumieją i robią inaczej. Na przykład wnętrze Kościoła Admiralicji – jednego z trzech zabytkowych kościołów Karlskrony – jest dla przywykłego do obrazów i złoceń oka Polaka puste i ascetyczne. Kościół to drewniany budynek, pomalowany z wierzchu ciemnoczerwoną farbą. Wewnątrz jest głównie… przestrzeń. W centrum kościoła zamiast np. imponującego świecznika, wisi model okrętu. Ręcznie, bardzo starannie wykonany, ale ani ozdobny, ani złocony. Nie przepych się liczy – mówi – ale staranność i praca.

Podobny etos wyłożył nam przewodnik przy zabytkowych domkach drewnianych w centrum. Jeśli ktoś jest odpowiednio majętny, wyjaśnił, to nie buduje w Karlskronie wystawnej willi, ale odnawia i adaptuje – z najwyższą starannością i pod nadzorem konserwatora – jeden z historycznych domów. Dzięki temu ma niewielkie co prawda, ale spokojne i położone w samym centrum miasta mieszkanie, z którego wszędzie jest blisko. A drewniane domy potrzebują mieszkańców, którzy dbają o nie na co dzień.

Miasto na Bałtyku
fot. Marta Tutaj

Na kawie

Podobały mi się też inne obyczaje Karlskrony. Owszem, mój jednodaniowy obiad w restauracji był drogi – jak na moją kieszeń. Ale okazało się, że kupując kawałek pizzy nabyłam też prawo do korzystania z zastawionego w restauracji stołu szwedzkiego, przy którym najadłoby się do syta kilka osób (!). Podobnie było w cukierni – cena za ciastko była trzy razy wyższa, niż w Polsce. Ale z ciastkiem wchodziło się do sali „konsumpcyjnej”, gdzie już gratis można było bez ograniczeń korzystać ze „stołu szwedzkiego” z wszelkimi napojami – od kawy, herbaty i czekolady na gorąco po jogurty i soki.

Kupując w sklepiku z rękodziełem figurkę łosia zawarłam znajomość z Marie, właścicielką. Mieszkała nad sklepikiem, a ponieważ byłam tam w porze, gdy nie ma klientów, zaprosiła mnie na kawę. Przeprosiła, że w mieszkaniu jest może – jak dla mnie – dość chłodno. Wyjaśniła, że szwedzki sposób ogrzewania mieszkań polega nie na grzaniu całości – ogólna temperatura w pomieszczeniach jest zawsze poniżej 20 stopni – a na gromadzeniu ciepła tam, gdzie ludzie przebywają najczęściej. Toteż Marie poprowadziła mnie do niskiego stolika w salonie. Podłoga pod nim była łagodnie ciepła… można tam było nawet siedzieć boso! Podobnie było przy biurku z komputerem – miejscu pracy syna Marie, przed telewizorem czy w kącie z fotelem i lampą, służącym do czytania. Punktowe ogrzewanie podłogowe, wyjaśniła gospodyni. Znacznie bardziej efektywne, oszczędne i ekologiczne, niż typowe grzejniki. W Szwecji nie przegrzewa się mieszkań – ważne jednak, by nie marznąć tam, gdzie człowiek siedzi czas dłuższy, pracując, rozmawiając, czytając. Tylko tyle.

U Marie byłam w tzw. cichych godzinach, czyli między 10 a 13. Miasto było wtedy niemal puste – na ulicy spotkać można było pojedyncze osoby, często starsze lub niepełnosprawne, także poruszające się na wózkach. To taka naturalna pauza, wyjaśniła mi znów Marie. Wszyscy są w pracy lub szkole, na ulicy prawie nie ma samochodów – ludzie niepracujący, a potrzebujący więcej czasu i przestrzeni na załatwienie swoich spraw, wychodzą więc w tym czasie. Na chodnikach nie ma tłoku, na jezdni ruchu, a w sklepach kolejek.
Szwedzi nie muszą dziś wprowadzać specjalnych godzin obsługi dla seniorów, mają ten system od lat.

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o