Mikołaj w czerwcu [GALERIA]

0
78
Alperstein
Zamek Alperstein | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Mieszkaliśmy na skraju austriackich Alp Wapiennych, na campingu tuż pod lasem, pod namiotem, wokół którego w dzień latały motyle i trzmiele, a w nocy świetliki.

REKLAMA

Moi przyjaciele wybrali to miejsce, bo przy campingu było schronisko dla żółwi, a także „farma” z drewnianymi domkami dla owadów – bardzo modne ostatnio w Austrii i niewątpliwie cenne wyposażenie ogrodu. Wystarczy kawałek drewna z otworami albo postawiona na boku mała skrzynka z darnią, by zapewnić sobie w ogrodzie obecność trzmieli, dzikich pszczół, czarno-żółtych smukw czy gąsieniczników – łowców innych owadów. Na naszym campingu można było spotkać nawet zadrzechnie – wielkie, czarne, fioletowo połyskujące pszczoły południowoeuropejskie, które osiedliły się w szczelinach drewna.

Najbliższa miejscowość nazywała się Klaus – czyli Mikołaj. Klaus am Pyhrn-bahn. Leżała o dwie stacje od miasta Kirchdorf, gdzie pracowali moi przyjaciele. Do Klaus często przyjeżdżali na weekend, bo była tu zapora i rozległy zalew rekreacyjny, nad którym można było biwakować, po którym można było pływać i w którym można było się kąpać. Takie kąpiele były prawdziwą ochłodą, bo zalew na rzece Steyr był zimny – nawet w środku lata temperatura wody wynosiła ok. 11 stopni. Jest to jednak woda tak czysta, że ma klasę wody pitnej i podobno można bez obawy pić ją bez przegotowania. Pływać jednak należało szybko i nie za długo, a zaraz potem wyciągnąć się na słońcu – czerwiec na szczęście był wówczas upalny.

Zaporę w Klaus wybudowano w 1975 roku, a przy niej elektrownię. Siedmiokilometrowej długości zalew od razu stał się miejscem sportów wodnych, na szczęście nie z gatunku tych hałaśliwych – najgłośniejszy sprzęt pływający, jaki można tu wypożyczyć, to obrotowa gondola, grająca melodyjki (!). Poza tym są kajaki i deski z wiosłem. Jeśli ktoś pożyczy sobie kajak czy deskę na dłużej, może nią popłynąć rzeką Steyr poza zalew, aż do widokowego, zawieszonego nad głębokim wąwozem mostu Klaus-Steyrling. Rzeka jest w tym miejscu płytka i pełna piaskowych łach, ale jeszcze zimniejsza, niż zalew. Na dnie wąwozu zawsze panuje cień. Aby dotrzeć do mostu i biegnącej nim drogi, trzeba odbyć 20-minutową wspinaczkę najpierw stalowymi schodami po niemal pionowym zboczu, potem stromymi ścieżkami przez las. Nagrodą są rosnące na stoku dzikie fiołki alpejskie i rzadkie odmiany paproci, jak języcznik.

Znad zalewu natomiast jest niemniej malowniczy widok na zamek, który kilkakrotnie zmieniał nazwy, ale w XII wieku nazywano go Klaus i od niego wzięła nazwę miejscowość. Przed XII wiekiem tereny te leżały w granicach Bawarii. W 1175 roku – jak zapisano w dokumentach – zamkiem rządził niejaki Udalschalk von Klaus. Prawdopodobnie nie miał on potomków, w każdym razie po mieczu, bo niecałe dwadzieścia lat później zamek Klaus był już własnością rodziny Babenbergów i stał się posiadłością austriacką.

Dziś zamek, zachowany w kształcie XVIII-wiecznym, z dobudowaną nową częścią hotelową, jest czymś w rodzaju centrum konferencyjnego, ukierunkowanego jednak na ewangelizację młodzieży. W czasie naszego pobytu w Klaus zamek pełen był rozdyskutowanych młodych ludzi, mówiących różnymi językami, wędrujących grupami i śpiewających przy ognisku psalmy (!). Program ich pobytu obejmował chyba nocne czuwania lub dyskusje, bo część okien zamku płonęła światłami nawet w środku nocy – co wyglądało trochę, jakby mieszkały tam duchy. Nikt z młodych lokatorów zamku, generalnie przyjaźnie nastawionych do reszty świata, nie skarżył się jednak na takie sąsiedztwo.

Nad zamkiem, na stoku sąsiedniej góry, stoi też zabytkowy kościółek w Klaus, otoczony niewielkim cmentarzem. Warto było się tam wspiąć, bo to spokojne, malownicze miejsce z nieprawdopodobnym widokiem na zalew, zamek i wznoszące się nad nimi szczyty Alp Wapiennych. Nasi sąsiedzi z campingu chadzali tam na „nocne czuwania” w wiacie widokowej poniżej cmentarza, nieodmiennie zabierając z sobą zapas świec i piwa.

Poza tym w Klaus jest jeszcze ładna, zabytkowa willa – aktualnie baza dla lokalnej orkiestry i towarzystwa muzycznego. Orkiestra dawała raz w tygodniu koncerty, często na wolnym powietrzu, przy restauracji stojącej nad rzeką. Niektórzy z mieszkańców Klaus (miejscowość liczy ich ok. tysiąca) przychodzili na te „wieczory muzyczne” w skórzanych szortach – stroju narodowym – zamawiając przy okazji sutą kolację i sporo piwa. Piwa zresztą podczas koncertów nie oszczędzano, a członkowie orkiestry podawali sobie z rąk do rąk okazały, dwulitrowy kufel.

Tak więc w Klaus znajduje się bardzo zimne jezioro do szybkich kąpieli, zamek służący religijnej młodzieży, orkiestra grająca przy piwie oraz cmentarz z dobrą panoramą… Trudno takie miejsce nazwać metropolią.

Jeździliśmy więc na wycieczki. Na przykład do zabytkowego miasta Steyr, które było także ośrodkiem przemysłu zbrojeniowego, a potem samochodowego, ma Muzeum Pracy i zamek, gdzie żyją koziorożce alpejskie, a miasto leży u zbiegu trzech rzek. Albo do ośrodka leczenia metodami doktora Kneippa, gdzie po specjalnie przygotowanej polanie chodzi się boso, zanurzając co rusz stopy i dłonie w wodzie o różnej temperaturze i właściwościach. Premią tego spaceru jest rozciągający się z polany widok na góry. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy podwójnym wodospadzie, a potem nad jeziorem malowniczo ulokowanym między szczytami i porośniętym nenufarami. Popływaliśmy wśród unoszących się na wodzie kwiatów, bo woda była tu cieplejsza, niż w Klaus.

Zwiedziliśmy opactwo w Kremsmunster, które moi przyjaciele zapamiętali z dzieciństwa. Tutejsi benedyktyni prowadzą dwustopniową szkołę dla chłopców, toteż udostępniają część należących do klasztoru terenów – m.in. rozległe sady owocowe – także innym szkołom. Moi znajomi jeździli do opactwa – gdzie jest m.in. obserwatorium astronomiczne, galeria jelenich rogów i baseny, w których od kilku stuleci hoduje się jesiotry – na szkolne wycieczki. Wstąpiliśmy też do Michelsdorf, którego wąskie uliczki oraz rosnące w centrum miasta kasztanowce i lipy czynią z tego miasteczka miłe miejsce na spacery o zachodzie słońca.

Byliśmy w wyglądającym jak z fantastycznych rycin zamku Alperstein i przeszliśmy stąd niezbyt wyczerpującą trasę górską – z widokami na Alpy Wapienne, które wyglądają w tej okolicy trochę jak nasze Pieniny. Przewędrowaliśmy też skalny wąwóz o stromych ścianach – jeden z kilku w tej okolicy. Drewniane mostki i kładki wiodły nad kamiennymi rynnami, którymi w kaskadach spadała woda płynącego środkiem strumienia.

Od szczytu wąwozu mieliśmy iść dalej szlakiem do kolejnego górskiego zamku, ale zaczął padać ulewny deszcz – wróciliśmy więc tą samą trasą, wąwozem w dół. Szliśmy powoli, bo padało coraz mocniej i mokre drewniane kładki zrobiły się śliskie, a z powodu mgły straciliśmy, niestety, część widoków. Ale wycieczka miała bonus, który zawdzięczaliśmy właśnie deszczowej pogodzie. Na ścieżce przez wąwóz spotkaliśmy bowiem salamandry alpejskie, które – podobnie jak nasze – wychodzą z kryjówek właśnie w deszczu.

Salamandry alpejskie są nieduże, czarne i wyglądają trochę jak zabawki z miękkiej, czarnej gumy. Nasze salamandry plamiste są większe i znacznie bardziej kolorowe. Dla mnie jednak było to pierwsze spotkanie z alpejską odmianą tego płaza.

Potem wróciliśmy do Klaus. Deszcz padał na zamek, rzekę i zalew, chmury okrywały szczyty gór, a orkiestra grała pod parasolami, ćwicząc utwory na kolejny koncert.

W miejscu zwanym Mikołaj podczas czerwcowego deszczu całkiem jest przyjemnie.

Zdjęcia: Marta Tutaj

REKLAMA

Dodaj komentarz

  Ustaw powiadomienia  
Powiadom o