Na wyspie pod gwiazdami

0
60
Wyspa
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Gili Air, Gili Meno i Gili Trawangan to trzy maleńkie wysepki przy północno-wschodnim wybrzeżu indonezyjskiej wyspy Lombok. Kilkadziesiąt lat temu, gdy odkryli je turyści z Europy, były niedrogie, ciche i prawdziwe rajskie: plaże z białego piasku, woda jak turkusowy kryształ i najpiękniejsze w tej części Indonezji rafy.

Na Gili
Toteż wysepki Gili zrobiły karierę. Przyjeżdżali tu w latach osiemdziesiątych hippisi i zwolennicy „powrotu do natury”, osiedlali się w prostych chatkach na plaży, których budowano coraz więcej. Zaczęli przyjeżdżać turyści, najpierw budżetowi, potem coraz majętniejsi. Niektórzy zaczęli kupować działki i inwestować w wyspiarskim raju. Chatki i bungalowy na plaży mnożyły się, przy nich powstawały restauracje i bary. Zaczął się czas dyskotek i imprez na plaży. Na szczęście wyspy były zbyt małe, by warto było budować na nich drogi dla ruchu kołowego albo wielkie hotele. Wszystkie materiały budowlane trzeba było sprowadzać łodzią z lądu, a otoczone rafą wybrzeże nie sprzyjało budowie portu dla dużych statków czy promów. Wyspy Gili, choć turystycznie popularne, w stosunku do większych wysp Indonezji pozostały więc do jakiegoś stopnia miejscem „ucieczki od zgiełku”.

REKLAMA

Poza tym, wyspy Gili leżą w części Indonezji dość aktywnej sejsmicznie, toteż niczego trwałego i kosztownego budować tam nie warto. W 2018 roku, podczas trzęsienia ziemi na Lombok, turystyczna infrastruktura na wysepkach Gili ucierpiała i od wstrząsów, i od wysokich fal. Indonezyjczycy, jak przystało na mieszkańców kraju, gdzie klęski żywiołowe są elementem codzienności, szybko ją odbudowali, ale ruch turystyczny po trzęsieniu znacznie zmalał. Kiedy zaś sytuacja zaczęła właśnie wracać do normy, pojawiła się pandemia. Być może, gdy będzie można swobodnie podróżować, na wyspach Gili zastaniemy znów cichy raj z bungalowami na plaży.

Wyspa3
Kwiat | fot. Marta Tutaj

Impreza na plaży

W czasach, gdy ja byłam na Gili, reklamowano je jako „wyspy miesiąca miodowego”, i były rajem raczej ucywilizowanym. Największa z nich – Gili Trawangan – słynęła dyskotekami i klubami nocnymi, na plażach roiło się od sprzedawców pamiątek i beach boys – długowłosych, młodych Indonezyjczyków, próbujących zaczepić się przy turystach jako samozwańczy przewodnicy czy „osoby do towarzystwa”. Każdej nocy na wyspach Gili odbywały się dyskoteki lub zaimprowizowane beach-party.

Ale pływając z maską, wciąż można było przy wybrzeżach oglądać kolorowe ryby i wielkie żółwie morskie, choć rafa nie uniknęła zniszczeń, a słynne niebieskie korale, od których wzięły nazwy ośrodki nurkowe, prawie wyginęły. Plaże były wciąż piękne, z bajecznymi widokami na górujący nad morzem i wyspą Lombok wulkan Rinjani, woda zaś ciepła i przejrzysta.

Wysepka Gili Meno, gdzie trafiłam, miała opinię najspokojniejszej, i taka istotnie była – nawet jeśli złośliwi zwali ją też „wyspą komarów”. Słonawe jeziorko w środku wyspy stanowiło istotnie prawdziwą wylęgarnię owadów. Na Gili Meno jednak beach party z muzyką na dwie gitary zdecydowanie przeważały nad dyskotekami czy hałaśliwymi karaoke, sprzedawcy pereł, owoców i masażyści dokuczali plażowiczom tylko od czasu do czasu, a jedyny większy hotel z basenem, praktycznie pusty, znajdował się na południowym wybrzeżu, za słonym jeziorkiem.

I turyści, i beach boys, stanowili tu stosunkowo niewielką, zadomowioną grupę. Imprezy na plaży odbywały się co wieczór, bo każda okazja była dobra: pełnia księżyca, przybycie rozchichotanej grupy japońskich turystek, czyjeś urodziny… Na przykład Ingera, indonezyjskiego boy frienda pulchnej młodej Holenderki imieniem Mandy.

Właśnie tego wieczora na Gili pojawiło się diri diri. Przywiózł je w prezencie dla Ingera któryś z jego przyjaciół z „lądu”, czyli z wyspy Lombok, bo w Indonezji lądem nazywa się większe wyspy. Indonezyjskie diri diri to odpowiednik australijskiego digeridoo. Ten szczególny instrument ma formę zdobionej, drewnianej lub bambusowej rury i charakterystyczne, huczące brzmienie, trudne do porównania z czymkolwiek.

Wyspa2
Widok z chatki | fot. Marta Tutaj

Nocny koncert

Na Lombok diri diri robi się jako pamiątki dla turystów. Tym razem jednak instrument trafił w ręce Indonezyjczyka. Podczas imprezy na plaży przypiął się do niego Yodi – młody beach boy, samozwańczy przewodnik i „naganiacz” jakiegoś lombokańskiego biura podróży, organizującego wycieczki na Gili. Yodi był wiotki, jasnobrązowy, miał złote oczy o wykroju migdałów, a długie, rozpuszczone włosy z rozjaśnionymi pasmami sięgały mu do pasa. Jego tropikalna uroda miała w sobie coś dwuznacznego – wyglądał jak hermafrodyta albo elf. Jasnobrązowy elf plażowy – tak go zakwalifikowałam.

Ale tego wieczora, gdy morze iskrzyło się odbitym światłem gwiazd i rozbłyskami świecącego planktonu, gdy Yorn, holenderski turysta, i Yuman, indonezyjski kelner, brzdąkali w cieniu palmy na gitarach, a Mandy i Inger – ona blond, on ciemnobrązowy – tańczyli wśród wbitych w piasek świec, okazało się, że Yodi i diri-diri są dla siebie stworzeni.

Stojąc na tle rozświetlonego morza i czerniejącego na tle gwiazd masywu Rinjani, Yodi oparł instrument o bosą stopę i zaczął dmuchać weń z góry przez zaciśnięte wargi. Akompaniował melodii gitar, wydobywając z rzeźbionej rury chropawe, głuche, niesamowite dźwięki w takiej różnorodności, że wydawało się, iż jest to głos morza, piasku i gwiazd, wydobyty wprost z serca wyspy, z głębi morza, z czarnego nieba. Słyszeliśmy w tym rytmie głosy ludzi i cykad, ptaków i wielorybów, i tętnienie naszej własnej krwi w rozgrzanych czarnym indonezyjskim winem głowach.

Gitary umilkły, bo Yorn i Yuman prawie jednocześnie przestali grać. Inger przestał klaskać, ucichł nagle chichot Mandy. A Yodi grał nadal, dmuchając w rzeźbioną rurę i tańcząc we własnym rytmie wokół diri-diri jak wokół totemu. Jego elfia sylwetka z rozwianymi włosami poruszała się płynnie na tle roziskrzonego morza, zwiększając wrażenie niesamowitości tej nocy. Grał i tańczył do własnej muzyki wiele minut, może i godzin, kiedy my siedzieliśmy na plaży, zasłuchani, oszołomieni, zachwyceni… Niewątpliwie trochę pijani.

Aż w którymś momencie tego wieczoru, mierzonego tylko przez przesuwające się po niebie gwiazdozbiory, Yodi wydobył z drewnianej rury głęboki, miękki dźwięk, urwał go w połowie i spojrzał na nas zdziwionymi złotymi oczami.

– Co się stało? Czemu się nie bawicie? – zapytał.

REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments